„Nie mieliśmy kasy by iść na bal, więc zorganizowaliśmy domówkę. Zamiast karnawałowej zabawy mieliśmy wieczór żenady”
„W ciągu piętnastu minut mieszkanie opustoszało. Została tylko cisza i stłuczone szkło. Dwie szklanki – te od babci Pawła, z wytrawionym brzegiem i złotym wzorkiem – leżały potłuczone na podłodze w kuchni”.

Nie było nas stać na żaden bal, nawet na głupią kolację w barze z muzyką na żywo. Wszystko kosztowało więcej, niż mogliśmy sobie pozwolić, a i tak Paweł próbował udawać, że go to nie rusza. Mówił, że „wszędzie tłok i plastikowe jedzenie”, jakbyśmy mieli wybór.
Zrobiliśmy imprezę
Dlatego wymyśliłam tę domówkę. Nie żebyśmy mieli na to warunki, ale wśród swojaków przecież nikt nie patrzy na detale. Sprzątałam mieszkanie od rana. Paweł w tym czasie przestawiał butelki z miejsca na miejsce i sprawdzał, kto potwierdził przyjście.
– Napisałem do grupy. Sandra już potwierdziła, że będą – odpowiedział bez emocji.
– Tylko żeby znowu nie przynieśli tej niedobrej wódki…
Pierwsze dwie osoby przyszły jeszcze przed dziewiętnastą. Na stole postawiłam miskę chipsów i talerz z parówkami zawiniętymi w ciasto francuskie, które wyglądały trochę jak po przejściach. Paweł otworzył jedną z wódek i nalał po kieliszku. W tle grała muzyka z telefonu. Sandra i Kuba weszli jak do siebie, roześmiani, z siatką pełną alkoholu i pretensjonalnymi komentarzami.
– No, i tak to można żyć – powiedział Kuba, stawiając siatkę na stole. – Wódka, muzyka, fajni ludzie.
– Fajnie tu macie, swojsko – rzuciła Sandra, zaglądając do salonu.
– No… staramy się. Chociaż ledwo nam starcza na czynsz – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
– A co tam, liczy się klimat! – odparła i mrugnęła do mnie.
Bawiliśmy się
Muzyka przybrała na sile, w powietrzu unosił się dym z papierosów – otwarte okno niewiele pomagało. Ludzie siadali gdzie popadnie, część rozsiadła się na podłodze. Słyszałam, jak śmieją się z memów, które pokazywali sobie na telefonach. Wszędzie leżały rozrzucone kurtki, ktoś rozsypał chipsy na dywanie, a na parapecie stała pusta butelka po winie.
Po północy ktoś zapukał do drzwi. Najpierw myślałam, że to któryś z gości wyszedł się przewietrzyć i wrócił. Otworzyłam. Po drugiej stronie stało starsze małżeństwo. Ona w szlafroku, on w dresie. Ich twarze wyglądały tak, jakby już od godziny debatowali, czy zapukać do nas, czy nie.
– Czy wyście wszyscy oszaleli? – zapytała kobieta, wbijając we mnie wzrok. – Ludzie chcą spać. Nie jesteście tu sami.
– Jest po północy. Mamy wnuczkę u siebie, trzyletnie dziecko. I państwo naprawdę uważają, że to jest odpowiednie zachowanie? – dołożył mężczyzna, a ja nie wiedziałam, gdzie podziać oczy.
Za moimi plecami ktoś się zaśmiał, jakby na złość. Zanim zdążyłam coś odpowiedzieć, drzwi się zamknęły. Nie minęło dziesięć minut, kiedy znowu rozległo się pukanie. Tym razem bardziej stanowcze. I już wiedziałam.
Było nam wstyd
To byli dwaj strażnicy miejscy. Młodzi, zmęczeni, z nieustępliwym spojrzeniem, które mają wszyscy funkcjonariusze: bez grama cierpliwości. Rozmawiali głównie z Pawłem, który był już pod wpływem i odpowiadał półsłówkami. Tłumaczył coś o „kontrolowanej imprezie” i że „zaraz wszystko ucichnie”, ale to nic nie dawało. Któryś z gości zrobił im zdjęcie i zaczął się śmiać. Ktoś inny zaczął szukać swojej kurtki i wychodzić.
W ciągu piętnastu minut mieszkanie opustoszało. Została tylko cisza, zapach alkoholu i stłuczone szkło. Dwie szklanki – te od babci Pawła, z wytrawionym brzegiem i złotym wzorkiem – leżały potłuczone na podłodze w kuchni.
– Wiedziałem, że tak będzie – powiedział, wchodząc do kuchni. W jego głosie dawało się wyczuć złość i coś jeszcze – może wstyd.
– Po co w ogóle to robiliśmy?
Stałam obok tych rozbitych szklanek, patrzyłam na krzywo postawione krzesło i rozlany napój, który wsiąkł w obrus.
– Myślałam, że będzie fajnie – wyszeptałam. – Że raz nam się uda.
Nie byłam zadowolona
Nie odpowiedział, a ja poczułam się, jakby ktoś mi właśnie przypomniał, gdzie jest moje miejsce. Sprzątaliśmy w ciszy. Paweł miał spuszczoną głowę, ja związałam włosy w niedbały kucyk i zbierałam plastikowe kubki z podłogi. Wódka rozlana na stole zaczęła zasychać, talerze z niedojedzonymi parówkami lepiły się do stołu. Dywan, na którym jeszcze kilka godzin temu ktoś tańczył, był teraz pełen okruszków, plam i śladów butów.
Zebrałam resztki chipsów z podłogi do plastikowej miski i wyrzuciłam wszystko do worka. Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałam, czy to od alkoholu, zapachu, czy może z obrzydzenia do samej siebie.
– Po co to było, Paweł? Po co my w ogóle się staraliśmy? – zapytałam, nie patrząc na niego.
Zastygł w pół ruchu. Przetarł ostatni raz blat i spojrzał w moją stronę.
– Nie wiem. Może trzeba było obejrzeć „Milionerów” i iść spać jak ludzie.
– Znowu się nie udało. Zawsze tak jest.
Poczułam, że łzy same cisną się do oczu. Nie płakałam głośno, tylko usiadłam na krześle i zakryłam twarz dłońmi. Wszystko to było zbyt żałosne nawet żeby się z tego śmiać.
Byłam załamana
Paweł udawał, że zajęty sprzątaniem, że trzeba wyrzucić śmieci, zebrać szklanki. Zawsze uciekał, kiedy robiło się trudno.
– Nie chcę tak żyć – powiedziałam w końcu. – Nie chcę więcej tak żyć.
Nie odpowiedział, a ja nawet nie liczyłam, że coś powie. Wiedziałam, że wszystko w nim już dawno zgasło. Marzyłam kiedyś o wielkim świecie. Paryż, Praga, Londyn. Nie musiałam mieć pięciogwiazdkowego hotelu ani szampana w jacuzzi. Wystarczyłby ktoś, kto zabierze mnie gdzieś dalej niż do Biedronki po chipsy. Ktoś, kto zaplanuje coś, nawet drobiazg, żeby pokazać, że mu zależy. A zostałam tu, w wynajmowanym mieszkaniu, z potłuczonymi szklankami po babci, w śmierdzącej kuchni, w ciszy, która bolała bardziej niż wszystkie krzyki.
„Może to ja nie umiem być szczęśliwa? – pomyślałam. – Może to nie o kasę chodzi, tylko o to, że my nie umiemy… żyć?”. Chciałam tylko choć raz poczuć, że jestem na swoim miejscu, że nie muszę udawać, ale tego wieczoru nawet tego nie dostałam.
Pomyślałam, że jutro wstanę, pójdę do pracy, stanę przy kasie i będę się uśmiechać do ludzi, którzy nie będą mieli pojęcia, co stało się dzisiaj. I może właśnie to jest życie: nie wielkie decyzje, tylko trwanie mimo wszystkiego.
Kinga, 24 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż uważał, że dramatyzuję, bo tylko zajmuję się dzieckiem. Kiedy został z nim sam, prędziutko zmienił zdanie”
- „Teściowa wzbudza w moich dzieciach skrajne przerażenie. To, co im opowiada, przechodzi ludzkie pojęcie”
- „Moje życie miało być jak z bajki. Po ślubie czar prysł, a mąż zdjął maskę, pod którą skrywał prawdziwe oblicze”

