Reklama

Nazywam się Jurek. Mam siedemdziesiąt lat, choć dusza ciągle siedemnastoletnia. Ciało już nie to, kolano czasem chrupnie przy wstawaniu, a i pamięć potrafi zrobić psikusa, ale jak wejdę na parkiet – ożywam. Od kiedy moja Basia odeszła sześć lat temu, piątkowe wieczory w domu kultury stały się moją ucieczką od pustki.

Dzieci mam, wnuka cudownego – Michała, ale żyją swoim życiem. Dzwonią czasem, wpadają na obiad. Tyle. Wieczorami w mieszkaniu jest cisza. A cisza, jak się ją za długo słucha, zaczyna krzyczeć. Dlatego tańczę. Znałem Basieńkę z parkietu. Uwielbiała walca, ja cha-chę. Na parkiecie nauczyliśmy się siebie, tam się w sobie zakochaliśmy. Teraz tańczę, żeby nie zapomnieć, że wciąż żyję.

Dom kultury ma swoje lata – stare głośniki trzeszczą, światła czasem migają, muzyka jak z wesela w remizie. Ale ten zapach starego parkietu, lśniącego od pasty, i znajome twarze sprawiają, że to miejsce pachnie życiem. Tyle że ostatnia sobota... Ostatnia sobota była inna. Wróciłem do domu wściekły.

– Dziadek, wszystko okej? – zapytał Michał, który akurat odwiedził mnie na weekend.

Usiadłem ciężko przy stole, wyjąłem z kieszeni poskręcane chusteczki i westchnąłem.

– Zakochałem się jak ostatni głupek, a ona nawet na mnie nie spojrzy.

Michał spojrzał na mnie zaskoczony.

– Serio? Dziadku, zakochałeś się? No i co? To ją zaproś na kawę i pokaż, że jesteś prawdziwym facetem.

Spojrzałem na niego jak na przybysza z innej planety.

– Michał... Ja mam siedemdziesiąt lat. Może i mam serce, ale nie wiem, czy ono jeszcze się nadaje do takich rewolucji.

– Bzdura! – parsknął wnuk. – Trzeba tylko trochę odwagi.

Zamilkłem. I może właśnie wtedy coś we mnie drgnęło.

Niby miałem plan

Cały tydzień chodziłem jak cień. Świat zdawał się funkcjonować obok mnie – tramwaje dzwoniły jak zawsze, sąsiadka z trzeciego piętra nadal wyprowadzała tego swojego ratlerka w różowym sweterku, a ja jakby przestałem być częścią tego wszystkiego. Siedziałem w kuchni, patrzyłem przez okno i widziałem, jak ludzie żyją, rozmawiają, śmieją się, a ja... ja nie potrafiłem przestać myśleć o niej.

Barbara. Nowa na parkiecie. Przyszła pierwszy raz jakieś trzy tygodnie temu. Miała na sobie bordową sukienkę i buty na niedużym obcasie. Nie wyróżniała się jakimś krzykliwym wyglądem, ale miała w sobie coś, co rozpoznałem natychmiast. Klasę. Uwagę w spojrzeniu. Uśmiech, który był zarezerwowany tylko dla tych, którzy sobie na niego zasłużą. Ja, oczywiście, nie zasłużyłem. Tańczyła z paroma znajomymi, raz czy dwa przeszła obok mnie. Skinąłem jej głową. Uśmiechnęła się grzecznie, ale to był ten uśmiech, który mówi: „dobry wieczór i do widzenia”.

Wracając wtedy do domu, miałem wrażenie, że serce mi chodzi jak zegarek sprężynowy, taki co się go nakręcało i miał swoją dumę. Przesiedziałem pół nocy z herbatą, zerkając na zegarek. I myślałem: co ja, stary chłop, będę się wygłupiał. Ale rano, kiedy patrzyłem w lustro, zobaczyłem siebie młodszego o dwadzieścia lat. Nagle znów zależało mi na tym, żeby dobrze wyglądać. Ogoliłem się dokładnie, poprawiłem fryzurę. Nawet na klatce pogadałem chwilę z sąsiadką, co ostatnio zdarzało mi się rzadko. We wtorek po obiedzie, kiedy Michał znowu przyszedł pogadać, spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Ty się jakiś inny zrobiłeś. Coś się kroi?

– Nie. Po prostu trzeba jakoś wyglądać.

– Mhm. A może jednak? Znów będziesz się widział z Barbarą?

Zamilkłem. On już wiedział.

– No i co? Zamierzasz coś z tym zrobić?

Wzruszyłem ramionami. Niby miałem plan, ale nie mogłem się przemóc.

– A co, boisz się? Ty? Dziadek, który nauczył mnie, jak zagadywać dziewczyny na festynie? – uderzył prosto w punkt.

– To nie to samo.

– A jednak się boisz – powtórzył z uśmiechem.

Wtedy dotarło do mnie, że tak, boję się. Bałem się, że się skompromituję. Bałem się, że Barbara się zaśmieje, że ktoś to usłyszy, że będę wyglądał żałośnie. Ale przede wszystkim bałem się, że znów wrócę z piątkowego tańca z uczuciem, którego nie będę potrafił udźwignąć. Ale wstyd nie pozwalał mi się wycofać. Michał patrzył na mnie tak, jak kiedyś, gdy nauczyłem go jeździć rowerem. A ja wtedy zrozumiałem, że jeśli czegoś nie zrobię, to przestanę być tym samym Jurkiem, który kiedyś potrafił złapać świat za kołnierz.

Ja szukałem tylko jednej

W sobotę od rana czułem się, jakby ktoś mi podmienił żołądek na stary silnik – wszystko chodziło nierówno i za głośno. Kręciłem się po mieszkaniu bez celu. Najpierw zabrałem się za porządki, potem za prasowanie koszuli, chociaż była już idealnie wyprasowana dzień wcześniej. W końcu usiadłem i wpatrywałem się w lustro. Próbowałem ocenić, czy wyglądam na tyle godnie, by zbliżyć się do kobiety takiej jak Barbara. Wysunąłem szufladę w łazience i wyjąłem wodę kolońską, której nie używałem od śmierci Basi. Pamiętałem, jak się na nią krzywiła, że za mocna, za ciężka, ale kiedyś powiedziała, że pachnie mężczyzną. Nacisnąłem atomizer. Tylko raz.

Na zegarku była siedemnasta trzydzieści, gdy wyszedłem z domu. W autobusie siedziałem sztywno. Ręce mi się lekko pociły, a w głowie leciał jakiś walc. Dom kultury wyglądał jak zawsze. Neon nad wejściem ledwo się tlił, w środku grała już muzyka, znajome twarze kiwnęły mi na przywitanie. Ale ja szukałem tylko jednej. Zobaczyłem ją niemal od razu. Stała przy drzwiach, rozmawiała z jedną z tancerek. Miała na sobie niebieską sukienkę z wcięciem w talii. Nie rzucała się w oczy, ale była jak światło latarni, do którego wszystko wędruje, nawet jeśli nie wie dlaczego. Podeszła na środek sali. Wtedy poczułem, że to teraz albo nigdy.

Ruszyłem przed siebie. Nogi miałem jak z drewna, ale każdy krok wbijałem w podłogę jak żołnierz na defiladzie. Muzyka grała jakieś radosne hity, ludzie się śmiali, a ja czułem się, jakbym zaraz miał wygłosić mowę życia. Stanąłem przed nią. Spojrzała na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale nie uciekła wzrokiem.

– Albo zatańczysz dziś ze mną, albo więcej nie przychodzę – powiedziałem.

Głos miałem niższy niż zwykle, trochę mi się załamał przy końcu, ale trzymałem głowę wysoko. Na sali zapadła cisza. Barbara patrzyła na mnie przez chwilę. Długo. Tak długo, że myślałem, że zemdleję. A potem uśmiechnęła się, kiwnęła głową i odpowiedziała:

I tak się za długo opierałam.

Ludzie zaczęli bić brawo. Nie wiem, kto zaczął, może pani Krystyna od biletów, może Roman, ten zawsze pierwszy do śmiechu. Ale po chwili cała sala klaskała. A ja... ja podałem jej rękę i wprowadziłem na parkiet.

Wnuk mi przypomniał, że warto próbować

Nie pamiętam, jaka muzyka wtedy grała. Wszystko zlało się w jedną, spokojną melodię. Liczyła się tylko Barbara, jej dłoń w mojej i to, że pozwoliła się poprowadzić. Tańczyła lekko, bez spięcia, z wyczuciem. Po pierwszych kilku krokach wiedziałem, że nie pomyliłem się – była urodzoną tancerką. Ciało znało rytm lepiej niż niejeden instruktor, a ja czułem się, jakbym znowu miał trzydzieści lat. Nie rozmawialiśmy przez pierwsze minuty. Po prostu tańczyliśmy. I wtedy, między jednym obrotem a drugim, odezwała się cicho, prawie szeptem:

– Wiesz, Jurek... Ja myślałam, że już nikt nie umie być odważny.

Uśmiechnąłem się.

– Ja też. Ale mój wnuk mi przypomniał, że warto próbować.

– Mądry chłopak.

– Jest nadzieją tej rodziny. Mnie, starego uparciucha, potrafił ruszyć z miejsca.

Barbara spojrzała mi w oczy, dłużej niż to było wygodne. Nie odwróciłem wzroku.

– Czekałam – powiedziała prosto, bez zająknięcia. – Trzy tygodnie. Zawsze siadałeś w tym samym kącie i udawałeś, że cię nie interesuję.

– Nie udawałem – odpowiedziałem. – Interesowałaś mnie bardziej niż którakolwiek kobieta od śmierci mojej żony. Ale bałem się, że powiesz „nie”.

– To bym powiedziała. I co?

– Wróciłbym za tydzień.

Barbara uśmiechnęła się lekko.

– No to dobrze, że dzisiaj się udało. Miałam już zamiar przestać tu przychodzić. Ile można patrzeć na to, jak facet z klasą się chowa za doniczką?

Zachichotałem. Pierwszy raz od bardzo dawna śmiałem się z czystej radości. Tańczyliśmy jeszcze dwa, może trzy utwory. Potem usiedliśmy przy stoliku i piliśmy herbatę. Ludzie co chwilę podchodzili, gratulowali, rzucali żarty. A my siedzieliśmy obok siebie i było mi tak zwyczajnie dobrze. Czułem, że robi się późno, ale nie chciałem kończyć wieczoru.

– Odprowadzę cię – powiedziałem, gdy orkiestra zagrała ostatni kawałek.

– I dobrze. Kobieta w tym wieku nie powinna wracać sama– rzuciła z uśmiechem.

Zapiąłem jej płaszcz pod szyję. Pachniała delikatnymi perfumami. Po prostu... pierwszy raz od lat czułem, że nie idę sam.

Jesteś moim idolem

Wróciliśmy w milczeniu, powoli. Barbara szła pod rękę, nieśpiesznie, jakby każda minuta spaceru była ważniejsza niż cel. Przed jej blokiem zatrzymaliśmy się. Zadrżałem lekko od zimna, ale nie chciałem kończyć tej chwili. Zatrzymała się na schodach i spojrzała na mnie uważnie.

– Za tydzień znów będziesz się krył za doniczką?

– Tylko jeśli ty będziesz tam po mnie szła.

Uśmiechnęła się i skinęła głową. Potem weszła do środka, nie oglądając się za siebie. A ja stałem jeszcze chwilę i czułem się, jakby ktoś właśnie zdjął mi z ramion ciężar, który nosiłem od lat. Wróciłem do domu chwilę przed północą. Następnego dnia z rana zadzwoniłem do Michała.

– No i co?

– Mam randkę za tydzień – odpowiedziałem.

– Wiedziałem! Dziadek, jesteś moim idolem.

– Wiesz, Michał... Nie spodziewałem się, że coś takiego może mnie jeszcze spotkać. Szczerze, bałem się, że to będzie wstyd. Że wyjdę na starca, który nie zna swojej pozycji.

– Dziadek, najważniejsze to robić tylko to, co się czuje.

– Ty to masz głowę nie od parady.

Do tej pory byłem dla niego dziadkiem, który dobrze grał w karty i opowiadał zabawne historie. A teraz jakby widział we mnie mężczyznę. Kogoś, kogo można słuchać nie tylko z sentymentu.

– Dziękuję ci – powiedziałem cicho.

– Za co?

– Za to, że mnie zmotywowałeś, kiedy trzeba było. Tego mi brakowało. Kogoś, kto powie: „przestań się bać, dziadu”.

– Do usług Romeo – rzucił.

Bo życie to nie jest spokojna linia

Siedzę teraz przy stole i próbuję poskładać w całość ostatni tydzień. Człowiek myśli, że życie się już ułożyło, że wszystko, co miało się wydarzyć, już za nim. A potem nagle przychodzi kobieta w niebieskiej sukience i cały ten spokój przewraca do góry nogami. I dobrze. Bo życie to nie jest spokojna linia. To taniec. Raz krok do przodu, raz w bok, czasem trzeba się wycofać. Ale najważniejsze to nie przestać tańczyć.

Barbara zadzwoniła w środę. Powiedziała, że myśli o mnie od weekendu. Że nie ma ochoty czekać kolejnego tygodnia, więc może kawa? Zgodziłem się bez wahania. Spotkaliśmy się w kawiarni niedaleko parku. Rozmawialiśmy trzy godziny. O wszystkim – o dzieciach, o samotności, o strachu. O tym, że człowiek się wstydzi przyznać, że mu brakuje bliskości, bo nie wypada w tym wieku. Ale przecież to nie wiek decyduje, czy komuś wolno czuć. Wróciłem do domu późnym popołudniem. Wieczorem wpadł do mnie na chwilę Michał. Spojrzał na mnie z ukosa, z tym swoim uśmieszkiem.

– I jak randka?

– Myślę, że będzie więcej.

– Wiedziałem.

Potem długo siedzieliśmy przy herbacie i pierwszy raz od lat rozmawialiśmy nie tylko jak dziadek z wnukiem, ale jak dwaj faceci. Michał powiedział, że mnie podziwia. A ja po raz pierwszy od bardzo dawna poczułem się jak ktoś, kto wciąż ma coś do powiedzenia. Dzisiaj wieczorem znów idę do domu kultury. I nie mam już zamiaru stać pod ścianą. Nie wiem, jak to się wszystko potoczy. Może Barbara będzie chciała czegoś więcej, może tylko tańca. Ale jedno wiem na pewno: żyję. I jeszcze długo nie zamierzam siadać na ławce z napisem „koniec historii”. Może nie mam już dwudziestu lat. Ale mam serce. A ono tańczy dalej.

Jerzy, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama