Reklama

Zwykle przyjmuję kolędę. Nie to, żebym jakoś szczególnie czekała, ale wiadomo – sąsiedzi patrzą. Raz zamkniesz drzwi przed duszpasterzem, a przez kolejne lata ludzie będą gadać. W tym roku jednak wszystko się skomplikowało. I to nie dlatego, że nie chciałam. Serio, planowałam. Nawet ciasto upiekłam i mleko do kawy kupiłam. Ba, świeczkę z krzyżykiem postawiłam na stole. A potem... cóż, potem życie zagrało mi na nosie i wyszło, jak wyszło. Najgorsze, że w niedzielę idę na mszę. A że nasz proboszcz pamięć ma lepszą niż mój lekarz rodzinny, to już widzę, jak mnie obrzuci tym swoim chłodnym spojrzeniem spod brwi. I będzie trzeba się tłumaczyć.

Zrobiło mi się gorąco

Miałam tylko wyskoczyć na chwilę do siostry, pomóc jej z komputerem. Niby prosta sprawa, miało mnie nie być dłużej niż godzinę. Wracałam już do domu, kiedy na klatce spotkałam sąsiadkę z parteru.

– O, pani Aniu! – zawołała pani Grażyna z udawanym entuzjazmem. – Był już ksiądz! Dzisiaj chodził po kolędzie.

Zrobiło mi się gorąco.

– Ach, naprawdę? – udałam zdziwienie. – Myślałam, że jutro... Ależ to się człowiekowi wszystko myli.

– Oj, nie myli się, nie myli... – pani Grażynka uśmiechnęła się z przekąsem. – Ja tam byłam przygotowana. Stolniczek, opłatek, świeczka, a ksiądz z ministrantem tylko weszli i zaraz powiedział: „Jak tu ładnie pachnie czystością!”.

– No proszę – mruknęłam. – Cóż, trudno. Może jeszcze do mnie przyjdzie.

Albo i nie – rzuciła wystarczająco głośno, bym usłyszała.

Weszłam do mieszkania i usiadłam przy kuchennym stole.

– I po kolędzie – mruknęłam do siebie. – A w niedzielę? No pięknie, teraz tylko jeszcze się wyspowiadać, że nie otworzyłam drzwi...

Było mi wstyd

W niedzielę od rana krążyłam po mieszkaniu. Raz nawet wzięłam do ręki telefon z zamiarem zadzwonienia do kancelarii parafialnej. Tylko po co?

– Anka, ogarnij się – powiedziałam sama do siebie, przeglądając się w lustrze. – Nikt się z tego nie spowiada. To nie zła wola, tylko przypadek.

Jednak wiedziałam, że to nie takie proste. Nasz proboszcz był typem, który wszystko widzi, wszystko pamięta i jeszcze dopowie sobie resztę. Jak ktoś raz nie przyjął księdza, to na kazaniu wspomniał o „owieczkach, co drzwi Panu zamykają”. No i wtedy wszyscy wzrokiem szukali winnego. Do kościoła poszłam jak na skazanie. Przezornie usiadłam z boku.

– O, pani Aniu! – usłyszałam głos pani Grażynki. – A jak tam kolęda? Ostatecznie ksiądz dotarł?

– Oj, wie pani... coś mi wypadło – rzuciłam, starając się, by zabrzmiało naturalnie.

– No tak, no tak. Życie. Tyle że ksiądz już wie, że pani nie było w domu.

– Skąd?

– Bo zapytał.

Poczułam, jak twarz mi płonie. Grażynka patrzyła na mnie z uśmiechem tak niewinnym, że aż budzącym podejrzenia.

– Stało się – dodała z udawaną troską. – Oby się nie obraził. Wie pani, proboszcz to dumny człowiek. A dumni ludzie... cóż, oni pamiętają.

Czułam się jak uczennica

Msza ciągnęła się niemiłosiernie. Proboszcz mówił kazanie o tym, jak ważna jest gościnność i otwarte serce. Z każdą minutą coraz mocniej wbijałam się w ławkę.

– Pan Bóg puka do naszych drzwi nie tylko przez modlitwę i sakramenty – mówił proboszcz z ambony, zerkając wymownie po kościele. – Czasem puka osobiście. Przez duszpasterza. I co wtedy? Czy go wpuszczamy, czy udajemy, że nie słyszymy?

Zacisnęłam usta. Po nabożeństwie chciałam wyjść z kościoła tak, żeby ominąć tłum i nie spotkać księdza, ale jak na złość – stanął akurat tuż przy drzwiach, podając ludziom rękę.

– Szczęść Boże, pani Aniu – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Dawno się nie widzieliśmy.

– Szczęść Boże, księże proboszczu – odpowiedziałam niemrawo, jak uczennica złapana na ściąganiu.

– Coś się wydarzyło? – dopytał z lekko uniesioną brwią. – Ministranci mówili, że drzwi były zamknięte. Martwiliśmy się.

– A tak... coś pilnego, rodzinnego. Przepraszam, naprawdę nie chciałam – tłumaczyłam się gorączkowo. – Byłam już przygotowana, nawet ciasto...

– Ciasto? – uniósł drugą brew. – No to szkoda. Aż mi żal teraz tego ciasta.

Może następnym razem... – wydusiłam.

Proboszcz uśmiechnął się lekko.

– No właśnie. „Następnym razem” nie zawsze nadchodzi, pani Aniu. Nie warto tego odkładać. Ani z ciastem, ani z Panem Bogiem.

Wszyscy mnie oceniali

Wróciłam z kościoła z przekonaniem, że pół parafii już wie. I że w ciągu tygodnia moja nieobecność urosła do rangi sabotażu.

– A co tam się wydarzyło, że księdza pani nie przyjęła? – zapytała mnie następnego dnia sąsiadka z góry.

Rodzinne sprawy, musiałam nagle wyjść – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku aż mnie skręcało. – Przecież to się zdarza.

– Oczywiście – kiwnęła głową z miną wyrozumiałej ciotki. – Tylko że u księdza to może wyglądać jak ignorancja. Albo bunt.

– Bunt? – zdziwiłam się. – Przecież ja nie mam siedemnastu lat, żeby się buntować przeciw proboszczowi.

– A wie pani, co ksiądz mówił na spotkaniu różańcowym? Że teraz ludzie zamykają drzwi przed księdzem.

– No nie, błagam...

To nie są moje słowa – obruszyła się. – Ja tylko cytuję.

Weszłam do mieszkania, usiadłam w kuchni i wbiłam wzrok w niedopite kakao. Zaczynało to przybierać formę jakiegoś parafialnego śledztwa. Zadzwoniłam do siostry.

– Ty też kiedyś nie przyjęłaś księdza, pamiętasz?

– Tak, ale wtedy miałam grypę. A ty czemu nie wpuściłaś księdza?

– Byłam u ciebie. I teraz mam za swoje.

Poczułam spokój w sercu

W środę zadzwonił dzwonek do drzwi. Serce mi zamarło. Spojrzałam przez wizjer – ministrant.

– Dzień dobry – powiedział nieśmiało. – Ksiądz proboszcz prosił, żeby przekazać, że w sobotę będzie odwiedzał jeszcze raz tych, których nie zastał. Czy pani Ania będzie?

– Będę – odpowiedziałam bez wahania. – Proszę powiedzieć księdzu, że zapraszam.

– Dobrze. A o której godzinie najlepiej?

– Może... szesnasta?

– Zanotuję – wyciągnął z kieszeni pogiętą kartkę. – A ciasto też będzie?

Zaskoczył mnie tym pytaniem.

– Ksiądz mówił, że liczy na sernik – uśmiechnął się chłopak.

– Tak, ale tym razem będzie jeszcze lepsze – odparłam i zamknęłam drzwi.

W sobotę dom błyszczał. Obrus wykrochmalony, świeczka idealnie równa, nawet kwiaty kupiłam. Kiedy ksiądz wszedł, spojrzał na mnie z łagodnym uśmiechem.

– Dziękuję, że mogłem przyjść – powiedział. – Czasem druga szansa smakuje lepiej niż pierwsza. Jak drożdżowe ciasto z poprzedniego dnia.

– Tym razem sernik jest prosto z piekarnika – zapewniłam go. – I parzenie kawy też mam opanowane.

– Nie chodzi o kawę, pani Aniu – odpowiedział cicho. – Tylko o to, że ktoś chce, żeby Pan Bóg był gościem. Choćby trochę spóźnionym.

Piliśmy kawę, a ja nagle poczułam się... dobrze. Spokojnie. Jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Nie musiałam świecić oczami. Wystarczyło otworzyć drzwi.

Byłam z siebie dumna

W kolejną niedzielę poszłam do kościoła już bez stresu. Siedziałam w tej samej ławce co zawsze. A po mszy znów spotkałam panią Grażynkę.

– No i jak było? – zapytała, unosząc brwi.

– Miło – odpowiedziałam krótko. – Ksiądz zjadł dwa kawałki sernika. I nawet chwalił.

– Tak? – zdziwiła się. – To musiał być w dobrym humorze. Albo był głodny.

– Albo po prostu wie, że każdy może się czasem zagapić – odparłam z uśmiechem.

– Proboszcz mówił, że niektóre domy zyskały nowe życie. Że ludzie wrócili na dobrą drogę – rzuciła w przestrzeń.

– A ja myślę – powiedziałam głośno – że czasem wystarczy jedno ciasto i filiżanka kawy. I odrobina odwagi, żeby się przyznać, że nie jesteśmy doskonali.

Spojrzała na mnie zaskoczona, ale nawet nie skomentowała. Pierwszy raz. Wieczorem zadzwoniła siostra.

– No i co, znowu świeciłaś oczami w kościele?

– Świeciłam. Tyle że świecami, na stole.

– To jednak przyjęłaś księdza?

– Tak i powiedział, że każdy zasługuje na drugą szansę.

– No proszę – mruknęła. – Jak w przypowieści.

A ja tylko parsknęłam śmiechem.

Anna, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama