Reklama

Mieszkanie było ciche. Nawet kot nie miał ochoty się odezwać. Siedziałam na sofie w szlafroku i gapiłam się w lodówkę – jakby za którymś razem miała nagle zaproponować rozwiązanie moich problemów. Nie zaproponowała nic. Jak zwykle.

Miałam 27 lat i byłam zmęczona. Pracowałam dorywczo w barze mlecznym – trzy czwarte etatu, do tego czasem soboty za stawkę śmiechu wartą. Miałam na koncie 28,40 zł i jeden paragon ze sklepu, który uparcie przypominał mi, że kupiłam tanie pierogi i mleko, bo na nic więcej mnie nie było stać.

Za kilka dni miał być Dzień Babci i Dziadka. Miałam wrażenie, że ludzie wokół już dawno zaczęli kupować prezenty i planować wspólnie spędzony czas. Ja miałam pusty portfel, pustą lodówkę i okropne poczucie winy. Nie mogłam dać prezentów tym, którym najbardziej chciałam.

Babcia Halina i dziadek Zbyszek – oni zawsze byli, zawsze pomagali, zawsze stali przy mnie. Gdy rodzice się rozwiedli, to do nich uciekałam. U nich czułam się dzieckiem. Bezpiecznym. Kochanym. A teraz co? Nawet paczki herbaty im nie kupię.

„Co to za wnuczka, która nie potrafi nawet kupić prezentu?” – pomyślałam i nagle poczułam, jak łzy ciekną mi po twarzy. Po chwili wpadłam na pomysł. Wzięłam telefon i wybrałam ich numer.

– Babciu… przyjdziecie w sobotę na obiad z okazji Dnia Babci i Dziadka? Nic wielkiego, po prostu… zwykły obiad.

Babcia odpowiedziała ciepło.

– Dziękujemy. Przyjdziemy, kochanie. Z przyjemnością.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ten zwykły obiad będzie najważniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek im dałam.

Tylko to mogłam im dać

W Dzień Babci i Dziadka wstałam wcześnie, choć wcale nie spałam dobrze. Stres mnie nosił. Wiedziałam, że to tylko obiad, ale czułam presję, jakby miało to być jakieś wielkie wydarzenie. Chciałam, żeby wszystko wyszło dobrze, choć wiedziałam, że nie będzie żadnych fajerwerków.

Zupa, ziemniaki, kotlety mielone, surówka z marchewki. Chciałam upiec ciasto, ale miałam tylko jedno jajko, więc zrezygnowałam. W szafce znalazłam puszkę groszku – dodałam go do marchewki, żeby wyglądało choć trochę weselej.

– Żadnych świec, żadnych prezentów. Tylko ja, oni i obiad – mruknęłam pod nosem, mieszając mięso z cebulą.

W głowie słyszałam głos dziadka sprzed lat: „Zostaw, ja to zrobię – ty tylko siadaj i jedz”. Miałam wtedy może dziesięć lat, a on robił dla mnie naleśniki, bo rodzice się pokłócili, a ja uciekłam do dziadków. Pachniało wtedy masłem i bezpieczeństwem.

Spojrzałam na stół. Był prosty, biały obrus, trzy talerze, zwykłe szklanki. Żadnych ozdób. Nawet nie miałam serwetek. Przez moment zawahałam się, czy nie odwołać wszystkiego. Może jednak lepiej, żeby nie widzieli, jak skromnie u mnie jest? Zaraz potem usłyszałam domofon. Serce mi zabiło mocniej. Za późno. Przyszli. Zerknęłam na siebie w lustrze – trochę rozczochrana, fartuch brudny od smażenia kotletów. Trudno. Wzięłam głęboki wdech, otworzyłam drzwi i zobaczyłam ich – w płaszczach, trochę przygarbionych, ale uśmiechniętych.

– Cześć, kochanie – powiedziała babcia. – Pachnie domowym jedzeniem.

Ich obecność rozświetliła mój pokój bardziej niż jakiekolwiek lampki świąteczne.

Ukrywałam przed nimi prawdę

– Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci i Dziadka! Zdejmijcie płaszcze, już zaraz wszystko będzie gotowe – powiedziałam, próbując nie pokazać, jak bardzo się stresuję.

– Spokojnie, nie uciekamy – uśmiechnął się dziadek i rzucił płaszcz na krzesło. – O, widzę, że tradycyjny obiad jak za dawnych czasów. Brakuje tylko kompotu.

Zachichotałam nerwowo. Babcia spojrzała na niego z przekąsem.

– Zbyszek, przestań. Dawniej nie było takich kotletów.

 Twarde jak wspomnienia – mruknął dziadek, krojąc jeden z nich.

– Naprawdę wam smakują? Bo chyba trochę przypaliłam – odparłam, siadając naprzeciwko.

– Kotlety muszą mieć skórkę – odparł dziadek głośniej z pełnymi ustami.

Babcia tylko kiwnęła głową i uśmiechnęła się delikatnie. Siedzieliśmy przy stole, rozmawiając o byle czym – o pogodzie, o sąsiadce, która znów zgubiła klucze, o tramwajach, które zawsze się spóźniają. Chciałam, żeby się czuli dobrze. Żeby nie zauważyli, że nie mam nawet ciasta, ani jednej świecy, ani nawet nowego obrusa. Chciałam udawać, że to wszystko było zamierzone, że lubię prostotę. W środku jednak siedział we mnie wstyd.

Dziadek nalał sobie herbaty i spojrzał na mnie z boku:

– A co u ciebie, Marta? Pracujesz dalej w tej… jak to się nazywa?

– W barze. Tak. Chwilowo.

– No i co? Dobrze karmicie?

Zaśmialiśmy się wszyscy. Babcia spojrzała na mnie czule i zapytała cicho:

– A ty, dziecko, jak się czujesz? Wyglądasz, jakbyś za dużo myślała.

Poczułam, że coś we mnie się łamie. Powoli zaczęłam wierzyć, że ten obiad może znaczyć więcej, niż myślałam.

Wreszcie się przyznałam

Po obiedzie nie chciałam od razu zmywać, choć zwykle to robiłam mechanicznie, jakby umyte talerze mogły mi coś załatwić. Tym razem zostały na stole. Usiedliśmy wszyscy z herbatą, tak po prostu, jak za dawnych czasów. Słońce chyliło się ku zachodowi, a w mieszkaniu robiło się przytulnie ciemno. Cisza między nami nie była niezręczna – była miękka, znajoma. Czułam jednak, że coś mnie dławi. Musiałam to z siebie wyrzucić. Choćby szeptem.

– Chciałam wam coś powiedzieć – zaczęłam, patrząc w kubek.

Dziadek chrząknął, babcia spojrzała na mnie, nie przerywając mieszania herbaty.

– Ja… chciałam wam coś dać. Na Dzień Babci i Dziadka. Naprawdę. Próbowałam coś wymyślić. Oszczędzałam… Ale po prostu mnie nie stać. Nawet na porządną bombonierkę. Nic.

Zapadła cisza. Nawet zegar jakby przestał tykać. W końcu babcia odłożyła łyżeczkę, która brzdęknęła o talerzyk. Popatrzyła mi w oczy.

– Wiesz, Marta, to najlepszy prezent – że ktoś chciał dla nas po prostu zrobić obiad.

Zamarłam. Jakby te słowa trafiły prosto do serca i rozpuściły wszystko, co tam było zaciśnięte.

– Babciu… – jęknęłam cicho, nie mogąc dłużej powstrzymać łez.

Dziadek westchnął i odchylił się na krześle.

– No i znowu nasza wnusia beczy.

– Bo wy jesteście dla mnie najważniejsi – wyszeptałam.

Babcia pogłaskała mnie po dłoni.

– A kto ci powiedział, że prezenty są ważne?

– Wszyscy tak robią… – wydusiłam.

– Wszyscy to nie my – powiedziała cicho.

W tej chwili zrozumiałam, że obecność może być ważniejsza niż wszystko inne.

Liczyło się coś innego

Po tamtym momencie już nikt nie udawał. Łzy w moich oczach przestały być czymś wstydliwym, a rozmowa potoczyła się jakby sama. Babcia zaczęła wspominać, jak to było kiedyś, w czasach, gdy naprawdę nie mieli nic.

– Wiesz, ile razy jedliśmy tylko chleb z masłem? – powiedziała, popijając herbatę. – I to był luksus. Człowiek myślał, że jak posypie cukrem, to będzie deser.

– A jak się trafiła śmietana, to się smarowało na chlebie, żeby był dodatek – dodał dziadek z uśmiechem. – Żeby wystarczyło na dłużej.

– Ale byliśmy razem – babcia wzruszyła ramionami. – I to było święto.

Siedziałam między nimi i chłonęłam każde słowo. Oni mówili o głodzie, o braku pieniędzy, ale też o miłości – tej, która nie potrzebowała niczego oprócz obecności. Nagle wszystko stało się jasne. Przez tyle lat myślałam, że muszę dawać rzeczy, że muszę się wykazać, zasłużyć. A wystarczyło być.

Dziadek spojrzał na mnie z boku i powiedział:

– Najlepsze czasy były wtedy, gdy człowiek nie miał nic – wtedy dokładnie wiedział, co się naprawdę liczy. Ciepło. Zapach. Czyjeś ręce.

Patrzyłam na ich twarze – pomarszczone, ale spokojne. Oczy mieli takie same, jak wtedy, gdy byłam mała. Nie młodsze, ale znajome. Bezpieczne. Wtedy poczułam coś, co rzadko czułam w ostatnich miesiącach. Spokój.

 Chciałabym tak umieć wszystko doceniać – powiedziałam cicho.

Babcia uśmiechnęła się lekko.

– To zaczyna się od takich obiadów, dziecko.

Chyba miała rację. Cieszyłam się, że wszystko wyszło właśnie tak.

Nauczyłam się doceniać

Odprowadziłam ich na przystanek. Babcia szła powoli, dziadek narzekał na biodro, ale oboje śmiali się z czegoś pod nosem. Zanim autobus podjechał, babcia odwróciła się i uściskała mnie na długo.

– Dziękujemy, kochanie. Było cudownie.

Po ich wyjściu wróciłam do domu. Wciąż pachniało smażonym kotletem i ziemniakami, choć w zlewie czekały talerze, a w powietrzu unosiła się jeszcze resztka napięcia. To już nie była ta sama cisza co rano. To była cisza, w której można było usiąść i oddychać spokojnie.

Umyłam naczynia powoli, bez pośpiechu. Zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole. Mój stół. Skromny, ale nie samotny. Spojrzałam na trzy puste talerze i nagle coś mnie uderzyło – przecież to był prezent. Nie mój dla nich. Od nich dla mnie.

Wzięłam telefon. Wiadomość od babci przyszła krótko po ich wyjściu: „Dziękujemy jeszcze raz za obiad. Było wspaniale”. Uśmiechnęłam się.

– Może nie mam dużo – powiedziałam cicho, sama do siebie. – Ale mam ich. To mi wystarcza.

Marta, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama