„Wstyd mi, że nie stać mnie, by opłacić córce ferie w Zakopanem. Gdy wyznałem prawdę, jej reakcja powaliła mnie na kolana”
„Lena wdrapała się na samą górę. Stanęła, rozejrzała się i uśmiechnęła. Zjechała raz, potem drugi, potem dziesiąty. Śmiała się, krzyczała, turlała się w śniegu. Sanki ledwo się trzymały, ale dawały radę”.

Od kiedy zostałem wdowcem, wszystko liczę podwójnie. Pieniądze też. A najgorzej liczy się te rzeczy, których nie da się przeliczyć: ile razy Lena musi usłyszeć „nie teraz”, ile razy udaję, że „to nieważne”, kiedy w środku czuję, jakby ktoś mi ściskał gardło.
Nie przelewało się
Anka odeszła trzy lata temu i od tamtej pory wszystko jest na mojej głowie: szkoła, lekarze, rachunki, buty, które nagle są za małe, i ten rodzaj zmęczenia, którego nie da się odespać w niedzielę. Pracuję normalnie, uczciwie, ale nie ma żadnych cudów. Nie odkładam na wakacje, tylko odkładam, żeby nie zabrakło.
Nie stać mnie na ferie w Zakopanem, na apartament z widokiem na Giewont, ani na szkołę narciarską z animacjami i obiadem w formie szwedzkiego stołu. Stać mnie na termos z herbatą, stary samochód, który ledwo dociągnął do Zawoi, i domek Marka – mojego kuzyna, który wyemigrował do Irlandii i zapomniał, że jeszcze istnieje coś takiego jak zima.
Wjechaliśmy pod górę starym autem, które w pewnym momencie zaczęło warczeć tak, jakby obraziło się na zimę. Lena siedziała z tyłu, przyklejona do szyby, i obserwowała śnieg. Próbowałem nie myśleć o tym, że w innych samochodach inne dzieci mają nowe kombinezony, że ktoś pewnie wysiada z SUV-a i idzie prosto do spa.
Nie chciałem jej zawieść
Zatrzymałem się przy domku. Wysiadłem pierwszy i spojrzałem na Lenę.
– Tato, naprawdę tu będziemy spać? – zapytała, ale nie była rozczarowana.
Uśmiechnąłem się, chociaż we mnie coś zadrżało.
– Tak. I będzie super. Zobacz, ile śniegu.
Wyjąłem termos, odkręciłem korek i poczułem znajomy zapach czarnej herbaty z cytryną. Lena wyciągnęła ręce po kubek.
– To co robimy najpierw? – zapytała.
Spojrzałem na nią i przez moment miałem wrażenie, że jestem w stanie zrobić wszystko, byleby tylko nie zobaczyć w jej oczach zawodu.
– Najpierw herbata – odpowiedziałem spokojnie. – A potem… ferie, które będziemy wspominać do końca życia.
Z samego rana rozłożyłem wszystko, co przywieźliśmy. Sanki pożyczyłem od sąsiada z bloku. Kurtkę i spodnie narciarskie dla córki kupiłem w lumpeksie za piętnaście złotych. Rękawiczki na szczęście jeszcze były z tamtego roku. Moje rzeczy nie nadawały się do pokazania. Stare, znoszone, ale ciepłe. To wystarczyło.
Odstawaliśmy od innych
Wyszliśmy przed domek i od zmrużyliśmy oczy, bo słońce odbijające się od śniegu raziło. Lena spojrzała na mnie z ekscytacją.
– Idziemy na górkę?
Skinąłem głową i ruszyliśmy. Szliśmy dobre dwadzieścia minut pod górę, bo najbliższe miejsce zjazdowe było przy małej polanie. Z góry było widać kawałek wsi, dachy domów przysypane śniegiem, kilkoro dzieciaków, które już zjeżdżały. Nie mieliśmy nart, nie mieliśmy deski. Mieliśmy sanki i wolny dzień.
Lena wdrapała się na samą górę. Stanęła, rozejrzała się i uśmiechnęła. Zjechała raz, potem drugi, potem dziesiąty. Śmiała się, krzyczała, turlała się w śniegu. Sanki ledwo się trzymały, ale dawały radę. Ja stałem z boku i patrzyłem, jak jej policzki robią się czerwone. Śnieg lepił się do włosów, rękawiczki nasiąkały. Była szczęśliwa. W pewnym momencie zatrzymała się, otrzepała śnieg z kurtki i spojrzała w stronę grupki dzieci.
– Tato… a inni mają lepsze kurtki – powiedziała cicho.
Miała rację. Dzieci zjeżdżały w nowych, błyszczących kombinezonach. Jedna dziewczynka miała nawet gogle i kask. Lena wyglądała jakby cofnęła się w czasie o dziesięć sezonów, ale nie mówiła tego z pretensją. Raczej z konsternacją, jakby dopiero teraz to zauważyła. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
– Ale my mamy lepszy humor, co nie?
Była szczęśliwa
Przez chwilę nic nie mówiła. Popatrzyła jeszcze na tamte dzieci, potem znów się roześmiała i zjechała raz jeszcze. Wróciła na górę zziajana i z uśmiechem.
– Znowu mnie popchniesz?
– Jasne.
Pchałem ją tyle razy, ile chciała. Gdy wracaliśmy do domku, Lena mówiła, że bolały ją nogi, ale nie chciała przestać zjeżdżać. Kiedy zasnęła tego wieczoru, siedziałem przy niej i myślałem o tym, jak wyglądają takie luksusowe ferie: baseny, jacuzzi, animacje. Wiedziałem, że tam nie pasujemy, nie wszystko mogłem jej dać, ale to, co miałem, oddałem w całości.
Następnego dnia wróciliśmy z górki z przemoczoną torbą i mokrymi spodniami. Lena weszła pierwsza do środka, zostawiła buty w przedpokoju i rzuciła się na wersalkę. Ja otrzepałem kurtkę i wziąłem się za rozpalanie ognia. Potem zrobiłem herbatę. Przyniosłem kubek do pokoju i usiadłem obok niej.
– Dobrze było? – zapytałem.
– Super – odpowiedziała od razu. – Ale jestem zmęczona.
– To dobrze. Zmęczenie po śniegu to najzdrowsze zmęczenie.
Pociągnęła łyk i owinęła się szczelniej kocem.
– Tato, a czemu nie jeździmy na nartach tak jak inni? – spytała nagle.
Byłem z tym sam
Nie było w jej głosie żalu, tylko ciekawość, ale ja i tak usłyszałem w nim więcej, niż chciałem.
– Kasia z klasy była w hotelu z basenem. Pokazywała zdjęcia. Miała taki basen w środku, że można było pływać i patrzeć na śnieg przez szybę – dodała
– My mamy śnieg pod domem i najlepszą herbatę świata – powiedziałem, próbując się uśmiechnąć. – I najlepsze sanki.
Lena spojrzała na mnie. Wiedziała, że omijam odpowiedź. Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, tylko piec sapał cicho, drewno trzeszczało.
– Nie mamy tyle pieniędzy – powiedziałem w końcu. – Ale mamy tydzień razem i to się liczy.
– Wiem – odpowiedziała. – Tylko czasem chciałabym, żeby było… inaczej.
Pokiwałem głową. Rozumiałem ją i nie miałem siły jej niczego tłumaczyć. Zjadła pół kanapki, potem się położyła. Zasnęła szybko, z policzkiem wtulonym w poduszkę. Przykryłem ją kocem, a potem usiadłem na krześle przy kuchennym stole i patrzyłem w okno. Nie było widać nic poza czarną taflą i odbiciem mojej twarzy.
Rozumiała wszystko
Tego dnia zrezygnowaliśmy z górki. Lena nie protestowała. Rano długo siedziała w piżamie, czytała książkę, potem rysowała coś. Ja zrobiłem herbatę, przejrzałem zawartość lodówki i przeliczyłem, czy wystarczy nam do końca tygodnia. Będzie skromnie, ale bez wstydu. Zjadła bez marudzenia. Nawet się uśmiechnęła, kiedy powiedziałem, że kanapki na ciepło to taka wersja górska „room service”. Popołudnie minęło w ciszy.
– Tato – powiedziała nagle. – Ja wiem, że się starasz.
Zamarłem na chwilę.
– Wiem, że to wszystko dla mnie. I jest fajnie. Tylko… czasem sobie myślę, że gdyby mama była, to byłoby inaczej.
– Ja też tak myślę – odpowiedziałem. – Czasem wyobrażam sobie, co by zrobiła, jakby pakowała nam rzeczy na ten wyjazd, jakby cię tuliła do snu. Ja tego nie umiem tak jak ona, ale próbuję.
Popatrzyła na mnie. W jej oczach było coś, co mnie przerastało. Dorosłość, której nie powinno jeszcze tam być.
– Ja wiem – powiedziała cicho.
Przytuliłem ją mocno, a potem oboje długo siedzieliśmy bez słów, słuchając trzaskającego drewna. Nie było łatwo, ale mieliśmy siebie nawzajem i to musiało wystarczyć.
Tomasz, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Syn ma 35 lat i jest dla nas darmozjadem. Twierdzi, że dorosłe życie jest dla niego zbyt trudne”
- „Zawsze myślałem, że na bracie mogę polegać jak na Zawiszy. Jednak on wpakował mnie w bagno”
- „Wszyscy się dziwią, że przez 40 lat wraz z mężem byliśmy sobie wierni. Dzisiaj młodzi skaczą z kwiatka na kwiatek”

