Reklama

Dopiero w tym miejscu poczułam naprawdę, że jestem dorosła. Kiedy zamknęłam drzwi naszego nowego mieszkania – pierwszego „na własność”, na kredyt, z windą, ochroną i podziemnym garażem – coś się we mnie zmieniło. Włożyłam klucz do kieszeni i, stojąc na środku salonu, słuchałam tej ciszy, która należy już tylko do nas. Jeszcze pachniało świeżą farbą, jeszcze kartony zalegały pod ścianami, ale już wiedziałam, że teraz to my ustalamy zasady. Przynajmniej teoretycznie.

Tu, na nowym osiedlu, wszystko kręci się wokół zasad. Kto pierwszy uśmiechnie się na korytarzu, kto szybciej zgłosi awarię na internetowej grupie mieszkańców, kto zamówi zdrowsze jedzenie do wspólnej altanki. Niby jesteśmy tu wszyscy nowi, a jednak od pierwszych dni czułam delikatną, niepisaną rywalizację. Każdy chce być ogarnięty, pomocny, kulturalny – a ja bardzo nie chciałam się wyłamać.

To Bartek śmiał się, że przesadzam, ale sama widziałam: sąsiad Tomek potrafił rzucić żartem na klatce, starsza pani Basia z dołu miała już opinię na temat każdego remontu. W takich miejscach wszystko, co zrobisz, może stać się punktem odniesienia.

A potem przyszło pierwsze poważne wyzwanie: kolęda. Zwykła wizyta księdza, a my przeżywaliśmy ją jak maturę. Ile wypada włożyć do koperty? 50 zł? 100? Może nawet 200? Przecież tu wszyscy „na poziomie”, tu się nie oszczędza na pozorach. Już wyobrażałam sobie, jak ksiądz po wyjściu z naszego mieszkania porównuje koperty sąsiadów.

– A co, jeśli wszyscy dali 200, a my damy 50? Będziemy wyglądać jak biedaki – powiedziałam Bartkowi.

– A jeśli wszyscy dali 20? Może nie ma co się wygłupiać – odpowiedział spokojnie, choć czułam, że sam się waha.

– Nie. Nie mogę znieść tej myśli. Dajmy 200. Lepiej przesadzić niż się ośmieszyć.

Tak bardzo chciałam być „na miejscu”. Tylko czy to w ogóle jest możliwe?

Czułam stres i wstyd

Na myśl o kolędzie poczułam w brzuchu znajomy ucisk, taki, który miałam przed egzaminami na studiach. Bartek próbował żartować, nalewał sobie wodę do szklanki i udawał, że nic go nie rusza, ale w jego ruchach czuć było napięcie. Ustawiliśmy krzesła w salonie, poprawiliśmy obrus i odłożyliśmy piloty na bok, żeby nie wyglądało, że całe dnie gapimy się w telewizor. Jeszcze raz sprawdziłam, czy koperta leży na komodzie – 200 zł, tyle uznaliśmy za „bezpiecznie dużo”. Poczułam lekkie mdłości, chociaż wiedziałam, że to przecież głupie.

Kiedy ksiądz Jacek wszedł, w mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho. Stanął w progu z chłodnym uśmiechem, obok niego ministrant – chyba syn sąsiadów z góry. Rzucił krótkie „Szczęść Boże”, po czym od razu zadał dwa pytania: czy jesteśmy małżeństwem sakramentalnym i czy planujemy dzieci. Bartek przytaknął, ja wydukałam coś o tym, że „na razie budujemy gniazdo”. Ksiądz pokiwał głową bez emocji. Poświęcił mieszkanie, westchnął coś pod nosem i wyciągnął dłoń po kopertę, którą wręczyłam mu niemalże ze wstydem.

– Bóg zapłać – powiedział z tą samą, wyćwiczoną miną, którą, jak sobie wyobrażałam, powtarzał w każdym kolejnym mieszkaniu. Nawet nie spojrzał do środka. Chwilę jeszcze postał, zamienił kilka kurtuazyjnych zdań o pogodzie i już wyszedł. Zatrzasnęły się drzwi, a razem z nimi opadła atmosfera napięcia, lecz nie przyszło żadne poczucie ulgi.

Bartek pierwszy odezwał się półgłosem:

– No i już. Szybko poszło.

– Wydawał się... jakby w ogóle nic go nie obchodziło – odparłam, patrząc na pustą komodę.

– No właśnie. Jakbyśmy dali 10 zł, to może nawet by nie zauważył – Bartek próbował się uśmiechnąć, ale to brzmiało gorzko.

– Albo właśnie wtedy by zauważył… – mruknęłam, zbierając ze stołu filiżanki. W głowie huczało mi tylko jedno zdanie: „200 zł. Dwieście. To przecież połowa zakupów. I co? Ani spojrzenia, ani słowa więcej. Czy to była cena za spokój sumienia, czy... za wstyd?”.

Przez resztę wieczoru nie mogliśmy się odnaleźć w tym mieszkaniu. Jakby kolęda odebrała nam coś, co jeszcze wczoraj wydawało się oczywiste: że to naprawdę nasz dom i nasza decyzja. Siedzieliśmy na kanapie, milcząc, udając, że wcale nas to nie rusza, ale przecież ruszało.

Było zupełnie na odwrót

Następnego dnia próbowałam wrócić do normalności. Wzięłam się za rozpakowywanie ostatnich kartonów, słuchając radia, jakby nic się nie stało. Bartek wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle, nawet nie zdążyłam zapytać, czy chce zabrać drugie śniadanie. W południe zadzwonił dzwonek do drzwi – to Tomek, sąsiad z naprzeciwka, z szerokim uśmiechem i talerzem ciasta.

– Pomyślałem, że przyda się wam coś słodkiego na dobry początek – rzucił. – Żona upiekła, a mnie wysłała z misją integracyjną.

Przyjęłam go do środka, wdzięczna za oddech od własnych myśli. Usiedliśmy w kuchni, kawa pachniała mocniej niż zwykle. Tomek rzucał żartami o windzie, która utknęła dwa razy w zeszłym tygodniu, o tym, jak dzieciak sąsiadów z góry uderza piłką w sufit, a pani Basia z dołu znowu „skarżyła się na głośne chodzenie”. Zaczęłam czuć się swobodniej, aż w końcu rozmowa zeszła na temat kolędy.

No i po kolędzie, co? – uśmiechnął się Tomek. – Jak u was było? Ksiądz wszędzie robi ten sam numer. Wchodzi, patrzy, gada o rodzinie. U nas pytał, czy „kredyt bardzo ciąży”, ha! Daliśmy dwie dychy, bo na kredycie to się nie szasta. I tak ksiądz jak kamień – nie drgnie, nie zagada, nie dopyta.

Zatkało mnie na moment. Dwie dychy? Spojrzałam na Bartka, który akurat wrócił z pracy i wszedł do kuchni.

Dwie dychy? – powtórzyłam cicho, jakby to był jakiś egzotyczny koncept.

– No... a co, wy daliście więcej? – Tomek spojrzał z zaciekawieniem.

Bartek odchrząknął, jakby szukał odpowiedniego słowa.

– No... trochę więcej – mruknął.

– Aaa, wy nowi jesteście, młodzi. Zdarza się. Z czasem się człowiek uczy – Tomek puścił do nas oko. – Ksiądz i tak nie patrzy do kopert. Nigdy nie patrzy. To taki teatr.

Poczułam ukłucie wstydu – i to zupełnie innego rodzaju niż wczoraj. Wcale nie, że daliśmy za mało. Tylko że daliśmy za dużo. I że właśnie to może być... zapamiętane.

Tylko się wygłupiłam

Po rozmowie z Tomkiem nie mogłam przestać myśleć o tym, jak bardzo nie pasujemy do tej osiedlowej układanki. Przez cały wieczór analizowałam każde słowo sąsiada, jego spojrzenia, nawet ton głosu – czy wyczuł, że przesadziliśmy? Czy teraz opowie komuś innemu, jak „nowi z 2B” nie znają się na życiu? W głowie rozgrywałam setki scenariuszy: czy pani Basia już się dowiedziała, ile daliśmy? Może ksiądz jednak pamięta twarze tych, którzy „odstają”? Może właśnie takich najbardziej się tu komentuje?

Zaczęłam patrzeć na ludzi inaczej. Na klatce schodowej spotkałam dwie sąsiadki – stały przy skrzynkach pocztowych i śmiały się cicho. Mimo że nie słyszałam żadnego konkretnego słowa, przez moment byłam przekonana, że rozmawiają o mnie. Uśmiechnęłam się na powitanie, ale ich uśmiech wydał mi się ironiczny. Próbowałam sobie wmówić, że to przecież absurd – skąd miałyby wiedzieć? A jednak we mnie rosło poczucie paranoi.

Wieczorem nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chodziłam z pokoju do pokoju, poprawiałam poduszki, przestawiałam doniczki. Słyszałam przez ścianę, jak ktoś tłucze talerze – czy to przypadkiem nie u Tomka? Wydawało mi się, że w jego głosie pobrzmiewa nuta kpiny, kiedy żartuje z żoną. Przełknęłam ślinę i usiadłam na łóżku.

„Nie rozumiem... Chcieliśmy być porządni. A teraz czuję się jak idiotka. Nikt nie lubi tych, co się wywyższają. Może tak to odebrali?” – myślałam. Wspomnienie koperty leżącej na komodzie paliło mnie od środka. Czułam się nagle w tym mieszkaniu jak intruz, jak ktoś, kogo nie zaproszono do gry, ale kto i tak wszedł na boisko – i właśnie przez to wszystkich rozdrażnił.

Wszystko miało drugie dno

Wieczorem między mną a Bartkiem znowu narosło napięcie. Siedziałam w kuchni, udając, że oglądam coś na telefonie, ale wzrok miałam rozmyty, myśli gdzieś daleko. Bartek krzątał się przy zmywarce, niby obojętny, ale co chwilę rzucał ukradkowe spojrzenia.

To nie miało tak wyglądać – zaczęłam, nie wytrzymując dłużej ciszy.

– Nie musimy się tłumaczyć z 200 zł! – odparł zbyt szybko, z tą pretensją, która pojawia się, gdy ktoś próbuje się bronić, zanim zostanie zaatakowany.

– Ale może właśnie musimy? Bo wiesz, co powiedziała ta starsza z dołu? „Niektórzy to chyba próbują sobie miejsce w niebie wykupić”. Patrzyła na mnie. Tak jakoś… Jakby wiedziała.

Bartek parsknął cicho, ale w jego oczach zobaczyłam niepokój. Nikt nie chce być obiektem plotek – zwłaszcza takich, które ranią w najczulsze miejsce.

– Julia, przecież nie będziemy się przed nikim spowiadać. Mamy prawo zrobić po swojemu – rzucił, ale nawet on nie brzmiał przekonująco.

Przestępowałam z nogi na nogę, aż w końcu wyjęłam telefon i zaczęłam pisać posta na grupie osiedlowej. Miało być lekko, z dystansem, żartobliwie. Chciałam pokazać, że „jesteśmy zwyczajni”, że nie bierzemy tego tak poważnie.

„Na przyszły rok musimy się lepiej przygotować do kolędy… np. żeby nie dać całej dniówki” – napisałam, dodając wesołą minkę, licząc, że ktoś się zaśmieje, ktoś kiedyś nas poklepie po plecach.

– Nie rób tego, Julia – ostrzegł Bartek, patrząc na mnie z niechęcią. – To bez sensu. Lepiej to przemilczeć.

– Może, ale nie umiem – odpowiedziałam, naciskając „opublikuj”.

Cisza, która zapanowała po tej decyzji, była cięższa niż wszystkie dotychczasowe milczenia. Oboje wiedzieliśmy, że już nie cofniemy tego kroku. Czekaliśmy na reakcje – i na to, czy uda się naprawić nasz „wizerunek”.

Jeszcze pogorszyłam sytuację

Czekałam na odpowiedzi pod swoim postem jak uczennica na ocenę sprawdzianu. Początkowo pojawiło się kilka lajków – ktoś zareagował śmiechem, ktoś wrzucił żartobliwy obrazek. Przez chwilę naprawdę poczułam ulgę, jakby ten żart rozbroił całą sytuację. Przez kilka minut patrzyłam na ekran, odświeżając co chwilę grupę, łudząc się, że teraz już będzie z górki. Wtedy zobaczyłam komentarz od pani Basi. Jej profilowe z kwiatami już od rana zapowiadało, że nie będzie miękko.

„Niech każdy daje, ile uważa. Ale przechwalanie się nie jest w dobrym tonie” – napisała, dodając emotkę z palcem na ustach. Chwilę potem dołączyły się jeszcze dwie osoby, z delikatnym „Oj, lepiej o takich sprawach nie mówić publicznie…” i „Niepotrzebnie, młodzi, niepotrzebnie”.

Czułam, jakby ktoś publicznie mnie spoliczkował. Mój żart, moja próba załagodzenia sytuacji, została odebrana jako coś zupełnie odwrotnego – jako popis, jako przechwałka. Nie tak to sobie wyobrażałam. Pani Basia najwyraźniej miała ostatnie słowo, bo pod jej komentarzem pojawiło się najwięcej polubień.

Patrzyłam na Bartka, który tylko pokręcił głową, nie mówiąc już nic. W powietrzu wisiało to samo napięcie, co od kilku dni – teraz jednak czułam, że narobiłam więcej szkody niż pożytku. Zamiast się wtopić, jeszcze bardziej się obnażyłam.

Wieczorem nie odezwałam się ani słowem do nikogo. Chodziłam po mieszkaniu, omijając okna, jakby świat zza nich nagle stał się wrogi. Przestałam sprawdzać grupę osiedlową, odłożyłam telefon na dno szuflady. Byłam zawstydzona. Czułam się wyśmiana w miejscu, które miało być moim domem.

Zrozumiałam swój błąd

Od tamtej kolędy minęło kilka tygodni, a ja wciąż czułam się, jakbym nosiła na czole nalepkę z napisem „Obca”. Kiedy szłam do windy, spuszczałam wzrok, byle tylko nie spotkać sąsiadów. Przestałam mówić „dzień dobry” – wolałam udawać, że nikogo nie widzę, niż narażać się na ten moment, kiedy ktoś spojrzy na mnie „jakoś inaczej”. Bartkowi też trudno było wrócić do dawnych żartów. Coraz częściej siedzieliśmy osobno – ja z kubkiem herbaty w kuchni, on z laptopem na kanapie. Nasz dom, który miał być miejscem radości i spełnienia, zamienił się w przestrzeń cichych westchnień i wzajemnych nieporozumień.

Zaczęłam rozumieć, jak łatwo można tu się pogubić. Wystarczy drobiazg, niepotrzebna nadgorliwość, źle odebrany żart – i nagle stajesz się tematem. Nawet nie wiadomo, kiedy. Chcieliśmy się pokazać od najlepszej strony. Tak bardzo pragnęliśmy przynależeć, że zapomnieliśmy być sobą. Cała ta próba zrobienia „dobrego wizerunku” okazała się tylko teatrem – a biletu na nasz spektakl nikt nie kupił.

Czasem łapię się na tym, że boję się nowego początku. Może nowoczesne mieszkania, te szerokie korytarze i dźwiękoszczelne drzwi, to tylko grubsze mury – nie przed hałasem, lecz przed prawdziwą bliskością? Wciąż mam nadzieję, że odnajdziemy tu jakiś spokój. Ale na razie – jesteśmy tylko nowi. Nowi, ale nie swoi.

Julia, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama