„Zabrałam kolegę siostry na studniówkę i to był błąd. Zamiast błyszczeć na parkiecie, miałam ochotę wiać”
„Poczułam, jak robi mi się gorąco na policzkach. Niby żart, ale tego samego wieczoru zaczęłam szukać. To miał być jakiś jej kolega, który podobno był chętny na takie imprezy. Dodała też, że może udawać mojego chłopaka”.

Studniówka miała być najpiękniejszym wieczorem mojego życia. Tak przynajmniej mówili wszyscy: nauczyciele, koleżanki, nawet mama. Każda dziewczyna marzyła o sukni, tańcu z partnerem i wspólnych zdjęciach do końca życia. Tylko ja nie miałam z kim iść. Żaden chłopak z klasy nie był zainteresowany, a nie chciałam znowu być tą jedyną bez pary. W desperacji przeszukiwałam ogłoszenia w internecie, aż natrafiłam na ofertę „towarzysza na wieczór”. Pomyślałam, że to nic złego — tylko udawana randka. Nie wiedziałam, że ten wybór sprawi, że zostanę pośmiewiskiem całej imprezy.
Odpisał po godzinie
Do studniówki zostały trzy tygodnie, a każda rozmowa w klasie kręciła się wokół jednego tematu — kto z kim idzie. Kiedy zapytałam Olę, czy może pójść ze mną w parze, tylko się roześmiała.
— Serio, chcesz, żebym zatańczyła z tobą poloneza? – zapytała, śmiejąc się.
Poczułam, jak robi mi się gorąco na policzkach. Niby żart, ale tego samego wieczoru zaczęłam szukać. Wieczorem rozmawiałam z siostrą. Powiedziała, że w sumie to rzeczywiście obciach pójść na studniówkę w pojedynkę, ale że ona mi kogoś załatwi. To miał być jakiś jej kolega, który podobno był chętny na takie imprezy. Dodała też, że może udawać mojego chłopaka. To wszystko brzmiało dziwnie, ale byłam zdesperowana. W klasie już zaczęli mówić, że znowu zostanę sama. A ja naprawdę nie chciałam po raz kolejny siedzieć przy stole i patrzeć, jak wszyscy się bawią.
Zgodziłam się
Umówiliśmy się z tym chłopakiem w małej kawiarni niedaleko mojego liceum. Przyszedł punktualnie. Wysoki, dobrze ubrany, pachniał jak perfumy z telewizji. Uśmiechnął się do mnie szeroko i od razu pocałował mnie w dłoń. Prawie się roześmiałam, bo wyglądało to komicznie, ale powstrzymałam się — w końcu to miał być „mój chłopak”.
— Cześć, Marcel. Miło cię poznać — powiedział, siadając naprzeciwko.
— Cześć — odpowiedziałam, zerkając na niego niepewnie. — Dzięki, że się zgodziłeś.
— Żaden problem. Lubię pomagać w takich sprawach. — Uśmiechnął się znowu. — Powiedz mi, jak się poznaliśmy.
To był początek naszej „narracji”. Marcel miał już gotowe pomysły: poznaliśmy się przypadkiem w galerii handlowej, pomylił mnie z kimś innym, zaczęliśmy rozmawiać i... wiadomo. Niby banalne, ale lepsze niż nic. Ćwiczyliśmy, co mamy mówić. On był pewny siebie, ja bardziej spięta, ale próbowałam nadążyć. Na koniec wyjął telefon i zapytał, czy może wrzucić z nami „przygotowawcze” zdjęcie. Zgodziłam się. Chciałam, żeby dziewczyny z klasy zobaczyły, że jednak nie będę sama. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo tego pożałuję.
Marcel wchodził w rolę
Mama szyła mi sukienkę sama. Od lat dorabiała szyciem, ale dla mnie chciała się postarać szczególnie. Wieczorami mierzyłam kolejne wersje, poprawiałam dekolt, wybierałam materiał. Marcel napisał nawet, że chce zobaczyć, w czym wystąpi jego „partnerka”. Wysłałam mu zdjęcie. Odpisał, że wyglądam pięknie.
— Może on się naprawdę zakocha — rzuciła mama z uśmiechem, przyszywając guziki. — Taka ładna dziewczyna nie zostaje niezauważona.
Uśmiechnęłam się, ale czułam się jak oszustka. Z każdym dniem wersja wydarzeń, którą mieliśmy z Marcelem, robiła się coraz bardziej skomplikowana. On podrzucał kolejne detale — że lubimy te same filmy, że pierwszy raz się pocałowaliśmy w kinie, że jego babcia mnie już poznała.
Z jednej strony to było nawet zabawne. Trochę jak zabawa w teatr. Ale z drugiej niepokoiło mnie, jak bardzo Marcel wchodził w rolę. Czasem dzwonił wieczorem, żeby „przećwiczyć emocjonalne reakcje”. Inni chłopcy z klasy wysyłali swoje zdjęcia z partnerkami. Ja też wrzuciłam nasze selfie z kawiarni. Posypały się serduszka i wiadomości. Ola napisała: „Wow, niezły przystojniak. Nie wiedziałam, że cię na takiego stać!”. Poczułam się dziwnie. Już wtedy coś mi nie grało.
Początkowo wszystko szło dobrze
Tego wieczoru mama płakała, robiąc mi zdjęcia na tle firanek. Marcel przyszedł po mnie z bukietem róż i zachowywał się jak chłopak z romantycznego filmu: uprzejmy, uśmiechnięty, szarmancki. W samochodzie opowiadał mi o swoim dzieciństwie, jakbyśmy naprawdę się znali od miesięcy. Na sali gimnastycznej wszystko było jak z bajki: światełka, czerwony dywan, polonez. Kiedy weszliśmy razem, wszyscy się odwrócili. Słyszałam szepty. Ola zrobiła wielkie oczy i podeszła z szerokim uśmiechem.
— Przedstawisz nam swojego księcia z bajki?
Marcel ujął mnie za rękę i pocałował w policzek.
— Marcel, chłopak Wiktorii. Miło was poznać — powiedział z uśmiechem, jakby znał ich od lat.
Początkowo wszystko szło dobrze. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, on żartował z moimi koleżankami, nauczycielki były zachwycone. Czułam się wyjątkowo. Nawet trochę uwierzyłam, że to naprawdę się dzieje. Aż do momentu, kiedy Marcel wyszedł do toalety i nie wracał przez ponad dwadzieścia minut. W końcu postanowiłam go poszukać. I wtedy go zobaczyłam. Stał przy bufecie i flirtował z nauczycielką od biologii, mówiąc jej dokładnie te same rzeczy, które wcześniej mówił mnie.
Ktoś już coś szeptał
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Marcel stał przy stole, pochylony nad panią M., komplementując jej sukienkę i uśmiech dokładnie takim samym tonem, jakim mówił do mnie ledwie godzinę wcześniej. Gdy podeszłam bliżej, usłyszałam jeszcze:
— Wiesz, wyglądasz jak ktoś, kogo już kiedyś kochałem.
Pani M. zaśmiała się głośno, a ja poczułam, że robi mi się słabo. Gdy nasz wzrok się spotkał, Marcel nawet nie wyglądał na speszonego. Mrugnął do mnie.
— O, Wiktoria, już wróciłem! — zawołał, jakby nic się nie stało.
— Co ty wyprawiasz? — syknęłam, łapiąc go za rękaw. — To ma być część naszego „scenariusza”?
— Spokojnie, przecież mam być czarujący, nie? — odpowiedział z uśmiechem.
Chciałam wyjść, ale wtedy usłyszałam za plecami czyjś śmiech. Odwróciłam się. Stała tam Ola z telefonem w ręce.
— Wiesz, że twój idealny chłopak jest na zdjęciach, jak całuje się z jakąś laską? — powiedziała głośno. — Dziewczyny, patrzcie!
Na ekranie widziałam Marcela w namiętnym pocałunku z jedną z przyjaciółek mojej siostry. Kilka osób spojrzało w nasze strony, ktoś już coś szeptał. Marcel tylko wzruszył ramionami.
— Sorry, Wika. Dług spłacony.
Nie wiedziałam, gdzie się schować. Stałam tam, patrząc, jak reszta sali się śmieje.
Studniówkę wspominam jak sen
Uciekłam z sali, zanim zaczęły się zdjęcia grupowe. Nie chciałam, żeby ktoś uchwycił mnie z oczami pełnymi łez i upokorzenia. Marcel nie próbował mnie zatrzymać. Po prostu wrócił na parkiet, jakby nic się nie wydarzyło. Później dowiedziałam się, że jeszcze tańczył z innymi dziewczynami, a nawet żartował, że może też wystąpić na komersie.
W domu mama czekała z ciastem i herbatą. Widząc mnie zapłakaną, wszystko zrozumiała. Nie pytała. Położyłam się do łóżka w sukience, nie mając siły jej zdjąć. Czułam się głupio, wykorzystana i oszukana. Nie przez niego — przez siebie samą. To ja chciałam udawać, grać cudze życie. Tylko że w prawdziwym świecie nie da się napisać wszystkiego na nowo.
Następnego dnia siostra przyznała, że Marcel rzeczywiście miał u niej dług, dlatego tak chętnie wybrał się na studniówkę. A tak naprawdę... flirtuje z kim popadnie. Studniówkę wspominam jak sen — nie do końca prawdziwy, trochę absurdalny. Ale jedno wiem na pewno: wolę pójść gdzieś sama, niż z kimś, kto traktuje mnie jak narzędzie do realizacji własnego celu.
Wiktoria, 19 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż jeździł w delegacje, a ja naiwnie myślałam, że ciężko pracuje. Nie wiedziałam, że uwił sobie gniazdko z inną”
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”
- „W Dzień Babci i Dziadka nie wpuszczę wnuków do domu. Nie dbają o mnie cały rok, więc dziś też nie chcę ich łaski”

