Reklama

Nazywam się Włodek, mam 35 lat, żonę, córkę i wrodzoną nieufność do wszystkiego, co nosi koloratkę. Nie jestem żadnym wojującym ateistą, raczej sceptykiem – takim, który nie lubi, gdy ktoś zagląda mu do portfela, sumienia i mieszkania. Żyję w kraju, gdzie od „bądź normalny” zaczynają się wszystkie małe kompromisy: przyjmij kolędę, daj na tacę, udawaj przed sąsiadami, że nie masz własnego zdania.

Moja żona, Beata, to dobry człowiek, ale jak trzeba – potrafi być zdeterminowana, szczególnie jeśli chodzi o zachowanie pozorów. Co roku słyszę tę samą śpiewkę: „Włodek, zróbmy chociaż raz tak, żeby nie było wstydu”. No to robię – sprzątam, chowam piwo do szafki, wyjmuję z barku kopertę, bo przecież „wypada dać”. Nasza Zosia rośnie otoczona rytuałami, których nie rozumie, ale chłonie jak gąbka – i to chyba boli mnie najbardziej.

Zawsze powtarzam sobie: nie mam nic do wiary. Jest dużo do ludzi, którzy z niej żyją lepiej niż politycy z podatków. Najbardziej jednak boli mnie ten teatr codzienności, w którym każdy gra kogoś innego – a najwięcej braw zbiera ten, kto najpiękniej udaje. Nie lubię tej gry, nie rozumiem jej zasad. Niestety, czasem nawet najuczciwszy człowiek musi zagrać swoją rolę. Właśnie tak się zaczęło – od koperty, banknotu i jednego liściku.

Nie mogłem się powtrzymać

– Włodek, weź się ogarnij, proszę cię. Ja nie żądam cudów. Chcę tylko, żeby ten jeden dzień wyglądał jak u ludzi – Beata wpadła do kuchni z naręczem świeżo wypranych firanek i miną, jakbym zamierzał sprowadzić koniec świata.

Jak u ludzi? To znaczy jak u kogo? U Janka z trzeciego piętra, co śpi na dwóch materacach, ale kolędę przyjmuje z całą rodziną w białych skarpetkach? – parsknąłem, podwijając rękawy. Już od rana wiedziałem, że nie uniknę awantury. Kolęda była dziś.

– Przestań. Czy ty musisz zawsze wszystko kwestionować? Włodek, Zosia się stara, chce być grzeczna, a ty musisz znowu… – Beata urwała i zacisnęła usta. Spojrzałem na nią – zmęczona, ale gotowa na wszystko, byleby w tej parafii nikt nie miał powodu gadać.

Zosia siedziała w swoim pokoju, przeglądając książeczkę do nabożeństwa, choć wcale jej nie rozumiała. Gdy wyciągałem z barku kopertę, przez moment zawahałem się, czy nie zostawić jej pustej. Zamiast tego, wsunąłem do środka dziesięć złotych – i kawałek papieru, na którym nabazgrałem: „Na rachunki nie starcza, ale może choć na bilet do nieba”.

Kiedy ksiądz przyszedł, atmosfera zrobiła się jakby cięższa. Proboszcz wszedł bez słowa, nawet nie spojrzał na Zosię. Zamiast tego rozglądał się po mieszkaniu, jakby oceniał, ile jesteśmy warci. Beata przyjęła go z uśmiechem, ale jej dłoń drżała, kiedy podawała mu wodę.

– No, no… – mruknął ksiądz, zerkając na kopertę leżącą na stole. – Tradycyjna ofiara, jak rozumiem?

Tradycja, tradycja – mruknąłem pod nosem. – Każdy ma swoją.

Po jego wyjściu przez chwilę w mieszkaniu panowała cisza. Beata nie patrzyła mi w oczy. Ja zaś czułem dziwną mieszankę złości i ulgi. Może zrobiłem głupio, ale przynajmniej – po mojemu.

Nie czułem się winny

Nawet nie pamiętam, kiedy dokładnie się to zaczęło. Beata przyszła z kościoła, trzymając Zosię za rękę. Obie miały miny jak po pogrzebie. Zosia wtuliła się w matkę, a ja już wiedziałem, że stało się coś, czego nie da się naprawić jednym żartem czy przeprosinami.

– Co się dzieje? – zapytałem, choć chyba wcale nie chciałem znać odpowiedzi.

Beata tylko pokręciła głową.

– Zosia chyba nie pójdzie do komunii. Ksiądz powiedział, że… że nie jesteśmy rodziną „aktywnie uczestniczącą w życiu parafii”. Że nie dajemy dobrego przykładu.

Patrzyłem, jak Zosia zaczyna płakać. Wycierała łzy w rękaw bluzki, a ja czułem, jak mi ściska gardło, choć nie chciałem tego pokazywać. Próbowałem podejść do Beaty, ale ona odepchnęła mnie ramieniem.

– Wszystkie dzieci pójdą, a nasza Zosia nie. Przez ciebie – jej głos był cichy, ale wycelowany prosto we mnie.

– Nie. Przez nich. Przez ten cholerny teatr! – odpowiedziałem z goryczą, czując, że zaraz wybuchnę.

– Może gdybyś nie zostawił im tej kpiny w kopercie! Może chociaż raz mógłbyś się zachować jak ojciec!

– A może gdyby to byli chrześcijanie, a nie księgowi w sutannach! – wykrztusiłem, ale wiedziałem, że nie przekonam jej do siebie. Beata płakała razem z Zosią, a ja czułem się jak intruz w własnym domu.

Sąsiedzi zaczęli się rozglądać, ktoś już dopytywał na klatce: „A co z tą waszą Zosią?”. Proboszcz patrzył na nas z ambony jak sędzia. Zosia przestała się odzywać, wpatrzona w podłogę. Czułem, że coś zostało mi odebrane, chociaż nikt nie spytał, co naprawdę czuję. Wtedy po raz pierwszy poczułem nie tylko złość, ale i upokorzenie. To bolało bardziej niż wszystko dotychczas.

Trudno mi było w to uwierzyć

Nie minął tydzień, a już wiedziałem, że w naszej klatce nikt nie zapomni o naszej „wpadce”. W pracy słyszałem życzliwe: „To u was córka do komunii nie idzie?” – jakby ktoś właśnie pytał o zdrowie. Najgorsze było jednak spotkanie z panem Jankiem, sąsiadem, który od zawsze był królem kościelnych korytarzy. Janek kręcił się pod garażami, z tą swoją wieczną aktówką i miną służbisty.

– Włodek, słyszałem… no wiesz. Szkoda Zosi, ale co zrobić, kościół nie działa dla ludzi, którzy tylko biorą, a nic nie dają – rzucił, uśmiechając się niby ze współczuciem.

– A ty, Janek, coś dałeś poza donosami? – odpowiedziałem, nie kryjąc ironii. Zaskoczyło go, ale nie speszyło.

– Ja przynajmniej wiem, kto gdzie siedzi w niedzielę. I kto zasługuje na szacunek – mruknął, odwracając się na pięcie.

Wracałem do domu, gotując się w środku. Potem, w pracy, nie wytrzymałem. Poszedłem na przerwę z Kacprem. On był inny niż cała reszta – zawsze miał głowę pełną pomysłów i nie bał się głośno myśleć. Opowiedział mi historię o księdzu z sąsiedniego miasta. Okazało się, że jakiś dzieciak zamontował w salce do katechezy kamerkę, żeby nagrać, co naprawdę ksiądz mówi za zamkniętymi drzwiami. Po tygodniu całe miasto aż huczało od plotek, a proboszcz musiał „iść na urlop”.

– Wiesz, jak się wali kolos na glinianych nogach? – Kacper spojrzał na mnie uważnie. – Nie młotem. Jednym filmikiem. Wystarczy, że spadnie maska.

Te słowa zostały mi w głowie. Tego dnia nie myślałem już o sprawiedliwości. Myślałem o zemście. Przypomniałem sobie, jak ksiądz nawet nie wiedział, jak nazywa się moja córka. Jak Beata patrzyła na mnie jak na wroga. „Nie naprawię tego pieniędzmi. Za to zniszczę ich obrazem. Maską, którą tak kochają” – pomyślałem. Po raz pierwszy poczułem, że mogę coś zrobić – nie dla siebie, tylko przeciw nim.

Musiałem coś zrobić

Od tamtego wieczoru nie umiałem już spać spokojnie. Zamiast przewracać się z boku na bok i liczyć barany, siedziałem w kuchni z laptopem, analizując, jak wygląda życie parafii „od środka”. Założyłem fałszywy profil w mediach społecznościowych. Z początku sam nie wiedziałem, co robię – trochę się bałem, trochę czułem, jakby ktoś inny sterował moimi palcami. Wpisywałem nazwisko proboszcza, szukałem zdjęć z imprez, śladów, które zostawia każdy, nawet najbardziej święty człowiek.

Nie minęło długo, a odezwał się do mnie jeden z ministrantów – chłopak, którego czasem widywałem na podwórku, cichy, niepozorny, zawsze z telefonem w ręku. Dałem mu parę podpowiedzi. Po tygodniu miałem już kilka kompromitujących zdjęć z prywatnych „spotkań parafialnych” u proboszcza. Z flaszką, z kobietą od kościelnych kwiatów, z miną daleką od kaznodziejskiej powagi. Dorzucił do tego dokumenty – jakieś nie do końca jasne rozliczenia.

Wiedziałem, że wystarczy to rozsiać. Fałszywy profil zaczął żyć własnym życiem. Najpierw plotka, potem zdjęcia, wreszcie zrzuty ekranu. Ludzie zaczęli szeptać, dzwonić, pokazywać sobie telefony pod ławkami w kościele. Parafia aż huczała od plotek. Beata była w szoku.

Co ty zrobiłeś? To był twój plan? – zapytała, patrząc na mnie, jakbym zamienił się w kogoś obcego.

– To nie był plan. To była reakcja – powiedziałem cicho, nie uciekając wzrokiem.

Zosia i tak nie poszła do komunii. O dziwo, już nie płakała. Tylko patrzyła na mnie inaczej – chyba z podziwem, choć sam nie byłem pewien, czy na taki podziw zasługuję. Proboszcz tracił autorytet z dnia na dzień. Czułem, że coś wygrałem – ale kosztowało to więcej, niż przypuszczałem.

Nie mogłem się wycofać

Nie spodziewałem się telefonu. Proboszcz zadzwonił w środę, krótko po ósmej wieczorem, gdy jeszcze próbowałem udawać, że życie wróciło do normy. Zaprosił mnie na rozmowę – „w cztery oczy, bez świadków”. Głos miał spokojny, z nutą pewności siebie, której nie powinna mieć osoba z takim zamieszaniem na sumieniu. Wiedziałem, że nie mogę odmówić. Kazałem Beacie zostać w domu. Ubrałem się w pierwszą lepszą kurtkę, wyszedłem w ciemność.

Na plebanii czuć było kurzem i kadzidłem. Proboszcz czekał już przy biurku, papiery miał równo ułożone, na twarzy sztuczny spokój. Spojrzał na mnie z góry, choć miałem wrażenie, że w jego oczach nie ma już tej dawnej pewności. Przez chwilę milczeliśmy.

– Panie Włodzimierzu, czy to było mądre? – zaczął w końcu, splatając dłonie jak na modlitwie. – Myśli pan, że to wszystko przejdzie bez echa? Kościół to nie sklep spożywczy, nie można sobie ot tak wejść i wywrócić wszystko do góry nogami.

Wiem dokładnie, z kim zadarłem – odpowiedziałem spokojnie. – Z człowiekiem, który od lat żyje z kłamstwa i ukrywa się za sutanną. Ze mną nie wygra ksiądz w tej grze. Ja nie mam nic do stracenia.

Proboszcz zacisnął usta.

– Proszę usunąć te rzeczy z internetu. Niech pan pomyśli o rodzinie – spróbował po raz ostatni.

– Zostawiam to księdza sumieniu – rzuciłem, odwracając się na pięcie.

Wyszedłem, czując zimną pustkę. Nie miałem już w sobie złości – została tylko satysfakcja i coś, czego nie umiałem nazwać.

Trochę wygrałem, trochę straciłem

Wszedłem do domu, nie zdejmując nawet butów. Beata siedziała przy kuchennym stole, palce miała splecione jak w modlitwie, której już dawno nie odmawiała. Nie zapytała, jak było. Milczała, jakby miała nadzieję, że to wszystko okaże się złym snem, który można z siebie zmyć pod prysznicem. Zosia siedziała w swoim pokoju, cicho, bez książki, bez muzyki – tylko patrzyła w okno, jakby tam czekała odpowiedź na pytania, których nie miała odwagi zadać.

W parafii plotki rozlały się szybciej niż święcona woda na Wielkanoc. Proboszcz zniknął kilka miesięcy później, oficjalnie był na „urlopie zdrowotnym”, ale wszyscy wiedzieli, jak jest. Nikt nie mówił tego głośno, ale nie trzeba było – maski już opadły. Nikt nie gratulował mi odwagi, nikt nie patrzył z podziwem. Sąsiedzi przestali się uśmiechać na klatce. Pan Janek obchodził mnie szerokim łukiem.

Czułem, że coś wygrałem. Nie z kościołem, nie z parafią – ze sobą samym. Spaliłem most, przez który codziennie chodziłem, żeby nie zapomnieć, kim jestem. Tylko problem w tym, że za mną szli też inni. Rodzina. Teraz nie ma już powrotu. Może tak właśnie wyglądają zwycięstwa w prawdziwym życiu – wygrywasz dla siebie, a przegrywasz dla tych, których kochasz. Czasem trzeba spalić most, żeby nie wrócić do miejsca, które cię rani. Problem w tym, że czasem za tobą ktoś jeszcze szedł, a już nie ma jak wrócić.

Włodzimierz, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama