Reklama

Nie jestem z tych, co narzekają. Po prostu robię, co trzeba, dzień za dniem. Poranek zaczynam od kawy rozpuszczalnej z łyżką cukru. Wiem, jest niezdrowa, ale szybka, a jak się ma siedem lat i plecak większy od siebie, to mama musi być jak żołnierz. Pobudka, śniadanie, przypomnienie o czapce, bo „Znowu zmarzniesz i będziesz smarkać”, autobus, potem ja do drogerii na rano. Pół etatu, najniższa krajowa i jeden obiad dziennie w plastikowym pudełku, podgrzewany w mikrofalówce na zapleczu.

Nadia, moja mała iskierka, mówi, że woli te moje obiady od restauracyjnych — bo są z sercem. A ja się wtedy śmieję i udaję, że wierzę. Chociaż wiem, że moja wersja spaghetti z przeceny to nie jest żadna poezja kulinarna. A jej to wystarcza, jak większość rzeczy. Wieczorami dorabiam sprzątając biura: biurka, klawiatury, czasem papierek po kanapce zostawiony przez jakiegoś pana prezesa. Wracam po 22:00, zdejmuję buty po cichu, żeby nie obudzić Nadii, choć zwykle i tak mnie czeka z rysunkiem: „Dla ciebie, mamo”. Ostatnio narysowała nas dwie: trzymałyśmy się za ręce i skakałyśmy po kałużach. Bez parasoli i trosk.

Tydzień przed feriami, podczas kolacji z parówek i bułek z przeceny, spojrzała na mnie z tym swoim błyskiem w oczach:

— Mamo… a czy w tym roku też pojedziemy gdzieś na ferie?

I właśnie wtedy, jak to ja, zamiast powiedzieć prawdę, że nie mamy na rachunki, a co dopiero na ferie, rzuciłam z uśmiechem:

Wymyślę ci coś ekstra.

— A pamiętasz, jak Zosia była w aquaparku i spała w hotelu?

— Zrobimy coś swojego. Coś ekstra. Zobaczysz — odpowiedziałam, starając się, żeby głos mi się nie załamał. Zobaczysz, kochanie. Coś ekstra. Tylko jeszcze nie wiem co.

Uśmiechnęłam się do niej

W pierwszy dzień ferii wzięłam wolne w drogerii. Powiedziałam, że muszę załatwić sprawy rodzinne. Nikt nie pytał o szczegóły. Było mi to na rękę. Nadia już od śniadania dopytywała, gdzie dziś pójdziemy, bo przecież obiecałam „coś ekstra”. Wymyśliłam, że zabiorę ją do galerii handlowej. Może to nie Zakopane ani aquapark, ale w ferie organizowali tam darmowe animacje i dmuchane zamki. Dla dzieci — raj, dla mnie plan na przetrwanie.

Przyjechałyśmy tramwajem. Nadia wyskoczyła z siedzenia, jak tylko zobaczyła znajome logo centrum handlowego. Złapała mnie za rękę i biegła tak, jakby zaraz miało jej to wszystko uciec. Weszłyśmy do środka. Było głośno, kolorowo, pachniało popcornem i perfumami. Dzieci biegały między balonami, a animator w przebraniu klauna rozdawał naklejki. Nadia wskoczyła na dmuchany zamek, nawet nie patrząc, gdzie jestem.

Usiadłam na ławeczce przy ścianie, otuliłam się płaszczem i obserwowałam. Było tam kilka innych matek. Jedna z nich, blondynka w puchowej kurtce i z termosem w ręku, zagadnęła mnie w kolejce po watę cukrową:

— Gdzie jedziecie na ferie?

Wzięłam wdech i odpowiedziałam bez zająknięcia:

— My? Trochę tu, trochę tam. Zależy od pogody.

— Mama mówi, że codziennie będzie inaczej! — wtrąciła z dumą Nadia, która właśnie podbiegła z różowym balonem.

Uśmiechnęłam się do niej, potem znowu spojrzałam na kobietę, która kiwnęła głową i odeszła w swoją stronę. Pomyślałam wtedy, że może jeszcze przez chwilę dam radę udawać. Codziennie będzie inaczej. Codziennie jedna frytka mniej, jedno kłamstwo więcej. Ale póki Nadia wierzyła, że to wszystko jest przygodą, ja też musiałam w to wierzyć. Przynajmniej przez te kilka dni.

Przytuliłam ją do siebie

Popołudniami zawoziłam Nadię do mamy, zostawiałam jej kanapkę i zeszyt z kolorowankami, mówiłam, że wrócę późno. Potem biegłam do biur. Sprzątałam w trzech naraz — dwa były mniejsze i jedno większe, gdzie zawsze zostawałam najdłużej. Klucze nosiłam przyczepione do smyczy, żeby nie zgubić. Miałam swoją ściereczkę, swój mop i rytm, którego nikt mi nie zakłócał. Najpierw kuchnia, potem toalety, na koniec open space.

W drodze powrotnej zasypiałyśmy razem w tramwaju. Nadia z głową opartą o moje ramię, ja z oczami zamkniętymi tylko na chwilę. Czasem przesypiała swój przystanek, ale zawsze budziła się, gdy mówiłam szeptem: „Wstawaj, jesteśmy”. W domu zdejmowałam jej buty i okrywałam ją kocem. Czasem jeszcze mówiła przez sen, że dzisiaj było super. A ja wtedy patrzyłam na nią i czułam, jak znowu ściska mnie w gardle.

W środę wracałyśmy trochę wcześniej. Usiadłyśmy razem przy fontannie na placu przed galerią. Było zimno, ale Nadia nalegała, żeby tam usiąść. Lubiła patrzeć, jak woda tańczy w rytm muzyki z głośników. Złapała mnie za rękę i powiedziała:

— Mamo, to były lepsze ferie niż w zeszłym roku. Tam wtedy tylko siedzieliśmy u cioci.

Cieszę się, kochanie. Bardzo.

— I jeszcze byłyśmy przy fontannie. Tam było magicznie.

Pokiwałam głową. Przytuliłam ją do siebie. Nie wiedziałam, czy odpowiedzieć, czy milczeć. Magiczną fontannę wybudował developer, który nigdy nie wsiadł do tramwaju. Ale jeśli Nadia widziała w niej bajkę, to może to wystarczy? Zaczęłam się zastanawiać, czy ona naprawdę nie widzi różnicy między „ekstra” a „zwyczajnie”. Czy te balony, plastikowe zamki i wata cukrowa naprawdę potrafią przykryć wszystko inne? Może dzieciom nie trzeba tak wiele, jak się wydaje. Może to ja za dużo chcę. A może tylko się łudzę, że nie zauważy.

Po prostu się rozpłakałam

W piątek ledwo wstałam. Nogi miałam jak z ołowiu, kręgosłup bolał tak, że nie mogłam się schylić po buty. Zjadłyśmy z Nadią na śniadanie dwie kromki z pasztetem i ostatni jogurt z lodówki. Zaczęła odliczać dni do szkoły. Powiedziała, że jeszcze dziś „coś ekstra”, a potem będzie rysować wszystkim koleżankom, co robiłyśmy. I że narysuje fontannę. Taką wielką.

Zawlokłam się z nią znowu do tej samej galerii. Dzieci było jeszcze więcej niż zwykle. Rodzice stali w kolejkach po popcorn, robili zdjęcia, nagrywali filmiki, jak ich dzieci tańczą z klaunem. Nadia też poszła, trzymała balon i śmiała się w głos. Prowadzili pokaz baniek mydlanych, które unosiły się wysoko i pękały tuż nad głowami dzieci. Ktoś puszczał muzykę z jakiejś bajki. A ja stałam z boku, otulona szalem, i liczyłam w myślach, ile zostało w portfelu.

Znalazłam w kieszeni dziesięć złotych. Starczyło na porcję frytek. Takie z baru obok food courtu, nie najlepsze, ale gorące. Podzieliłam na pół. Dostałyśmy po plastikowym widelczyku. Siedziałyśmy na ławeczce pod palmą z tworzywa i jadłyśmy powoli, jakby od tego miało zależeć, jak długo potrwa ten dzień.

— To były super ferie, mama — powiedziała cicho Nadia, jakby to była najważniejsza tajemnica. — Może jeszcze raz pójdziemy do tej fontanny?

Pokiwałam głową, nie patrząc na nią.

— Może… jak tylko się ociepli.

Szłyśmy potem przez plac, ręka w rękę. Nadia znów oglądała fontannę, jakby to był cud świata. A ja poczułam, że nie dam rady dłużej się uśmiechać. Przeprosiłam ją, powiedziałam, że muszę na chwilę do toalety. Weszłam do środka, zamknęłam się w kabinie i po prostu się rozpłakałam. Nie dlatego, że było źle. Bo jakoś przecież dałam radę. Nie dlatego, że czegoś zabrakło. Bo miałyśmy wszystko, co się dało wyciągnąć z tych kilku dni. Płakałam, bo jej wystarczało to, co miała. Bo nie znała innego życia. Bo nie miała porównania. Bo fontanna w środku miasta była dla niej jak pałac w bajce. A ja się bałam, że jak kiedyś zobaczy więcej, to już nigdy nie spojrzy tak samo na to wszystko, co jej daję.

Spróbuję jeszcze raz

Wróciłyśmy do domu, kiedy było już ciemno. Nadia padła na łóżko w ubraniu. Nie chciała kolacji, tylko jeszcze raz zerknąć na swoje rysunki. W jednej ręce trzymała kredkę, w drugiej resztkę balona. Leżałam obok niej, słuchałam, jak oddycha. Zasnęła szybko, spokojnie, z uśmiechem. Ja nie zasnęłam wcale.

W nocy siedziałam w kuchni, patrzyłam na pustą lodówkę i listę rzeczy, które trzeba kupić. Pieniądze miały przyjść dopiero za kilka dni. Czułam się pusta, wypalona i wściekła zarazem. Nie wiedziałam, czy bardziej na siebie, czy na świat. Miałam trzydzieści lat i nie byłam w stanie zapewnić własnemu dziecku tygodnia beztroski. Miałam dwa etaty, z których nie dało się utrzymać nawet marzenia.

Wstałam i otworzyłam laptopa. Przez chwilę patrzyłam na ekran startowy, jakbym pierwszy raz widziała klawiaturę. Weszłam na portal z ogłoszeniami. Wpisałam: „praca dodatkowa”, potem: „kursy online”, „praca zdalna”, „sprzątanie wieczorami”, „opieka nad dziećmi”, „pisanie tekstów”. Przeglądałam wszystko, łapczywie, bez zastanowienia. Chciałam znaleźć coś, cokolwiek, co by dało mi więcej niż teraz. Nawet nie dla siebie — dla niej.

Znalazłam kurs asystentki biura: zdalny, z certyfikatem, płatny w ratach. Wahałam się. Raty były kolejnym obciążeniem, ale coś we mnie pękło. Kliknęłam „zapisz się”. Może nic z tego nie wyjdzie. Może rzucę to po dwóch tygodniach. Ale musiałam coś zrobić. Bo jeśli Nadia potrafiła widzieć w zwykłej fontannie świat magii, to ja musiałam w końcu uwierzyć, że potrafię zbudować coś więcej niż tylko prowizoryczne ferie w galerii. Nie obiecam jej zamków ani wyjazdów. Ale obiecam, że spróbuję jeszcze raz. Jeszcze mocniej.

Coś się zmieniło

Kilka dni po feriach wszystko wróciło do zwykłego rytmu. Nadia poszła do szkoły, ja znów zaczęłam dzień od drogerii, wieczór od biur. A jednak coś się zmieniło — we mnie. Już nie tylko przetrwanie mi chodziło po głowie. Coś się obudziło. Taki cichy głód, że może jednak można więcej. Z kursu robiłam lekcje po nocach. Czasem przysypiałam z nosem w zeszycie, ale rano wstawałam, jakby to wszystko miało sens. Szukałam zleceń, wysyłałam zgłoszenia. Raz odpisała kobieta, że szuka kogoś do układania ofert sprzedażowych. Miała sklep z rękodziełem. Dała mi pracę na próbę. Spisałam się. Dostałam pierwsze zlecenie — niewielkie, ale wystarczyło, żeby poczuć, że potrafię coś więcej niż mop i kasa fiskalna.

W weekend, kiedy robiłyśmy z Nadią naleśniki, podsunęła mi swój rysunek. Kolorowe frytki, tęczowa fontanna, serce na środku. Nad obrazkiem był napis drukowanymi literami: „Najlepsza mama na ferie”. Uśmiechnęłam się już bez łez.

— A jak będą wakacje, to co wtedy? — zapytała, patrząc na mnie z powagą, jakby to zależało od niej, czy pojedziemy do Grecji.

— Jeszcze nie wiem — odpowiedziałam. — Ale będziemy razem. I będzie ekstra. Po naszemu.

Nie musiałam się tłumaczyć, że nie wiem, skąd wezmę na kolonie. Że jeszcze nie wiem, jak skończę ten kurs. Że dopiero uczę się planować coś dalej niż od pierwszego do pierwszego. Ważne było, że coś się zmieniło. Nie w banku, tylko w mojej głowie.

Muszę mieć odwagę próbować

Nie wiem, co będzie za rok. Może nadal będę sprzątać wieczorami, może znajdę lepszą pracę. Może skończę kurs, a może zacznę kolejny. Może będzie trudniej, niż myślę. Ale już nie żyję tylko z dnia na dzień. Teraz wiem, że nawet jeśli wszystko stoi w miejscu, ja nie muszę.

Nadia zaczęła rysować coraz więcej: fontanny, frytki, niebo z gwiazdami. Na jednym obrazku narysowała nas dwie na kocu, pod drzewem. I napisała pod spodem: „Mama i ja. Najlepiej”. I to wystarczyło. Kiedyś myślałam, że nie mam jej co dać. Że nie starcza mi na więcej. Ale ona nie potrzebowała więcej. Potrzebowała mnie. Tylko mnie — obecnej, ciepłej, takiej, która widzi, słyszy, przytula. Teraz to wiem.

Moje życie nadal jest skromne. Zdarzają się dni, kiedy płacę rachunki i zostaje mi dwadzieścia złotych do końca tygodnia. Są wieczory, kiedy znowu brakuje sił. Ale już nie mam w sobie tej zgody na bylejakość. Przestałam tylko trwać, a zaczęłam budować: nie dla siebie, tylko dla niej. Dla tej małej dziewczynki, która potrafi zobaczyć bajkę w galerii handlowej i zrobić z jednej porcji frytek przygodę życia. Która widzi więcej niż ja przez całe życie.

Nie muszę mieć wszystkiego. Ale muszę mieć odwagę próbować. I dla niej ją mam, nawet jeśli czasem płaczę w łazience.

Klaudia, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama