Reklama

Kiedy byłam młodsza, Dzień Babci miał inny smak. Dostałam pierwszy laurkę od Marty, kiedy miała cztery lata – wyciętą koślawo, z serduszkiem, które przypominało raczej ziemniaka. Pamiętam, jak się wzruszyłam. Potem przyszły czasy szkolnych występów, dzieciaki w fartuszkach, wierszyki z zadartymi głowami i pomyłkami, które rozczulały bardziej niż perfekcja. Potem… zrobiło się cicho.

Dziś wstałam wcześnie. Nie mogłam spać. Nawet nie dlatego, że coś mnie bolało – po prostu ciało przyzwyczaiło się do samotnych poranków. Zaparzyłam herbatę malinową. W radiu mówili o seniorach i babciach, składali życzenia. Słuchałam jak ktoś obcy, nie jak adresatka. Nie liczyłam na telefon. Marta się nie odzywała od tygodni, z Antkiem miałam kontakt „sporadyczny”. Klara czasem napisała coś na komunikatorze, ale wiadomo, dzieci teraz mają swoje światy.

Janek poszedł na spacer. Chciał, żebym poszła z nim, ale miałam wymówkę – bolące kolana. Prawda była inna: wstydziłam się tego, jak bardzo czuję się nieważna. Nie miałam planów. Chciałam tylko przetrwać ten dzień. Aż do wieczora. Nie spodziewałam się niczego. Właśnie wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Całkiem mnie zaskoczyła

Zanim zdążyłam dojść do drzwi, serce zaczęło mi bić szybciej. Może sąsiadka? Może listonosz? Może pomyłka? Otworzyłam. To była Klara. Stała w kurtce, z plecakiem na jednym ramieniu i paczką niezdarnie zawiniętych ciastek domowej roboty. Jej policzki były czerwone od zimna. Włosy potargane. Uśmiech – nieśmiały.

– Babciu… wszystkiego najlepszego – powiedziała cicho. – Wiem, że mama miała zadzwonić, ale... chyba nie zadzwoniła. A ja nie chciałam, żebyś była sama.

Stałam jak wryta z dłonią na klamce. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez chwilę miałam wrażenie, że śnię. Albo że coś pomyliła. Może to nie do mnie?

Wejdź, dziecko – wykrztusiłam w końcu. – Przecież zmarzniesz.

Zdjęła buty, kurtkę, postawiła plecak w kącie. W kuchni zrobiłam jej herbaty – tej samej malinowej, którą miałam dla siebie.

Mama miała dzisiaj spotkanie – wyjaśniła, bawiąc się łyżeczką. – I mówiła, że „babcie teraz rozumieją, że każdy ma swoje życie”. Ale ja tak nie umiem.

Słowa ugrzęzły mi w gardle. Tyle myśli, tyle bólu, które chciałam wlać w jedno zdanie – a wydobyłam z siebie tylko:

Dziękuję, że przyszłaś.

– To nie wszystko – dodała i sięgnęła do plecaka. – Upiekłam ci ciastka z Antkiem.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

– Antek? On pamiętał?

– Tak. I też zaraz przyjdzie.

Znowu to poczułam – jak coś w środku mnie mięknie. Tym razem nie z żalu, tylko z radości i spełnionych nadziei.

Brakowało tylko jednego

Antek przyszedł dwadzieścia minut później. Trzymał w ręku bukiet nieco zgniecionych tulipanów, takich z marketu, z poszarzałymi końcówkami. Mimo to... całkiem ładnych. W jego oczach było zmieszanie. Usta otworzył kilka razy, zanim wypowiedział cokolwiek.

Cześć, babciu – powiedział w końcu, ściszonym głosem. – Trochę spóźnione, ale… wszystkiego najlepszego.

– Dzień dobry, Antku – odpowiedziałam, biorąc kwiaty. – Bardzo… bardzo dziękuję.

Nie wiedział, gdzie się podziać. Usiadł przy stole jak uczeń wezwany do odpowiedzi, skubiąc rękaw bluzy. Klara uratowała sytuację. Wyciągnęła ciastka na talerzyk, dolała herbaty, zagadywała o byle co – że pani od chemii znowu dała złą ocenę, że autobus był spóźniony. Ja siedziałam, obserwowałam ich oboje i próbowałam zapanować nad tą falą emocji, która nieoczekiwanie się we mnie przetoczyła.

W końcu Antek się odezwał:

– Przepraszam, babciu, że ostatnio rzadko się odzywałem. Wiem, że nie ma usprawiedliwienia. Ale naprawdę nie chciałem, żebyś dziś była sama.

Pokiwałam tylko głową. Nie musiał się tłumaczyć. Choć część mnie miała ochotę zapytać: „A Marta? Gdzie twoja siostra? Czy ona naprawdę myśli, że można tak po prostu wymazać babcię z kalendarza?”.

– Klara powiedziała, że urwała się dzisiaj z treningu, żeby cię odwiedzić – dodał, zerkając na wnuczkę. – A ja... uznałem, że jak dzieciak umie pamiętać, to dorosły nie może się chować za wymówkami.

Siedzieliśmy razem. Przez chwilę – pierwszy raz od dawna – czułam się naprawdę potrzebna.

Wspomnienia były bolesne

W kuchni zrobiło się ciepło. Antek zdjął bluzę, Klara zdjęła skarpetki, bo „na dywanie lepiej się siedzi boso”. Zrobiłam więcej herbaty, choć nikt już nie dopijał poprzedniej. To nie miało znaczenia. Chciałam tylko, żeby ta chwila trwała.

– Pamiętasz, babciu, jak robiłyśmy razem te pierniczki? – zagadnęła Klara, krusząc ciastko palcami. – Te, które potem się spaliły?

– Jak mogłabym zapomnieć – zaśmiałam się. – Twój dziadek wtedy zjadł dwa, żeby nie było mi przykro.

Antek też się uśmiechnął. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Mama wtedy mówiła, że już więcej nie dasz się namówić na gotowanie z Klarą.

– Ale dałam się namówić jeszcze wiele razy – dodałam. – Bo czasem nie chodzi o efekt.

Zamrugałam szybko. W oku zaszkliła mi się łza, ale nie chciałam, żeby ją zobaczyli. Bałam się, że wzruszenie ich przestraszy. Że jeszcze się wycofają. Że uznają, że to był tylko impuls, nie powrót.

Antek wyjął z kieszeni telefon. Spojrzał na ekran, ale go nie odblokował.

– Marta… nie wie, że przyszliśmy – powiedział cicho. – Wczoraj powiedziała, że „ty już pewnie i tak niczego od nas nie oczekujesz”.

Zabolało. Tak zwyczajnie, po ludzku. To była prawda. Niczego nie oczekiwałam. Przecież nie dlatego, że nie chciałam. Tylko dlatego, że przestałam wierzyć, że ktoś jeszcze pamięta, że jestem.

– Może... właśnie dlatego trzeba zacząć od nowa – odpowiedziałam, łapiąc Klarę za dłoń.

A ona ścisnęła ją mocno, bez słów.

Nie wiedział, jak to wytłumaczyć

Słońce schodziło już nisko. Klara zasnęła na kanapie w salonie, owinięta kocem po same uszy, z kotem leżącym przy jej nogach. Antek siedział przy stole, mieszając łyżeczką w zimnej herbacie. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Czułam, że coś mu chodzi po głowie.

– Wiesz, babciu… – zaczął w końcu, jakby nie był pewien, czy powinien mówić. – Czasem człowiek potrzebuje impulsu, żeby zrozumieć, jak bardzo coś zniszczył.

Podniosłam wzrok. Spojrzałam mu w oczy – te same, które miał jako chłopiec. Czasem zapominam, że on już dawno nie jest dzieckiem. Ale dziś znowu mówił do mnie jak wnuczek, a nie jak dorosły facet.

– My z Martą… Nie wiem, co się z nami stało. Każde ciągnie w swoją stronę. Każde uważa, że ma rację. Nawet nie zauważyliśmy, że zostawiliśmy ciebie po środku. Bez słowa wyjaśnienia.

Westchnęłam. Nie chciałam go dobijać, ale i nie miałam siły go pocieszać. Nie tego dnia. Nie po tylu cichych wieczorach.

Macie swoje życie – powiedziałam cicho. – A ja mam wspomnienia. Tyle, ile mi zostało.

Antek spuścił głowę. Po chwili podniósł się, podszedł do mnie i przyklęknął.

– Ja nie chcę, żebyś żyła tylko wspomnieniami – powiedział. – Chcę, żebyś wiedziała, że masz nas. Może czasem pokręconych, może zagonionych, ale… masz nas.

Pocałowałam go w czoło. Nie musiał mówić nic więcej. Czasem jedna obecność waży więcej niż sto telefonów.

Doceniam to wszystko

Następnego dnia obudziłam się wcześniej niż zwykle. W kuchni pachniało kawą – Janek już krzątał się przy kuchence, śpiewając coś pod nosem, fałszując jak zawsze. Wnuki zostały na noc. Klara siedziała przy stole, rozczochrana, w moim szlafroku, który sięgał jej prawie do kostek. Uśmiechnęła się na mój widok tak zwyczajnie, bez sztuczności.

– Babciu, mogę zostać jeszcze jeden dzień? – zapytała.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, z przedpokoju wyszedł Antek, ubrany, z torbą na ramieniu.

Jadę do Marty – rzucił, sznurując buty. – Muszę z nią pogadać. Powiedzieć jej, że coś trzeba zmienić. Że nie można już tak dalej.

Kiwnęłam głową. Nie chciałam mówić nic więcej. Bałam się zapeszyć. Czułam, że coś się naprawdę poruszyło.

Kiedy drzwi za nim się zamknęły, Klara podeszła do mnie i wtuliła się w moje ramiona.

– Babciu… wiesz, co jest najlepsze w byciu wnuczką?

– Co, kochanie?

– Że można czasem wszystko zepsuć, a babcia i tak cię zawsze przytuli.

Uśmiechnęłam się, choć oczy miałam mokre. W tej chwili wszystko, co we mnie się łamało przez ostatnie miesiące, zaczęło się sklejać. Nie wiem, czy Marta zadzwoni. Nie wiem, czy będą tu częściej, czy to był tylko impuls. Ale coś się wydarzyło. Coś się przesunęło w tej ciszy, która wydawała się nieprzemakalna.

Najpiękniejsze prezenty na Dzień Babci i Dziadka nie mają kokardek. Czasem mają czerwone nosy, foliowe woreczki z ciastkami i łzy w oczach, które mówią: „Przyszliśmy dla ciebie”.

Barbara, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama