atoms.adSlot.adLabel

Nigdy nie uważałam się za osobę, która z łatwością chowa dumę do kieszeni. Przez całe życie kierowałam się zasadą: swoje dzieci się broni, a już zwłaszcza przed obcymi. Tymczasem czas potrafi człowieka nauczyć pokory: do siebie, do innych, do tych wszystkich spraw, które kiedyś wydawały się czarno-białe. Mój syn od zawsze był moim oczkiem w głowie — tym bardziej nie mogłam znieść myśli, że w jakikolwiek sposób mógłby być winny cudzemu nieszczęściu. Zresztą, która matka przyznałaby, że jej dziecko, dorosły już mężczyzna, potrafi czasem być zwyczajnie podły?

Ostatnio jednak wszystko stanęło na głowie. Sytuacja, która wydawała się banalna, codzienna — ot, zwykłe rodzinne nieporozumienie — rozrosła się do rozmiarów, które nie mieściły mi się w głowie. Aż do tego jednego wieczoru, gdy spojrzałam na moją synową i zobaczyłam w jej oczach coś, czego się nie spodziewałam. W tamtej chwili wiedziałam już, że nawet jeśli mnie samej jest z tym trudno, czasem trzeba ugryźć się w język i przeprosić, choćby za własne dziecko.

Spojrzał na mnie spode łba

Nigdy nie miałam z moją synową jakiejś szczególnej relacji — nie była wymarzoną kandydatką na żonę dla mojego syna, ale nauczyłam się akceptować wybory innych ludzi. W końcu to nie ja z nią śpię pod jednym dachem. Mimo wszystko próbowałam się nie wtrącać i zachowywać dystans, chociaż przyznam: czasami trudno było mi ugryźć się w język. Pewnego piątkowego popołudnia weszłam do ich mieszkania bez wcześniejszego uprzedzenia. Uważałam, że mam do tego prawo — w końcu przyniosłam im świeże ciasto i trochę warzyw z ogródka. W korytarzu zastała mnie cisza, która od razu wydała mi się podejrzana. Z kuchni dochodził cichy szloch.

Wszystko w porządku? — zapytałam, wchodząc do środka.

Synowa siedziała przy stole, z oczami czerwonymi od płaczu. Usiadłam naprzeciwko niej, odstawiając koszyk na blat.

— Coś się stało? — dopytywałam z pozorną obojętnością. W głowie już gotowa byłam do obrony swojego syna, zanim jeszcze usłyszałam, o co chodzi.

— Nic… — mruknęła, ocierając łzę. — Głupia jestem, przepraszam.

— Oj, dziewczyno, jeśli płaczesz przy teściowej, to już musi być źle — próbowałam zażartować, ale ona nie podchwyciła.

Nagle do kuchni wszedł mój syn, cały w nerwach. Nawet nie spojrzał na żonę.

— Znowu płaczesz? — rzucił pod nosem zrezygnowanym tonem.

— Może byś chociaż zapytał, dlaczego? — odezwałam się, patrząc na niego z ukosa.

— A po co, skoro i tak zawsze chodzi o to samo… — odburknął, grzebiąc coś w szafce.

— Synu, może czasem trzeba posłuchać drugiego człowieka, zamiast się od razu obrażać — powiedziałam chłodno.

Spojrzał na mnie spode łba, jakbym właśnie zdradziła rodzinę.

Westchnęłam ciężko

Nie było to może najprzyjemniejsze popołudnie w moim życiu, ale miałam już serdecznie dość tej sztucznej atmosfery. Postanowiłam zostać chwilę dłużej, choć czułam, że oboje najchętniej wysłaliby mnie do diabła. Synowa po raz kolejny otarła nos w papierowy ręcznik i unikała mojego wzroku.

— Może zrobię nam herbaty? — rzuciłam, żeby przełamać ciszę. — Chociaż w tym domu ktoś powinien zadbać o domową atmosferę.

Syn wywrócił oczami.

— Mamo, może nie teraz, naprawdę

— Właśnie, że teraz — przerwałam mu, z uporem nalewając wodę do czajnika. — Ja nigdzie się nie śpieszę. Może ktoś w końcu powie mi, o co tu chodzi?

Synowa ściszyła głos.

— To nic, po prostu… — Urwała, spojrzała nerwowo na mojego syna.

On od razu się spiął.

— Przestań już. Przecież rozmawialiśmy o tym milion razy. Każdego dnia to samo — rzucił zniecierpliwiony.

— Nie rozmawialiśmy, tylko ty mówiłeś — odpowiedziała cicho, a w jej głosie było tyle rezygnacji, że aż mnie to zabolało. — Ja tylko chciałam… żebyś wrócił wcześniej, tyle.

— Boże, znowu to samo! — wybuchł. — Pracuję, żebyśmy mogli jakoś żyć, a ty wymagasz cudów. Przecież nie siedzę w barze do nocy!

Westchnęłam ciężko.

— Synu, twoja żona prosi cię, żebyś wrócił czasem na obiad. To naprawdę taki dramat? — zwróciłam się do niego, udając obojętność, choć w środku aż się gotowałam.

— Mamo, zostaw to. To nasze sprawy.

— Wasze, ale z waszym płaczem ja też muszę żyć — odpowiedziałam z przekąsem. — Może czas dorosnąć.

Synowa spojrzała na mnie z wdzięcznością przez łzy.

Synowa zakryła twarz dłońmi

Zrobiłam herbatę, choć wszyscy wiedzieliśmy, że nie o napój tu chodziło. Siedzieliśmy przy stole jak w kiepskim teatrze, a każdy patrzył gdzie indziej. Mój syn wiercił się nerwowo, jakby chciał uciec, a synowa raz po raz zaglądała w kubek, jakby szukała tam rozwiązania. Postanowiłam nie odpuszczać.

— No to może teraz, jak już się napiłaś, powiesz, co ci tak naprawdę leży na sercu — zwróciłam się do synowej łagodniej, niż zamierzałam.

— Ja… — zaczęła niepewnie, po czym się zawahała. — Po prostu czuję się sama w tym wszystkim. On wraca późno, nie rozmawia ze mną. Nawet nie pyta, jak minął mi dzień.

— Przestań — burknął syn. — Zaczynasz znowu te swoje żale.

— To nie są żale! — Podniosła lekko głos, co aż mnie zdziwiło. — Po prostu chciałabym, żebyśmy czasem usiedli razem, zjedli kolację, jak normalna rodzina.

— A ja co? Chyba codziennie coś jemy, nie? — odbił, patrząc gdzieś w bok.

Wtedy już nie wytrzymałam.

— Ty naprawdę nic nie widzisz? — rzuciłam ostro. — Jakbym patrzyła na własnego ojca, który przez całe życie wszystko miał gdzieś, byle było po jego myśli.

— Mamo, proszę cię! — warknął.

— Dobrze, nie będę się wtrącać — odpowiedziałam sucho, choć wiedziałam, że i tak już dawno się wmieszałam. — Tylko powiem ci jedno: kobieta, która płacze przy stole, to nie jest normalny stan. Przemyśl to sobie, zanim jeszcze bardziej się pogrążycie.

Synowa zakryła twarz dłońmi.

— Przepraszam, nie chciałam robić scen… — wyszeptała.

— To nie ty powinnaś przepraszać, dziecko — powiedziałam, patrząc wymownie na syna.

Wyglądał na zagubionego

Czułam, jak w pokoju robi się duszno od wszystkich tych niewypowiedzianych pretensji. Syn milczał, zaciśnięte usta mówiły wszystko. Synowa otarła łzy, próbując się uspokoić, ale ręce jej drżały.

— Wiesz co, może ja się spakuję i pojadę na weekend do mamy — powiedziała nagle, wstając od stołu. — Przynajmniej przez chwilę nie będziesz miał powodu, żeby się mnie czepiać.

— Tak, jasne, najlepiej uciec — odburknął mój syn, znów na nią nie patrząc. — Zawsze tylko ucieczka albo foch.

— Może czasem warto odejść, zamiast słuchać codziennie, że się jest problemem — odpowiedziała spokojniej, niż się spodziewałam. — Nawet jak proszę cię, żebyś przyszedł do domu, to kończy się na tym, że to ja coś robię źle.

— Bo robisz z igły widły! — Podniósł głos.

— Przestańcie! — weszłam im w słowo. — Zachowujecie się jak para obrażonych dzieci, a nie dorośli ludzie. Ty, synu, myślisz, że wszystko samo się ułoży? Bo ci się nie chce rozmawiać? — Wstałam i podeszłam do synowej. — Chodź, dziecko, pójdziemy do pokoju. Ty się spakujesz, a ja zadzwonię po taksówkę. Odpoczniecie od siebie, może to wam dobrze zrobi.

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem, jakby nie wierzyła, że ktoś w tej rodzinie jest po jej stronie. Wtedy mój syn westchnął ciężko.

— Mamo, po co się wtrącasz? To nasze sprawy!

— Za długo już siedzę cicho — odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. — Widzisz, do czego doprowadziło twoje milczenie?

Synowa ruszyła do sypialni, a ja jednak zostałam w kuchni z synem. On pierwszy raz od dawna wyglądał na zagubionego.

— Myślisz, że jak ona wyjedzie, to coś się zmieni? — zapytałam cicho.

— Nie wiem… Może tak będzie lepiej — odpowiedział, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność.

Wyszła, nie oglądając się za siebie

Pół godziny później synowa była już gotowa do wyjścia. Jej torba stała przy drzwiach, a ona sama wyglądała na wyczerpaną. Syn siedział na kanapie w salonie, patrząc pustym wzrokiem w telewizor, choć niczego nie oglądał. Weszłam do pokoju, nie pytając o pozwolenie.

— Może chociaż pożegnasz się z żoną, zanim pojedzie? – rzuciłam ostro. — Czy tak ci już wszystko jedno?

Zignorował mnie przez chwilę, po czym wstał powoli i podszedł do synowej. Stanęli naprzeciwko siebie, oboje spięci jak przed bitwą.

— Wyjeżdżasz naprawdę? — zapytał cicho, bez tej swojej zwykłej buty.

— Tak. Muszę odpocząć — odpowiedziała, nie patrząc mu w oczy. — Może wtedy zrozumiesz, co tracisz.

Na chwilę zapadła cisza. Widziałam, że mój syn nie wie, co powiedzieć, choć zwykle buzia mu się nie zamyka.

— Ja... — zaczął, ale urwał.

— Może powiesz jej, że ci na niej zależy, zanim będzie za późno? — nie wytrzymałam i rzuciłam zgryźliwie. — Albo chociaż przeproś za te swoje humory.

Syn wziął głęboki oddech, ale widać było, że duma mu na to nie pozwala.

— Przepraszam, jeśli czujesz się źle przez to, że mnie nie ma — wydukał, jakby ktoś kazał mu się uczyć przeprosin na pamięć. — Po prostu… nie jestem w tym dobry.

Synowa pokręciła głową.

— Chciałam tylko, żebyś czasem był obecny. Nie chodzi o prezenty, tylko o to, żebyś usiadł obok mnie, zapytał, jak minął dzień. To nie jest chyba zbyt wiele, prawda?

Syn spuścił głowę.

— Nie wiedziałem, że to dla ciebie aż takie ważne — mruknął.

— Gdybyś zapytał choć raz, wiedziałbyś.

Taksówka już czekała pod blokiem. Synowa sięgnęła po torbę. Wyszła, nie odwracając się za siebie. Zostałam z synem, który stał na środku przedpokoju, blady i zdezorientowany.

— Synu, czasem naprawdę nie wystarczy tylko być. Trzeba jeszcze chcieć.

Może choć trochę pomogłam

Wieczór przyniósł ciszę, jakiej dawno nie doświadczyłam w ich mieszkaniu. Syn długo siedział przy stole, nie odzywając się słowem. Ja nalałam sobie herbaty i przez chwilę miałam ochotę po prostu wyjść — odciąć się od ich problemów, wrócić do swojego cichego, uporządkowanego świata. Tyle że kiedy się naprawdę kocha własne dziecko, nie da się przejść obojętnie obok jego błędów, nawet jeśli te błędy bolą bardziej, niżby się chciało.

W końcu przerwałam milczenie:

— Wiesz, czasami nie wystarczy być dobrym synem, żeby być dobrym mężem. To są dwie różne rzeczy. Jesteś dorosły, ale zachowujesz się jak chłopiec, który myśli, że wszystko samo się naprawi.

Syn popatrzył na mnie z rezygnacją.

— Mamo, może ty masz rację, a może po prostu to nie jest dla mnie… Może się nie nadaję.

— Głupoty gadasz — warknęłam. — Ludzie uczą się całe życie. Jeśli naprawdę ci zależy, to się nauczysz, nawet jeśli musisz czasem ugryźć się w język.

Przez chwilę milczał, patrząc w blat.

— Myślisz, że ona wróci?

Jeśli ją przeprosisz. Ale nie tak, jak przed chwilą, tylko naprawdę. I przestaniesz się zachowywać jak obrażony książę. Widziałeś, jak na ciebie patrzyła? Ona już nie ma siły płakać.

— Zawsze myślałem, że ty będziesz po mojej stronie — mruknął z wyrzutem.

— Jestem po stronie tego, kto ma rację. Tym razem to nie ty, synu.

Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. W końcu westchnął i wstał.

— Może zadzwonię do niej jutro… I spróbuję powiedzieć coś, co nie brzmi jak wymuszone przeprosiny.

Pokiwałam głową.

— Mądrze. I wiesz co? Przeprosić za własne dziecko to wstyd, ale większym wstydem byłoby udawać, że nic się nie stało.

Tej nocy wróciłam do domu zmęczona, ale z jakimś dziwnym spokojem. Może choć trochę pomogłam. Może to, co powiedziałam, zostanie mu w głowie. Może.

Łucja, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel