Reklama

Zbudowałam dla mojej córki świat z papieru, taśmy klejącej i kłamstw, które miały ją chronić przed bólem. Każdy list, który pisałam w imieniu jej ojca, każda paczka, którą w tajemnicy kupowałam, była cegiełką w murze oddzielającym ją od brutalnej prawdy. Myślałam, że jestem dobrą matką, bo biorę na siebie ciężar odrzucenia. Nie przewidziałam jednak, że kiedy ten mur runie, to nie ojciec będzie winny w jej oczach, ale ja. To był moment, w którym straciłam zaufanie jedynej osoby, na której mi zależało.

Wymyśliłam Norwegię

Siedziałam na podłodze w sypialni, otoczona kolorowym papierem i wstążkami. Była druga w nocy, a ja zamiast spać, dopracowywałam kolejny element mojej wieloletniej mistyfikacji. W dłoni trzymałam zestaw artystyczny — profesjonalne ołówki i blok, o których Zuzia marzyła od miesięcy. Wiedziałam, że jutro, gdy kurier „dostarczy” przesyłkę, jej oczy rozbłysną tym specyficznym blaskiem, który pojawiał się tylko przy wzmiance o tacie.

Westchnęłam ciężko, sięgając po pióro. To była najtrudniejsza część. Musiałam zmienić charakter pisma. Zamiast moich drobnych, okrągłych liter, stawiałam na papierze kanciaste, pochylone znaki, które miały udawać męską rękę. „Dla mojej kochanej Zuzi. Przepraszam, że znowu nie mogę przyjechać, ale praca na platformie wiertniczej jest bardzo wymagająca. Pamiętaj, że jestem z Ciebie dumny. Tata”.

Włożyłam kartkę do koperty, na którą wcześniej nakleiłam norweski znaczek kupiony na aukcji internetowej. Wszystko musiało wyglądać autentycznie. Moja córka miała jedenaście lat. Była bystra, spostrzegawcza i zadawała coraz więcej pytań. Kłamstwo, które zrodziło się z rozpaczy pięć lat temu, teraz wymagało precyzji szwajcarskiego zegarka. Hubert nie widział Zuzi, odkąd skończyła sześć lat. Po prostu spakował walizkę pewnego deszczowego popołudnia i oświadczył, że to życie go dusi. Że nie nadaje się do rodziny, pieluch, wywiadówek i kredytów. Odszedł, nie oglądając się za siebie. Przez pierwszy rok dzwoniłam, prosiłam, błagałam, żeby chociaż wysłał kartkę na urodziny. Zmienił numer. Zniknął.

Kiedy Zuzia płakała, pytając, dlaczego tata nie wraca, nie miałam serca powiedzieć jej: „Bo nas nie kocha”. To było zbyt okrutne. Więc wymyśliłam Norwegię. Kontrakty. Ważną misję inżynierską. Stworzyłam bohatera, którego nigdy nie było.

Zawsze bolało tak samo

Następnego dnia, zgodnie z planem, poprosiłam sąsiadkę, panią Krysię, żeby zadzwoniła do drzwi i zostawiła paczkę na wycieraczce, gdy będę w kuchni. Kiedy rozległ się dzwonek, serce podeszło mi do gardła.

— Mamo! Mamo! Paczka! — Zuzia wpadła do kuchni z wielkim pudłem w rękach. Jej policzki były zaróżowione z ekscytacji. — Zobacz, są norweskie znaczki! Tata pamiętał!

Patrzyłam na nią, uśmiechając się blado. Czułam ten specyficzny ucisk w żołądku, mieszankę ulgi i obrzydzenia do samej siebie.

— Oczywiście, że pamiętał, kochanie. Przecież cię kocha — powiedziałam, gładząc ją po włosach.

Zuzia rozerwała papier i pisnęła z zachwytu na widok ołówków. Od razu chwyciła list. Czytała go na głos, z namaszczeniem, jakby to była święta księga. Każde słowo, które wymyśliłam wczorajszej nocy, teraz stawało się dla niej prawdą objawioną.

Napisał, że jest dumny — szepnęła, przytulając kartkę do piersi. — Myślisz, że przyjedzie na Boże Narodzenie?

To pytanie zawsze padało. I zawsze bolało tak samo.

— Wiesz, jak to jest na morzu, Zuziu. Sztormy, helikoptery nie latają... Zobaczymy.

Finansowo ledwo wiązałam koniec z końcem. Pracowałam w kwiaciarni, biorąc każdą możliwą nadgodzinę, żeby sfinansować te „prezenty od taty”. Hubert nie płacił alimentów, bo oficjalnie był nieuchwytny, a fundusz alimentacyjny to były grosze w porównaniu z potrzebami dorastającej dziewczynki. Ale wolałam chodzić w starych butach i jeść kanapki z serem, niż pozwolić, by jej iluzja pękła.

Moja mama, jedyna osoba, która znała prawdę o moich machinacjach, kręciła tylko głową z dezaprobatą.

— Helena, to się źle skończy — mówiła, gdy wpadała do nas na herbatę. — Budujesz zamek na piasku. Dziewczyna dorośnie, dowie się. I co wtedy?

— Wtedy będzie już na tyle duża, żeby zrozumieć, że chciałam ją chronić — odpowiadałam uparcie. — Nie pozwolę, żeby czuła się gorsza od innych dzieci. Każdy w klasie ma tatę. Ona też ma. Tylko daleko.

— Ona nie ma ojca, Helena. Ona ma twoją wyobraźnię — kwitowała matka surowo.

Zostawiłam ją w spokoju

Z biegiem miesięcy utrzymanie kłamstwa stawało się coraz większym wyzwaniem logistycznym. Zuzia dorastała w epoce cyfrowej. Jej koleżanki rozmawiały z ojcami pracującymi w Niemczech czy Anglii przez komunikatory wideo. Widziały ich twarze, słyszały głos.

— Dlaczego tata nigdy nie ma zasięgu na wideo? — zapytała pewnego wieczoru, gdy odrabiałyśmy lekcje przy kuchennym stole. — Julka rozmawia ze swoim tatą codziennie, a on jest w Holandii.

— Norwegia to co innego, kochanie. On pracuje na dalekiej północy, na morzu. Tam satelity rzadziej łapią — łgałam jak z nut, choć czułam, jak pot spływa mi po plecach.

— Ale przecież mógłby nagrać filmik. Kiedy jest w porcie — drążyła. Zaczynała łączyć kropki. Widziałam w jej oczach cień wątpliwości, którego wcześniej tam nie było.

— Poproszę go w następnym liście — ucięłam temat, wstając gwałtownie, by nastawić wodę na herbatę. Musiałam się odwrócić, żeby nie zobaczyła strachu w moich oczach.

Wiedziałam, że czas działa na moją niekorzyść. Rozważałam nawet wynajęcie jakiegoś aktora, żeby nagrał krótki filmik, ale to wydawało mi się już szaleństwem. Granica między ochroną dziecka a patologicznym kłamstwem zacierała się coraz bardziej. Pewnego dnia Zuzia wróciła ze szkoły niezwykle cicha. Zazwyczaj opowiadała o wszystkim — o nowej nauczycielce od przyrody, o tym, co jadła Ola, o planach na wycieczkę. Tym razem rzuciła plecak w kąt i zamknęła się w swoim pokoju. Podeszłam do drzwi i zapukałam delikatnie.

— Zuziu? Wszystko w porządku? Obiad gotowy.

— Nie jestem głodna — dobiegł mnie stłumiony głos.

Zostawiłam ją w spokoju, myśląc, że to może gorszy dzień w szkole albo pierwsza nastoletnia huśtawka nastrojów. Nie wiedziałam, że bomba z opóźnionym zapłonem właśnie zaczęła tykać.

Wtedy mnie zauważyli

Kilka dni później miałam wolne popołudnie. Postanowiłam zrobić Zuzi niespodziankę i odebrać ją wcześniej ze szkoły, żebyśmy mogły pójść na lody. Dzień był słoneczny, idealny na małe przyjemności, które miały odwrócić uwagę od jej ostatniego smutku. Kiedy podeszłam pod budynek szkoły, zobaczyłam Zuzię stojącą przy bramie. Nie była sama. Rozmawiała z Kacprem, chłopcem z sąsiedztwa, którego rodzice znali Huberta jeszcze z czasów, gdy mieszkaliśmy wszyscy na tym samym osiedlu. Kacper był rok starszy od Zuzi i nie należał do najdelikatniejszych dzieci.

Zatrzymałam się kilka kroków od nich, bo coś w postawie mojej córki mnie zaniepokoiło. Stała sztywno, z zaciśniętymi pięściami.

— ...więc nie kłam, że on ci przysyła te rzeczy — dobiegł mnie głos Kacpra. Był głośny i pewny siebie. — Mój tata mówił, że twój stary po prostu uciekł, bo nie chciał mieć bachora.

Zamarłam. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Chciałam podbiec, przerwać to, zasłonić uszy Zuzi, ale nogi miałam jak z ołowiu.

— To nieprawda! — krzyknęła Zuzia, ale w jej głosie słyszałam łzy. — On pracuje w Norwegii! Pisze do mnie listy!

— Jaka Norwegia? — Kacper zaśmiał się okrutnie. — Mieszka pod Warszawą z jakąś nową babką. Moja mama ich widziała w centrum handlowym w zeszłym miesiącu. Mówiła, że nawet nie zapytał o ciebie. Wszyscy wiedzą, że twoja matka wszystko zmyśla, żeby nie było wstydu.

Wtedy mnie zauważyli. Kacper, widząc moją minę, spuścił głowę i szybko odszedł w stronę przystanku, rzucając tylko ciche „cześć”. Zuzia została sama. Powoli odwróciła się w moją stronę. Nigdy nie zapomnę jej wzroku. Nie było w nim już tej dziecięcej naiwności. Był ból, ale przede wszystkim oskarżenie. To nie był wzrok córki patrzącej na matkę. To był wzrok ofiary patrzącej na oszusta.

— Zuziu... — zaczęłam, wyciągając do niej rękę.

— Czy to prawda? — zapytała cicho. Jej głos był zimny, nienaturalnie spokojny.

— Kochanie, porozmawiajmy w domu.

— Czy. To. Prawda? — wycedziła przez zęby, a z jej oczu popłynęły łzy.

Wiedziałam, że nie mogę już kłamać. Nie teraz, gdy patrzyła na mnie w ten sposób. Każde kolejne kłamstwo byłoby gwoździem do trumny naszej relacji.

— Tak — szepnęłam. — Nie ma go w Norwegii.

Zuzia nie krzyczała. Nie zrobiła sceny. Po prostu odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę domu, zostawiając mnie samą na chodniku. To milczenie było gorsze niż jakikolwiek krzyk.

Miała absolutną rację

W domu Zuzia zamknęła się w pokoju. Słyszałam, jak przesuwa meble, jak coś rzuca. Bałam się wejść. Siedziałam w kuchni, patrząc na stygnącą zupę i czułam się jak najgorszy człowiek na świecie. Moje intencje nie miały teraz znaczenia. Liczył się efekt. Wieczorem, gdy w domu zapadła cisza, odważyłam się uchylić drzwi do jej pokoju. Widok, który zastałam, złamał mi serce. Na środku dywanu leżało pudełko, w którym trzymała „listy od taty”. Wszystkie były podarte na drobne kawałki. Prezenty — pluszowy miś z „Norwegii”, zestaw muszelek, nawet te nowe ołówki — były wrzucone do worka na śmieci stojącego pod biurkiem. Zuzia leżała na łóżku, odwrócona do ściany.

— Zuziu — zaczęłam, siadając na brzegu łóżka.

— Wyjdź — powiedziała w poduszkę.

— Musisz mnie wysłuchać. Chciałam cię chronić. Nie chciałam, żebyś myślała, że tata cię nie chciał. Wolałam, żebyś tęskniła za bohaterem, niż płakała przez tchórza.

Zuzia gwałtownie usiadła na łóżku. Jej oczy były czerwone i opuchnięte.

— Chronić mnie? — zapytała drżącym głosem. — Zrobiłaś ze mnie idiotkę! Wszyscy wiedzieli. Kacper wiedział, jego rodzice wiedzieli, pewnie cała szkoła się ze mnie śmiała, kiedy opowiadałam o platformach wiertniczych!

Nie wiedziałam, że ludzie gadają... — próbowałam się tłumaczyć, ale brzmiało to żałośnie.

— To nie jest najgorsze — przerwała mi, patrząc prosto w oczy. — Najgorsze jest to, że te wszystkie słowa... „Jestem z ciebie dumny”, „kocham cię”, „jesteś moją księżniczką”... To wszystko ty napisałaś. Myślałam, że on mnie kocha. A to byłaś ty, udająca kogoś innego. Zabrałaś mi prawdę, mamo. Nawet jeśli prawda jest taka, że on ma mnie gdzieś, to miałam prawo ją znać!

Jej słowa uderzały we mnie jak kamienie. Miała absolutną rację. W mojej desperacji, by oszczędzić jej odrzucenia przez ojca, sama zafundowałam jej odrzucenie przez rzeczywistość. Sprawiłam, że jej życie emocjonalne przez lata opierało się na fikcji.

— Przepraszam. — Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć, dławiąc się łzami.

— Nie wierzę ci — powiedziała Zuzia i ponownie położyła się, odwracając plecami. — Już ci nie wierzę.

Uśmiechnęłam się smutno

Przez kolejne tygodnie nasz dom przypominał strefę wojny, w której ogłoszono zawieszenie broni, ale napięcie wciąż wisiało w powietrzu. Zuzia odpowiadała półsłówkami. Nie pozwalała się przytulić. Przestała opowiadać o szkole. Wyrzuciła wszystkie rzeczy, które rzekomo dostała od ojca. Została tylko pustka. Próbowałam to naprawić. Przestałam kupować drogie prezenty, bo zrozumiałam, że nie kupię nimi jej miłości. Zaczęłam być boleśnie szczera.

Pewnego wieczoru, około miesiąc po awanturze, Zuzia przyszła do kuchni, gdy zmywałam naczynia. Stanęła w progu, skubiąc rąbek bluzki.

Dlaczego on odszedł? — zapytała. Tym razem bez złości, tylko ze smutkiem.

Wytarłam ręce w ścierkę i odwróciłam się do niej. To był ten moment. Mogłam znowu coś ubarwić, powiedzieć, że się pogubiliśmy, że to skomplikowane. Ale obiecałam sobie: zero kłamstw.

— Bo nie dorósł do bycia ojcem, Zuziu. Bał się odpowiedzialności. Chciał żyć wygodnie, bez problemów. To nie była twoja wina. To nigdy nie była twoja wina. To jego słabość.

Zuzia pokiwała głową. Trawiła te słowa. Były gorzkie, ale prawdziwe.

— A ty? Dlaczego wymyśliłaś te listy? Naprawdę myślałaś, że się nie dowiem?

Usiadłam przy stole i wskazałam jej krzesło obok.

— Bałam się, że jeśli dowiesz się prawdy, pęknie ci serce. A jako matka chciałam wziąć ten ból na siebie. Źle oceniłam sytuację. Myślałam, że chronię twoje dzieciństwo, a tak naprawdę budowałam klatkę. Przepraszam, że zrobiłam z ciebie pośmiewisko przed Kacprem.

Zuzia milczała przez dłuższą chwilę, bawiąc się solniczką.

— Kacper to głupek — powiedziała w końcu. — Ale... te ołówki były naprawdę dobre. Szkoda, że je wyrzuciłam.

Uśmiechnęłam się smutno

— Możemy kupić nowe. Ale tym razem będą ode mnie. Za pieniądze zarobione w kwiaciarni, a nie na platformie wiertniczej.

— Wiem, że ciężko pracujesz — mruknęła, nie patrząc na mnie. — Widzę, jak wracasz zmęczona.

To było małe zdanie, ale dla mnie znaczyło więcej niż tysiąc listów. Zaczynała dostrzegać mnie — prawdziwą matkę, która popełnia błędy, ale jest obok, a nie wyimaginowanego ojca, który jest idealny, ale nieobecny. Minęło pół roku od tamtego dnia. Nasza relacja wciąż się goi. Zuzia jest ostrożniejsza, bardziej zdystansowana niż kiedyś. Częściej sprawdza to, co mówię. Straciłam jej bezgraniczną, dziecięcą ufność i wiem, że mogę jej nigdy w pełni nie odzyskać. To cena, którą płacę za moje „dobre chęci”.

Ale budujemy coś nowego. Coś opartego na prawdzie, nawet jeśli jest ona bolesna i szara. Zuzia wie, że jej ojciec żyje gdzieś swoim życiem i nie interesuje się nią. To boli. Widzę to czasem, gdy patrzy na ojców innych dzieci na placu zabaw. Ale ten ból jest prawdziwy. Nie jest przypudrowany kłamstwem. I dzięki temu, że jest prawdziwy, możemy go wspólnie przepracować. Wczoraj zapytała mnie, czy może zobaczyć zdjęcie ślubne moje i Huberta. Wyjęłam je z dna szafy. Patrzyła na nie długo, analizując jego twarz.

— Masz jego oczy — powiedziałam cicho.

— Może. — Wzruszyła ramionami. — Ale charakter mam po tobie. Ty byś nie uciekła.

To był najpiękniejszy komplement, jaki usłyszałam w życiu. Zrozumiałam wtedy, że kłamstwo może ochronić na chwilę, ale tylko prawda pozwala zbudować relację, która przetrwa burzę. Tomasz wybrał łatwą drogę ucieczki. Ja wybrałam trudną drogę trwania przy dziecku, nawet jeśli po drodze potknęłam się o własne nogi. I choć wciąż naprawiam to, co zepsułam, wiem, że idziemy już we właściwym kierunku.

Helena, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama