Reklama

Nie miałam planu, nie miałam pieniędzy, a ferie mojego syna zbliżały się nieuchronnie jak nadciągająca lawina. Wstyd palił mnie w gardle za każdym razem, gdy Kuba pytał, czy pojedziemy na narty.

Byłam załamana

Siedziałam w kuchni mojego dwupokojowego mieszkania w bloku z wielkiej płyty, wpatrując się w ekran telefonu. Aplikacja bankowa świeciła na czerwono, jakby krzyczała: „Co ty robisz ze swoim życiem?”. Na koncie zostało mi dokładnie 247 złotych i 50 groszy. Do wypłaty jeszcze dziesięć dni. A za tydzień ferie.

Zza ściany dobiegał dźwięk telewizora. Mój ośmioletni syn, Kuba, oglądał kreskówkę, nieświadomy, że jego matka właśnie toczy wewnętrzną bitwę z atakiem paniki. W tle brzęczał telefon – grupa o nazwie „Rodzice 3B”. To było moje osobiste piekło. „My w tym roku jednak Dolomity, Stasiek musi podszkolić jazdę” – pisała matka Zuzi. „A my lecimy na Teneryfę, łapiemy słońce!” – chwaliła się inna.

Czytałam te wiadomości i czułam, jak żołądek ściska mi się w supeł. Nie chodziło o zazdrość. Chodziło o ten paraliżujący strach, że moje dziecko wróci do szkoły i jako jedyne powie: „Siedziałem w domu i układałem puzzle”. Czułam się jak odpad społeczny. Jakbym zawiodła na całej linii. Mój były mąż, mistrz uników i opóźnionych alimentów, tydzień temu oznajmił, że „wypadło mu coś ważnego” i nie weźmie Kuby w góry, tak jak obiecał. Zostałam sama. Bez kasy, bez planu, z poczuciem winy wielkości Mount Everestu.

Spadła mi z nieba

Podeszłam do lodówki, otworzyłam ją bez celu i zamknęłam. Pustka w środku idealnie odzwierciedlała pustkę we mnie. I wtedy zadzwoniła Kaśka. Moja jedyna przyjaciółka, która wiedziała, jak wygląda moja rzeczywistość, ale nigdy mnie nie oceniała.

– Słuchaj, jest sprawa – rzuciła bez powitania. – Pamiętasz tego mojego szefa? Tego dewelopera z ego większym niż Pałac Kultury?

– Tego, co traktuje ludzi jak meble? Pamiętam – mruknęłam, opierając czoło o zimną szybę okna.

– Wybudował sobie willę w Bieszczadach. Smart home, cuda na kiju, szkło i beton w środku lasu. Miał tam jechać z tą swoją nową modelką, ale się pokłócili. Dom stoi pusty, a on ma obsesję, że mu tam coś zamarznie albo system padnie. Szuka kogoś zaufanego, kto tam posiedzi przez tydzień. Po prostu będzie. Za darmo. Plus pełna lodówka i zwrot za paliwo.

Zamilkłam. Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Magda? Jesteś tam? – dopytywała Kaśka. – Wiem, że to brzmi dziwnie, ale pomyślałam o tobie. Kuba miałby śnieg, ty miałabyś spokój. Warunek jest jeden: pod żadnym pozorem nie wchodzić do jego gabinetu i… no, po prostu niczego nie zniszczyć.

To brzmiało jak jałmużna. Ale w tamtym momencie moja duma była towarem deficytowym, na który nie mogłam sobie pozwolić.

– Biorę to – powiedziałam cicho, czując, jak policzki palą mnie ze wstydu i ekscytacji jednocześnie.

Ekscytował się

Droga w Bieszczady moim starym Oplem była wyzwaniem samym w sobie. Modliłam się, żeby gruchot nie rozkraczył się w połowie zaśnieżonej trasy. Kuba był wniebowzięty. Dla niego to była przygoda. Nie wiedział, że jedziemy „do pracy”. Powiedziałam mu, że to dom znajomego, który pozwolił nam go popilnować. Dla ośmiolatka to brzmiało jak tajna misja. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zaparło mi dech. To nie był dom. To była forteca ze szkła i drewna, wbijająca się w zbocze góry jak futurystyczny statek kosmiczny. Wokół tylko las, śnieg po kolana i cisza tak gęsta, że aż dzwoniło w uszach.

Kod do bramy zadziałał. Wjechaliśmy na podgrzewany podjazd. Czułam się jak oszustka. Jak włamywaczka, która za chwilę zostanie przyłapana. Wnętrze pachniało drogimi perfumami, drewnem sandałowym i… chłodem. Wszystko było sterylne, minimalistyczne, wręcz laboratoryjne. Wielkie okna od podłogi do sufitu odsłaniały panoramę gór, która warta była miliony.

– Mamo, tu jest jak w filmie o Bondzie! – krzyknął Kuba, biegając po wielkim salonie z kominkiem, który uruchamiał się na pilota.

W kuchni znalazłam kartkę. Pismo było ostre, kanciaste. „Instrukcja obsługi domu w załączniku. Wino w lodówce do dyspozycji. Nie dotykać systemu audio w sypialni. W razie awarii dzwonić do zarządcy. A.”. Ani słowa „dzień dobry”, ani „bawcie się dobrze”. Artur, mityczny szef Kaśki. Facet, który ma wszystko, a nie ma z kim spędzić ferii.

Czułam się jak w raju

Przez pierwsze dwa dni czułam się nieswojo. Bałam się dotknąć skórzanej kanapy, żeby jej nie porysować. Piłam kawę z najtańszego kubka, jaki znalazłam, bojąc się użyć tych z cieniutkiej porcelany. Ale powoli luksus zaczął mnie otulać. Długie kąpiele w wannie z widokiem na ośnieżone szczyty, wieczory przy kominku, kiedy Kuba spał zmęczony po całym dniu lepienia bałwana. Zaczęłam udawać przed samą sobą, że to moje życie. Że nie muszę liczyć każdego grosza na chleb.

To była niebezpieczna gra. Zaczęłam grzebać w szufladach. Wiem, nie powinnam. Ale ciekawość była silniejsza. Znalazłam zdjęcia. Artur nie wyglądał na typowego bogacza z brzuszkiem. Był przystojny, w ten ostry, nieco drapieżny sposób. Ciemne oczy, zarost, zacięte usta. Na zdjęciach zawsze był sam albo w towarzystwie ludzi, którzy wyglądali jakby byli tam za karę. Żadnych rodzinnych fotografii. Żadnego ciepła. Wtedy zrozumiałam, że ten dom to nie azyl. To złota klatka.

Trzeciego dnia rozpętała się zamieć. Śnieg sypał tak gęsto, że świat za oknem zniknął w bieli. Wiatr wył, uderzając w wielkie szyby. Czułam się bezpiecznie, odcięta od świata. Kuba spał na górze, a ja, ubrana w za duży, kaszmirowy sweter, który znalazłam w garderobie, siedziałam z lampką wina i patrzyłam w ogień. Nagle światła mrugnęły i zgasły. Ciemność. System awaryjny nie zadziałał od razu. Zrobiło się absolutnie cicho. I w tej ciszy usłyszałam dźwięk otwieranego zamka w drzwiach wejściowych.

Byłam przerażona

Serce podeszło mi do gardła. Zamarłam. Włamywacz? Tutaj, na końcu świata? Chwyciłam ciężki pogrzebacz z zestawu kominkowego. Ręce mi się trzęsły. Kroki były ciężkie, pewne. Ktoś wszedł do salonu, oświetlając drogę latarką z telefonu.

– Kto tu jest? – Męski, głęboki głos przeszył ciemność.

Zapalniczka w jego ręku błysnęła, oświetlając twarz. To był on. Artur. Stałam tam, w jego swetrze, z pogrzebaczem w ręku, przerażona i wściekła jednocześnie.

– Milena… – wyjąkałam. – Koleżanka Kasi. Miałam pilnować domu.

– A kto ci kazał wkładać moje ciuchy i pić moje wino rocznik 2015? – zapytał, mrużąc oczy.

Nie był pijany, ale wyglądał na wykończonego. Jego płaszcz ociekał wodą, buty zostawiały błotniste ślady na idealnej podłodze.

– Światło zgasło. Myślałam, że to włamywacz – odparowałam, próbując odzyskać rezon. – A co pan tu robi? Miał pan być w… gdzieś tam.

– To mój dom – warknął, rzucając klucze na stół. – Moje plany się zmieniły. Lotnisko zamknięte, drogi nieprzejezdne. Utknęliśmy tu razem, pani Mileno.

Nie miałam dokąd pójść

To był moment, w którym powinnam się spakować i uciec. Ale na zewnątrz szalała burza śnieżna. Nie miałam dokąd pójść. Tej nocy spaliśmy w osobnych skrzydłach domu, ale napięcie było gęstsze niż mgła. Czułam się upokorzona. Złapana na gorącym uczynku wchodzenia w buty księżniczki.

Następny dzień był dziwny. Kuba, z naturalnością dziecka, po prostu zaakceptował obecność „wujka Artura”. Co gorsza, Artur, ten zimny drań z opowieści Kaśki, wcale nie przegonił mojego syna.

– Nie tak się trzyma pad, młody – rzucił, przechodząc przez salon, gdy Kuba grał na konsoli.

Po chwili siedział już na dywanie w garniturowych spodniach i tłumaczył mojemu synowi strategie w FIFIE. Patrzyłam na to z kuchni, krojąc warzywa na gulasz z produktów, które przywiozłam z Biedronki, bo bałam się ruszać jego kawior. Widok tego obcego, bogatego faceta bawiącego się z moim synem sprawił mi fizyczny ból. Mój były mąż nigdy nie miał tyle cierpliwości. Wieczorem, gdy Kuba poszedł spać, Artur wszedł do kuchni. Nalał sobie whisky, nie pytając, czy ja też chcę.

– Dobre to było – wskazał na resztki gulaszu w garnku. – Moja gosposia gotuje tylko jakieś fit bzdury bez smaku.

– To zwykła wieprzowina z papryką – odpowiedziałam szorstko, wycierając blat. Czułam się przy nim biedna. Nie finansowo, ale tak… życiowo gorsza.

– Nie wstydzisz się? – zapytał nagle, opierając się o wyspę kuchenną. Jego oczy wwiercały się we mnie.

– Czego?

– Że tu jesteś. Że musiałaś wziąć tę fuchę, żeby zabrać syna na ferie. Kaśka mi powiedziała o twojej sytuacji.

To był moment

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To był cios poniżej pasa.

– Nie każdy rodzi się z milionami na koncie – syknęłam. – Sprzedaję swój czas, a nie godność. Robię to dla syna. Pan by tego nie zrozumiał, bo dla pana relacje to transakcje.

Zrobił krok w moją stronę. Powietrze zgęstniało. Pachniał deszczem, drogim tytoniem i czymś piżmowym, co sprawiało, że kolana mi miękły.

– Nie masz pojęcia, co ja rozumiem – powiedział cicho, niemal szeptem. Był za blisko. Widziałam zmarszczki wokół jego oczu, ten cień smutku, który ukrywał pod arogancją. – Myślisz, że to wszystko – machnął ręką na luksusowe wnętrze – daje szczęście? Siedzę tu z obcą kobietą i jej dzieckiem, bo moja własna narzeczona wolała polecieć do Dubaju z instruktorem tenisa.

Zamilkłam. Nagle dystans między nami zniknął. Zobaczyliśmy w sobie nawzajem to samo: samotność. Rozczarowanie. Pragnienie bycia dla kogoś ważnym.

– Masz rację – szepnęłam. – Nie wiem nic o tobie.

– To się dowiedz.

Wtedy mnie pocałował.

Smakował whisky. Nie było w tym romantyzmu, była desperacja. Przez chwilę nie byłam biedną samotną matką, a on nie był bogatym snobem. Byliśmy tylko dwojgiem ludzi szukających ciepła w środku zimy.

Po prostu zniknął

Rano obudziłam się sama na sofie, przykryta kocem. W domu panowała cisza. Na stole w kuchni leżała koperta i kolejna kartka. „Musiałem pilnie wyjechać. Interesy. Zostańcie do końca tygodnia. W kopercie są pieniądze. Kup młodemu coś fajnego. A.”. Otworzyłam kopertę. W środku były dwa tysiące złotych.

Poczułam się brudna, jakbym właśnie została wyceniona. Łzy napłynęły mi do oczu, ale nie pozwoliłam im popłynąć. Zgniotłam banknoty w dłoni, chcąc je podrzeć, spalić w kominku. Ale potem spojrzałam na Kubę, który właśnie zbiegał po schodach, uśmiechnięty, wołając, że chce lepić igloo. Dwa tysiące złotych. To były nowe buty dla niego, zaległe opłaty za angielski i spokój na dwa miesiące.

Schowałam pieniądze do kieszeni. Duma? Duma nie nakarmi mojego dziecka. Zrozumiałam, że ta noc nie była początkiem. Artur nie zakochał się we mnie. Skorzystał z okazji, zaspokoił potrzebę bliskości i zapłacił, żeby nie czuć zobowiązań. Dla niego byłam chwilą. Przystankiem.

Nie chciałam pieniędzy

Wyjechaliśmy dwa dni później. Posprzątałam dom tak dokładnie, że nie został po nas nawet odcisk palca. Zostawiłam tylko jedną rzecz. Jego pieniądze. Położyłam kopertę na stole w kuchni. Obok napisałam na kartce: „Kuba bawił się świetnie. Dziękuję za gościnę. Pieniądze proszę przeznaczyć na terapię – przyda się bardziej niż mnie nowe buty. M.”. To było kłamstwo. Potrzebowałam tych pieniędzy jak tlenu. Ale potrzebowałam też szacunku do samej siebie.

Kiedy wjechaliśmy na moje osiedle, szare i brudne od błota pośniegowego, poczułam dziwną ulgę. To był mój świat. Biedny, trudny, ale prawdziwy. Weszliśmy do mieszkania. Było zimno, bo przykręciłam kaloryfery przed wyjazdem. Ale pachniało domem. Kuba rzucił się na swoje łóżko.

– Mamo, było super! Ale wiesz co? Tęskniłem za moim pokojem. Tam było jakoś tak… pusto.

Przytuliłam go mocno, czując łzy na policzkach. Nie stałam się bogatsza o pieniądze Artura. Ale stałam się bogatsza o coś innego. Zobaczyłam, że luksus to tylko scenografia. Widziałam faceta, który miał wszystko, a był bardziej pusty niż moje konto w banku. Zrozumiałam, że jestem silniejsza, niż myślałam. Przetrwałam tydzień w paszczy lwa, dałam się ugryźć, ale wyszłam z tego cała.

Kilka dni później dostałam SMS-a. Nieznany numer. „Znalazłem kopertę. Jesteś głupia i dumna. Szanuję to. Przelew na konto fundacji dla dzieci poszedł w twoim imieniu. PS. Gulasz był naprawdę dobry”.

Uśmiechnęłam się do ekranu. Nie odpisałam. Ferie się skończyły. Wróciłam do walki o przetrwanie, ale tym razem wiedziałam jedno: mojej godności nie da się kupić. Nawet za cenę nocy w szklanym pałacu. I może nadal jem kanapki z serem na kolację, ale przynajmniej, gdy patrzę w lustro, widzę kobietę, która nie jest na sprzedaż. I to jest mój największy luksus.

Lidia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama