Reklama

Zawsze obiecywałam sobie, że będę inną matką niż moja — nie zmęczoną życiem, ze wzrokiem wiecznie utkwionym w podłodze i rachunkach. Tymczasem coraz częściej łapię się na tym, że moje życie to ciągłe przeliczanie: „czy starczy”, „czy zapłacone”, „czy jeszcze zdążę”. Pracuję na zleceniach — dziś z tekstami SEO, jutro z korektą katalogu mebli. Zlecenie tu, przelew tam, faktura, przypomnienie, cisza. Wszystko to robię przy kuchennym stole, między praniem a zupą, między krzykiem młodszego a narzekaniem starszego. A jednocześnie z ogromną potrzebą, by choć trochę być „obecną”, nie tylko fizycznie.

— Mamo, a gdzie pojedziemy na ferie? — zapytał trzy tygodnie temu Olek, mój młodszy syn. Patrzył na mnie z takim entuzjazmem, że... skłamałam. Powiedziałam, że coś wymyślimy. Że może góry, może babcia, może choćby weekend za miastem. Chciałam dać im nadzieję. Dzieci nie powinny żyć wyłącznie „rozsądkiem”.

A potem przyszły rachunki za gaz i za prąd. Opóźniona faktura od klienta. I cisza w skrzynce, bo zero nowych zleceń. I znowu wszystko się posypało. Nie było ani gór, ani babci, ani weekendu.
Zamiast tego był spacer po osiedlu z termosem kakao. Promocja na bilety do kina — wtorek, godzina 10:00, sala pełna dzieci i matek z cieniami pod oczami. Fort z koców i poduszek w salonie, śmiech, który na chwilę zagłuszał wyrzuty sumienia.

Ale wystarczyło wejść na Facebooka, żeby poczuć się jeszcze gorzej. Zdjęcia koleżanek z pracy — jedna w Zakopanem, druga w Alpach, trzecia wrzuca fotkę z dziećmi w jacuzzi. Śnieg, narty, luksus, bąbelki. A ja? Z kubkiem zimnej herbaty przy stole, między otwartym Wordem a arkuszem kalkulacyjnym.

— Mamo, a czy my kiedyś też pojedziemy na ferie? Takie... prawdziwe? — zapytał dziś Kacper.

— Jasne — odpowiedziałam, bo przecież matka nie może powiedzieć dziecku „nie”. Nawet jeśli nie wie, czy będzie miała na chleb w lutym.

Naprawdę nie potrafię dać im więcej?

Usłyszałam ich przez drzwi. Byłam w kuchni, z kubkiem zimnej kawy, klikając bezmyślnie w maile. Nagle ten ich dialog zatrzymał mnie w miejscu. Głos Olka, cichy, jakby się bał, że go usłyszę:

— Ja nie chcę nart. Ja chcę, żeby mama się ze mną bawiła.

Kacper, jak zwykle bardziej opanowany, odpowiedział prawie szeptem:

— I żeby nie siedziała ciągle przy stole. Ona nawet w ferie pracuje.

Zamarłam. Chciałam wejść, powiedzieć coś, rzucić jakimś żartem, zmienić temat. Ale nie zrobiłam tego. Stałam tam, z sercem gdzieś w gardle, i nie potrafiłam wykrztusić ani słowa. Wróciłam do komputera. Próbowałam skończyć zlecenie o krzesłach ergonomicznych, ale zamiast pisać, gapiłam się w ekran. Kursor migał, a ja myślałam tylko o tym, co powiedzieli. Nie chodziło o narty. Nie chodziło nawet o ferie. Chodziło o mnie. O to, że jestem obok, ale mnie nie ma. Że moje dzieci widzą mnie codziennie, ale wciąż jestem dla nich gdzieś indziej — w plikach, mailach, przelewach, w pośpiechu.

Wieczorem nie spałam długo. Siedziałam przy stole, udając przed sobą, że pracuję. W końcu zamknęłam laptopa i odsunęłam go z takim impetem, że aż zgasła lampka. Siedziałam w ciemności. Czy naprawdę nie potrafię im dać więcej? Czy wszystko, co umiem, to zarabiać i zasypiać z poczuciem winy?

Graliśmy godzinami

Następnego dnia wstałam wcześniej niż zwykle. Zrobiłam im śniadanie, które jeszcze parowało, kiedy zawinięci w kołdry chłopcy wchodzili do kuchni. Spojrzeli na mnie zdziwieni, jakby nie rozumieli, skąd ten uśmiech na mojej twarzy. Nic nie mówiłam. Chciałam tylko, żeby ten dzień był inny. Nie mieliśmy gdzie pojechać. Nie było śniegu, nie było budżetu. Ale miałam kilka złotych i jeden pomysł.

Po południu przyniosłam do domu torbę z planszówkami, które kupiłam w dyskoncie. Stare, trochę wygięte pudełka, ale kolorowe, z obietnicą emocji. Zrobiłam popcorn, rozwiesiłam koce między krzesłami i stołem, a potem zaprosiłam ich do środka, jakby to był namiot w sercu dzikiej puszczy.

— Mama, a ty też się z nami bawisz? — zapytał Olek z nadzieją, jakby nie był do końca pewien, czy może mi przerywać pracę.

— Jasne — odpowiedziałam. — Dzisiaj nie pracuję.

Graliśmy godzinami. Śmialiśmy się, pokłóciliśmy o zasady, próbowaliśmy zbudować największą wieżę z poduszek. W jednej chwili Kacper spojrzał na mnie poważnie:

— Ale dlaczego my nie możemy mieć takich ferii jak inni?

Zamilkłam na moment. Nie chciałam kłamać.

— Bo czasem trzeba wybrać, czy płacisz rachunki, czy jedziesz na ferie. Ale obiecuję wam jedno. Postaram się, żebyśmy mieli chociaż trochę radości. I żebyśmy byli razem.

Olek kiwnął głową, jakby to wystarczało. Jakby ta namiastka normalności była lepsza niż żadne ferie. Ale ja w środku czułam ciężar, którego nie potrafiłam z siebie zrzucić. Miałam świadomość, że w tym wszystkim nadal byłam nieobecna. Grałam, śmiałam się, ale każda moja myśl była przy nieopłaconej fakturze, przy kliencie, który się nie odezwał, przy koncie, które lada dzień znów miało zejść do zera. To był pokój z krzywymi ścianami, brak śniegu, planszówki za dwanaście dziewięćdziesiąt i zapach popcornu z mikrofali. Ale może... może dla nich to właśnie miało znaczenie.
Może to zapamiętają.

Czułam się rozdarta

Telefon zadzwonił, gdy Olek ciągnął mnie za rękaw w stronę świeżo zbudowanego fortu z koców. Zignorowałam go, chciałam być naprawdę obecna, ale po drugim sygnale coś mnie tknęło. Spojrzałam na ekran. Numer klientki. Tej od katalogu mebli, z którą nie mogłam się doprosić płatności. Odebrałam.

— Dzień dobry, pani Sylwio. Mam dla pani nowe zlecenie. Pilne. Spora rzecz. Płatne od ręki.

Milczałam przez kilka sekund.

— Słucham?

— Teksty promocyjne na nową serię. Potrzebujemy pięć stron. Najlepiej na wczoraj, ale wiem, że pani to ogarnie. Stawka dobra. I do końca ferii pani ma z głowy — dodała tonem, który miał być uprzejmy, ale zabrzmiał jak rozkaz.

Zgodziłam się, choć jeszcze tego nie powiedziałam.

— Dziękuję, odezwę się dziś wieczorem — rzuciłam krótko i się rozłączyłam.

Wróciłam do salonu, gdzie chłopcy już siedzieli pod kocami. Kacper dmuchał na plastikowy kubek z herbatą, a Olek trzymał w ręku latarkę i udawał, że szukają potwora.

— Mamo, teraz twoja kolej! — zawołał.

Zawahałam się. Usiadłam obok, próbując się skupić, ale cały czas myślałam o komputerze. Pięć stron tekstu, może uda się w jeden wieczór. Dwa wieczory. A może szybciej. Pieniądze od ręki, to znaczy prąd zapłacony, zakupy zrobione, może coś odłożę. Albo chociaż przestanę się budzić w nocy z lękiem, że zabraknie.

— Mama, no chodź, przecież mówiłaś, że się bawisz — powiedział Kacper, patrząc na mnie z rozczarowaniem.

Wróciłam do zabawy, ale wszystko we mnie szumiało. Jak długo jeszcze mogę sobie pozwolić na ten komfort, że jestem z nimi, skoro nie wiem, co będzie za tydzień? Wieczorem, gdy zasnęli, otworzyłam laptopa. Siedziałam z nim przy stole, jak zawsze. Dłoń już sięgała po klawiaturę, ale zatrzymałam się. Spojrzałam na ich pokoje. Byli tam. Byłam tam dzisiaj z nimi. Ale jeśli wezmę to zlecenie, wrócę do tego, co znają najlepiej: mojej sylwetki za ekranem, krótkich odpowiedzi i niekończącego się „zaraz”.

Ile razy mówiłam sobie, że to tylko na chwilę? Wróciłam do maila, w którym klientka opisała szczegóły. Teksty były proste. Nic, czego bym nie napisała z zamkniętymi oczami. Ale ja wcale nie czułam się pewna. Czułam się rozdarta. „Może jeszcze jedno zlecenie. Może potem znajdę dla nich czas. A jeśli nie?”.

Zrobiłam im kakao

Rano długo siedzieli przy śniadaniu. Zwykle jadali w biegu, jakby spieszyli się do szkoły, której teraz nie było. Tym razem chrupali płatki i wymyślali plan na dzień. Zeszłam do nich dopiero po chwili, już ubrana, z włosami jeszcze wilgotnymi. Olek od razu podniósł głowę.

— Mamo, zrobimy dziś znowu kino? Ale takie z popcornem?

Kacper spojrzał na mnie uważnie. On zawsze widział więcej. Nie odpowiedziałam od razu, tylko nalałam sobie herbaty i usiadłam z nimi.

— A może... sanki? — zapytałam nagle.

Zamarli. Chwilę zajęło im, zanim zrozumieli, że mówię serio.

Ale przecież nie ma śniegu — mruknął Kacper.

— W nocy coś popruszyło — odpowiedziałam. — Na naszej górce może jeszcze coś zostało.

Chwilę później już szykowaliśmy się do wyjścia. Stare sanki ledwo dały się wyciągnąć z piwnicy, zardzewiały łańcuch uparcie trzymał się kłódki. Pomogła sąsiadka, dała swój spray. Olek biegał po klatce z czapką naciągniętą na uszy, a Kacper sprawdzał, czy w termosie nie cieknie gorąca herbata. Byliśmy gotowi. Śniegu faktycznie było ledwo ledwo, ale wystarczyło. Kilkoro dzieci na jednej górce, ktoś zjeżdżał na worku po ziemniakach, ktoś na talerzu od huśtawki. Moje chłopaki podskakiwali z radości, jakby dostali wejściówki na stok w Alpach.

Siedziałam na ławce, zmarznięta, z herbatą w ręku. Obserwowałam ich i miałam wrażenie, że przez ostatnie dni nauczyłam się więcej niż przez całe ostatnie lata. To nie były idealne ferie. Nie było pensjonatu z bali, jacuzzi i śniadania w formie bufetu. Ale mieliśmy coś, co na chwilę zamknęło wszystkie czarne myśli. Wróciliśmy do domu przemoknięci, ze śniegiem na butach i spodniach. Zrobiłam im kakao, usiedli w kuchni i jedli kanapki, jakby nie mieli siły na nic więcej.

— Co było najlepsze? — zapytałam, sprzątając.

— To, że byłaś z nami cały dzień — powiedział Olek bez namysłu.

Kacper dopił kakao i spojrzał na mnie poważnie.

— I się śmiałaś. Tak naprawdę.

Poczułam, jak coś mi się zaciska w gardle. Ale tym razem nie ze strachu. Z ulgi.

Byliśmy razem

Wieczorem, gdy mieszkanie ucichło, siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty i patrzyłam na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od klientki nadal była nieprzeczytana. Nie odpisałam. Nie wytłumaczyłam się, nie przeprosiłam. Po prostu... nie podjęłam tematu. Zegar na ścianie tykał równo. Lodówka lekko buczała. Poza tym trwała cisza. Chłopcy już spali. Olek chrapał cicho, jak zawsze, gdy był naprawdę zmęczony. Kacper miał otwarte usta i głowę wciśniętą w poduszkę. Weszłam na chwilę do ich pokoju i przykryłam ich kocem. Pochyliłam się, żeby pocałować ich we włosy. Pachnieli śniegiem, zimnym powietrzem i kakao. Pachnieli dzieciństwem.

Usiadłam z powrotem przy stole i przez chwilę po prostu siedziałam. Nie planowałam. Nie liczyłam. Nie martwiłam się. Po prostu byłam. Nie wiedziałam, co będzie jutro. Może znowu będę musiała przyjąć każde zlecenie, żeby przetrwać do końca miesiąca. Może znowu usiądę do komputera, kiedy oni będą chcieli grać w planszówki. Może wszystko wróci do poprzedniego rytmu. Może. Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj wybrałam inaczej. Nie pojechaliśmy nigdzie. Nie było śniegu po pas, nie było luksusu. Były domowe ferie, tanie planszówki, termos z herbatą i jedna górka z resztką śniegu. I byliśmy razem. Może to wystarczy.

Sylwia, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama