Reklama

Zbliżała się godzina, o której rodzina zaczynała krążyć wokół kuchni, patrząc mi wymownie w oczy i dając do zrozumienia, że jakieś jedzenie powinno jednak pojawić się na stole. Czułam presję, narastającą z każdą minutą. Mój repertuar kuchenny ostatnio ograniczał się do makaronu z czymkolwiek lub słynnych już tostów z patelni. W głowie miałam pustkę, a w żołądku rodziny rosło zniecierpliwienie. Wtedy zadzwoniła ona. Teściowa. I, o dziwo, jej telefon nie zwiastował kolejnej porcji krytyki, tylko… ratunek.

Poczułam ukłucie niepokoju

Przekładałam bez sensu makaron z jednej szuflady do drugiej, gdy nagle zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz i już miałam ochotę go wyciszyć, ale w ostatniej postanowiłam odebrać.

– Dzień dobry, mamo.

– Dzień dobry, kochana! – teściowa zawsze zaczynała od tej fałszywie miłej nuty. – Co tam u was? Jakie plany na dzisiaj? Już coś ugotowałaś na obiad?

Przez chwilę kusiło mnie, żeby skłamać, że właśnie wyjmuję pieczeń z piekarnika, ale nie miałam nawet siły na udawanie.

– Właśnie się zastanawiam – mruknęłam, a potem, sama nie wiem czemu, dodałam: – Szczerze mówiąc, nie mam żadnego pomysłu. Najwyżej będą tosty.

Po drugiej stronie zapadła podejrzana cisza, aż poczułam ukłucie niepokoju.

– Tosty? Na obiad? – powtórzyła teściowa, jakby powiedziałam, że nakarmię rodzinę starymi gazetami. – Kochana, chcesz, żeby ci wszyscy potem wypominali przez rok, że ich głodzisz?

Przewróciłam oczami.

– No trudno, nie mam weny dzisiaj.

Usłyszałam śmiech.

– Ty się do kuchni nie nadajesz, ale ja cię uratuję. Zapisuj przepis, będziesz miała obiad, o jakim twoja rodzina będzie opowiadać sąsiadom!

– Serio? – nie mogłam ukryć sarkazmu, choć w środku poczułam dziwną ulgę.

– Szybko, bierz kartkę i długopis – rozkazała stanowczo.

Zaufałam jej

Otworzyłam szufladę, wyciągnęłam stary zeszyt z przepisami i długopis, i westchnęłam teatralnie.

– No dobra, mamo, mów, tylko proszę – nie każ mi jechać po składniki do trzech różnych sklepów.

– Bez paniki, wszystko masz w domu – zapewniła z dumą teściowa. – Zrobisz kluseczki leniwe. Pamiętasz, jak robiła je moja mama?

– Nie bardzo – przyznałam zgodnie z prawdą. – Zawsze wychodziły mi twarde jak podeszwa.

– Bo nie słuchałaś uważnie! – wybuchnęła z wyrzutem. – Słuchaj teraz. Najpierw bierzesz twaróg…

Zaczęła mi dyktować.

– To będą bardziej placki niż kluseczki, mamo. Już widzę, jak rodzina będzie kręcić nosami.

– Oj tam, oj tam. Powiedz, że to nowa wersja, po włosku.

Poczułam dziwne rozbawienie i jednocześnie ulgę.

– Dobra, mamo. Jak wyjdzie katastrofa, przyjdziemy do was na obiad.

– Zawsze możecie przyjechać, ale gwarantuję, że będzie pyszne!

Pociągnął mnie za rękaw

Przygotowałam wszystkie składniki. Zerknęłam na zegar, była już czternasta. Rodzina powoli zaczynała krążyć po kuchni.

Co dziś na obiad? – zapytał mąż, opierając się o blat. – Dobrze, że nie muszę gotować, bo chyba byśmy jedli tosty już do końca życia.

Przewróciłam oczami.

– Daj mi spokój, to nie jest łatwe, jak wszyscy myślą. Dziś będzie coś specjalnego – przepis od twojej mamy.

Mąż aż uniósł brwi z lekką podejrzliwością.

– Od mojej mamy? Oho, to może lepiej zamówić pizzę?

W tym momencie do kuchni wbiegł syn.

– Mamo, jestem głodny. – Pociągnął mnie za rękaw. – Możemy już jeść?

– Jak tylko skończę gotować. A może mi pomożesz?

Spojrzał niepewnie, a potem uśmiechnął się szeroko i zabrał się do pracy.

Nie za duże, bo się nie ugotują – wtrącił mąż z tym swoim mentorskim tonem.

– Ty lepiej idź na spacer z psem, zanim zaczniesz tu rządzić – odburknęłam.

Mąż udawał, że się obraził. Wyszedł z kuchni, zostawiając mnie z synem, mąką rozsypaną po blacie.

Spojrzałam na niego z powagą

Młody był w swoim żywiole. W kuchni panował taki chaos, że pies zaczął zaglądać pod stół z nadzieją, że coś dla niego spadnie. Czułam, że powoli przejmuję kontrolę nad sytuacją.

– Mamo, zobacz! Ten wygląda jak mała planeta! – Syn dumnie pokazał mi kulkę wielkości pięści.

– To może być planeta, ale my tu robimy obiadowy wszechświat. Spróbuj ulepić mniejsze, dobrze? – powiedziałam ze śmiechem.

Do kuchni wrócił mój mąż.

– No, przyznaję, wygląda i pachnie całkiem nieźle. Może mama ma jeszcze jakieś tajne przepisy na wypadek wojny?

Spojrzałam na niego z powagą.

– Owszem, podobno potrafi zrobić zupę z trzech ziemniaków i wywaru z kostki rosołowej, która starcza na tydzień. Jak chcesz, mogę zadzwonić po instrukcję.

Mąż tylko się zaśmiał i, ku mojemu zdziwieniu, zaczął pomagać w lepieniu klusek. Westchnęłam, bo kuchnia wyglądała już jak pole bitwy.

– No, niech cię ręka boska broni, żebyś nie zepsuła obiadu – mruknął mąż.

– Ciebie też, bo jak rozgotujesz kluseczki, to będziesz robił nam obiady przez następny tydzień!

– No, no, widzę, że cię ta rozmowa z mamą natchnęła – żartował.

Poczułam ulgę

Wrzucałam pierwsze kluseczki do wrzątku. Syn, z nosem tuż nad garnkiem, obserwował, jak kulki opadają na dno i niepokojąco długo nie wypływają. Mąż też nie wytrzymał i zaglądał przez moje ramię.

– One na pewno mają tak wyglądać? – zapytał podejrzliwie, kiedy pierwsze zaczęły się rozłazić.

– Mamo, patrz! Z jednej zrobiła się zupa! – wykrzyknął syn z autentycznym zachwytem, bo kluska właśnie zamieniła się w kleistą, dziwaczną chmurę.

Przez moment miałam ochotę rzucić chochlą o blat i zrobić te nieszczęsne tosty, ale wtedy zadzwonił telefon. Znowu teściowa.

– No i jak? Gotowe? – zapytała bez wstępów.

– Na razie czekamy, aż się kluseczki ugotują. Chociaż jedna już się zamieniła w breję.

Teściowa prychnęła rozbawiona.

– Nie przesadzaj! Jak się rozłażą, to dodaj więcej mąki. Albo zostaw. Najważniejsze, żeby rodzina myślała, że to było zaplanowane.

Mąż parsknął śmiechem, usłyszawszy jej radę.

– Słyszałem! – zawołał w stronę telefonu. – Jakby co, opowiem w pracy, że jadłem nowatorskie kluski mojej żony.

– Bardzo proszę! – odpyskowałam, ale już czułam, że śmiech mi trochę pomógł. – Dobra, idziemy w kierunku kuchni eksperymentalnej. Dajcie mi pięć minut, zaraz będzie degustacja.

Zrobiłam szybki sos na słodko, polałam nim te… twory i zawołałam rodzinę do stołu.

– Siadajcie, spróbujcie, póki ciepłe. Tylko nie komentujcie, zanim nie spróbujecie!

Syn pierwszy nadział kluskę na widelec.

– Ale fajne! – wykrzyknął z zachwytem.

Mąż podniósł brwi i popatrzył na mnie z tym swoim półuśmiechem.

– Powiem szczerze… to naprawdę jest jadalne.

Poczułam ulgę. Może nie był to obiad rodem z kulinarnego programu, ale rodzina jadła, śmiała się, a ja… naprawdę byłam z siebie zadowolona.

Byłam z siebie zadowolona

Syn prosił o dokładkę, mąż podgryzał kluseczki z sosem, a nawet pies dostał odrobinę i oblizywał miskę, jakby jadł najlepszą wołowinę. Kto by pomyślał, że zwykły przepis może wywołać tyle radości.

– Mamo, możesz mi zrobić takie jutro do szkoły? – spytał syn, a ja popatrzyłam na niego z niedowierzaniem.

– Kochanie, nie przesadzaj, jutro na pewno będzie coś innego – odparłam, próbując nie wybuchnąć śmiechem.

Mąż wstał, podszedł do mnie i z szelmowskim uśmiechem położył mi rękę na ramieniu.

– Muszę ci to przyznać: dzisiaj totalnie mnie zaskoczyłaś. Może teściowa powinna częściej dyktować ci przepisy przez telefon?

Wywróciłam oczami, ale byłam zadowolona z siebie jak nigdy.

– To następnym razem sama ugotujesz, skoro masz takie zaufanie do kulinarnej tradycji twojej rodziny. Ja stawiam na eksperymenty.

– Dobra, umowa stoi – roześmiał się, po czym sięgnął po ostatnią kluskę z miski. – Ale muszę mieć pod ręką pizzę na wszelki wypadek.

Zadzwonił telefon – znowu teściowa. Westchnęłam, odbierając, gotowa na recenzję.

– No i jak, udało się, czy jednak zginęliście bohatersko w kuchni? – usłyszałam jej rozbawiony głos.

– Przeżyliśmy, wszyscy są najedzeni i chyba nawet zadowoleni – zameldowałam z triumfem. – Nawet pies nie narzeka.

– No widzisz! Mówiłam, że z moimi przepisami nigdy nie zginiesz z głodu – podsumowała.

Gdy wieczorem sprzątałam kuchnię, jeszcze długo rozbrzmiewały mi w głowie ich śmiechy. Może i nie miałam dziś inspiracji, ale przynajmniej wszyscy zjedli coś, o czym będą jeszcze opowiadać. Nawet jeśli to były zwykłe kluseczki.

Julia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama