„Nie mogę uwierzyć, że to ja urodziłam swoje dzieci. Są chciwe i kłótliwe, a ja uczyłam ich czegoś innego”
„Zaczęli się przekomarzać o działkę, o samochód, o pieniądze z konta. Każde miało swoją wersję tego, co im się należy. Jakby śmierć ojca była okazją do wyrównania rachunków. Siedziałam wtedy między nimi i nie mogłam uwierzyć, że to moje dzieci”.

Byłam przekonana, że wychowałam swoje dzieci na porządnych, uczciwych ludzi. Uczyłam ich dzielenia się, empatii, szacunku. Zawsze powtarzałam, że najważniejsze to być człowiekiem, a nie się nachapać. A jednak patrząc dziś na to, jak traktują mnie i siebie nawzajem, nie poznaję ich. Wieczne kłótnie, zazdrość, ciągłe pretensje o pieniądze, o podziały, o rzeczy. Jakby najważniejsze w życiu było to, kto dostał więcej. Gdy się z nimi rozmawia, to człowiek odnosi wrażenie, że siedzi przy jednym stole z obcymi ludźmi. I najgorsze – to przecież ja ich urodziłam. I to ja ich tak wychowałam… Czyżby?
Nie tego ich uczyłam
Nigdy nie marzyłam o wielkiej karierze. Chciałam mieć rodzinę, dom pachnący obiadem i dzieci, które będą wiedziały, że zawsze mogą do mnie przyjść, z każdą sprawą. I przez jakiś czas naprawdę myślałam, że właśnie to stworzyliśmy z Władkiem. Nie byliśmy bogaci, ale dzieci nigdy nie chodziły głodne, zawsze miały czyste ubrania, książki, wsparcie. Czasem mieli mniej niż ich koledzy, ale tłumaczyliśmy im, że nie wszystko w życiu kupuje się za pieniądze.
– Jak będziesz dobrym człowiekiem, to wszędzie sobie poradzisz – mówiłam im do znudzenia. – Liczy się serce i rozum, nie markowe buty.
Zosię i Adama wychowywaliśmy tak samo, nie faworyzując żadnego. Pamiętam, jak dzielili się czekoladą, jak razem zbierali kasztany, jak robili mi kartki na Dzień Matki. Wtedy jeszcze wierzyłam, że to, co im dajemy, zbuduje w nich fundament.
Nie zauważałam, że gdzieś po drodze zaczęli patrzeć, kto dostał więcej. Kto miał nowe buty, kto pojechał na wycieczkę. Może to były drobiazgi, ale dziś mam wrażenie, że właśnie wtedy coś się w nich zaszczepiło. Coś, co powoli zaczęło rosnąć.
Różne światy w jednym domu
Gdy dzieci podrosły, w domu zrobiło się ciaśniej – nie tyle fizycznie, co emocjonalnie. Każdy z nich miał już swoje zdanie, swoje potrzeby, swoje prawa. Zosia zamykała się w pokoju i godzinami rozmawiała przez telefon, a Adam coraz częściej wracał późno i rzucał tylko „zjadłem u Wojtka”. Siedzieliśmy przy jednym stole, ale rozmawialiśmy coraz mniej. A jak już rozmawialiśmy, to tylko o ocenach, pieniądzach albo o tym, kto czego nie zrobił.
– Adam znowu nie wyniósł śmieci – mówiła Zosia z wyrzutem.
– Może jakbyś raz w życiu sama coś zrobiła, to bym nie musiał – odburknął on.
Próbowałam to łagodzić. Robiłam ich ulubione obiady, organizowałam wspólne wyjścia, ale czułam, że to już nie działa. Jakbym próbowała przykleić plaster na złamane kości. Z czasem każde z nich zaczęło żyć własnym życiem. Gdy Adam wyjechał na studia, a Zosia wyszła za mąż, miałam nadzieję, że z wiekiem nabiorą dystansu, zrozumieją, co naprawdę ważne.
Nie zrozumieli. Wręcz przeciwnie – im byli starsi, tym mocniej liczyli i porównywali. Tak, jakby wciąż siedzieli z linijką i sprawdzali, czy jedno nie dostało więcej niż drugie.
Zaczęli się kłócić
Władek zmarł nagle. Serce. Zostaliśmy z tym wszystkim sami – ja i oni. Myślałam, że śmierć ojca ich do siebie zbliży, że będzie jakimś punktem zwrotnym. Przez moment rzeczywiście tak wyglądało – byli przy mnie, pomagali w papierach, organizowali pogrzeb. Adam nawet się popłakał, a Zosia nocowała u mnie przez kilka dni. A potem… potem przyszła sprawa spadkowa.
– Mama, powiedz wprost, kto co ma dostać – rzucił Adam przy kuchennym stole. – Przecież nie możemy tak tego zostawić.
– To nie moment na takie rozmowy – odpowiedziałam cicho. – Jeszcze ciepłe…
– Właśnie dlatego trzeba to załatwić – przerwała mi Zosia. – Żeby nie było potem nieporozumień.
Nieporozumień? One już były. Zaczęli się przekomarzać o działkę, o samochód, o pieniądze z konta. Każde miało swoją wersję tego, co im się należy. Jakby śmierć ojca była okazją do wyrównania rachunków. Siedziałam wtedy między nimi i nie mogłam uwierzyć, że to moje dzieci. Że wychowałam ludzi, którzy potrafią się kłócić o stare meble, nie patrząc nawet na siebie. Byli chciwi. I byli gotowi pójść na noże.
Rachunek sumienia
Po tamtym spotkaniu przez kilka dni nie mogłam spać. Chodziłam po domu jak cień, patrzyłam na zdjęcia dzieci z czasów, gdy jeszcze się śmiali razem. I zadawałam sobie jedno pytanie – gdzie popełniłam błąd? Czy za bardzo ich rozpieszczałam? Czy za mało wymagałam? Może powinnam była wcześniej uciąć te drobne niesprawiedliwości, które wtedy wydawały się niczym?
W głowie odtwarzałam sceny sprzed lat. Jak Zosia płakała, że Adam dostał lepszy rower. Jak Adam się pieklił, że siostra miała nowy telefon. Jak ja, zmęczona po pracy, machałam ręką i mówiłam: „Cicho już, przecież macie wszystko, czego wam potrzeba”. A może właśnie wtedy powinnam była się zatrzymać i im to wytłumaczyć? Pokazać, że nie o rzeczy tu chodzi, tylko o ludzi?
Nie wiedziałam już, co myśleć. Miałam dwóch dorosłych ludzi, którzy potrafili ze sobą rozmawiać tylko przez prawnika. Którzy potrafili mnie pytać: „A to ile jest warte?” zamiast „Jak się czujesz, mamo?”. I choć bolało, coraz częściej zadawałam sobie pytanie: czy ja w ogóle jeszcze coś dla nich znaczę?
Wszystko, tylko nie wdzięczność
Kiedy w końcu powiedziałam im, że nie chcę więcej rozmów o podziale, że to mnie rani i męczy, spojrzeli na mnie jak na wariatkę. Zosia skrzywiła się teatralnie.
– Mamo, przecież to normalne rzeczy. Chcemy tylko, żeby wszystko było sprawiedliwie.
– A co twoim zdaniem znaczy „sprawiedliwie”? – zapytałam wtedy. – Po równo? Czy według tego, kto był bardziej posłuszny?
– No chyba według zasług – wtrącił się Adam. – Bo ja zawsze byłem tym, który pomagał. Zosia była wiecznie zajęta sobą.
– A ty wiecznie ofiarą – odcięła się Zosia. – Daj spokój.
I tak to właśnie wyglądało. Dwoje dorosłych ludzi siedzących naprzeciwko mnie, którzy zamiast wdzięczności za wszystko, co dla nich zrobiłam, mieli tylko listę pretensji. Nikt nie zapytał, czego ja chcę. Czy potrzebuję pomocy, czy może chcę wreszcie odpocząć. Dla nich byłam jak instytucja – gotowa dać, przepisać, oddać.
Patrzyłam na nich i czułam, że jestem im obca. I że oni są obcy mnie. I choć serce matki biło jak dawniej, dusza miała ochotę się wycofać. Przestać już tłumaczyć. I przestać czekać, że się opamiętają.
Wreszcie otworzyłam oczy
Dziś mijają trzy miesiące, odkąd przestałam odbierać od nich telefony. Nie dlatego, że się obraziłam. Po prostu… nie mam już siły. Za każdym razem rozmowa kończyła się awanturą, rozliczeniem, wypominaniem. A ja nie chcę kończyć życia na tłumaczeniu się z tego, komu dałam więcej. Mam dość siedzenia między nimi jak sędzia i przyjmowania raz w twarz, raz w serce.
Zamknęłam drzwi nie po to, żeby ich ukarać. Tylko żeby ochronić siebie. I może trochę ich – przed tym, żeby nie zniszczyli się nawzajem do końca. Zaczęłam chodzić na spacery, do biblioteki, zapisałam się nawet na zajęcia z jogi. Czasem usiądę na ławce i myślę o nich. Nadal ich kocham. To się nie zmieni. Ale kocham też siebie. I nie chcę już żyć w cieniu cudzych pretensji.
Może któregoś dnia zapukają nie po to, by pytać o testament, ale żeby zapytać, jak mi minął dzień. Może się nie doczekam. A może doczekam. Ale nawet jeśli nie – przynajmniej wiem, że zrobiłam wszystko, co mogłam. A teraz czas zadbać o siebie.
Helena, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Babci spędziłam samotnie, bo wnuczka kocha mnie tylko, gdy mam pieniądze. Płakałam przez cały tydzień”
- „Córka przyniosła niespodziankę ze studniówki. Teraz będzie zmieniać pampersy, a ja zacznę obchodzić Dzień Babci”
- „Latami harowałam w pocie czoła na gospodarstwie rodziców. Na co mi to było, skoro dziś chcą mnie zostawić z niczym?”

