„Nie miałam pieniędzy, by włożyć je do koperty dla księdza. Udawałam, że nie ma mnie w domu, gdy chodził po kolędzie”
„Podeszłam do wizjera i spojrzałam. Zobaczyłam plecy księdza i dwóch ministrantów z dzwoneczkiem. Mieli listę, coś tam zaznaczali. Zeszli niżej. Odetchnęłam, ale czułam w sobie pustkę. Nie z powodu wiary – nie byłam szczególnie religijna – tylko z tego, że znów udawałam”.

Zima przyszła wcześniej niż zwykle. W moim małym mieszkaniu na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty przeciągi hulały między oknami, a grzejniki ledwie dawały ciepło. Pracowałam dorywczo – raz sprzątanie, raz opieka nad dzieckiem sąsiadki – ale to nie wystarczało na wszystko. W grudniu nie opłaciłam rachunku za prąd. Styczeń był jeszcze gorszy. Każda złotówka miała znaczenie. Gdy usłyszałam, że ksiądz z ministrantami chodzi po kolędzie, serce mi przyspieszyło. Wiedziałam, co to oznacza: biała koperta, uśmiech, „wsparcie na parafię”. Miałam w portfelu jedynie siedem złotych.
Szmer na klatce schodowej
To był środek stycznia, już po Trzech Królach. Kalendarz w kuchni już od dawna przypominał mi, że to właśnie ten czas. Sąsiadka spod czwórki mówiła, że ksiądz idzie od góry. Miałam więc dzień, może dwa, by coś wymyślić. Liczyłam drobne z portfela i przeliczałam jednocześnie rachunki – prąd, gaz, telefon, doładowanie internetu. Kiedy miałam wybrać między obiadem a kopertą, wybór był prosty, choć bolał.
Nie chciałam się nikomu tłumaczyć. Wmawiałam sobie, że nie muszę otwierać, że przecież to nie jest obowiązek. Mimo to serce biło mi szybciej za każdym razem, gdy na klatce schodowej usłyszałam kroki. Tego dnia siedziałam bez ruchu w kuchni, światło miałam zgaszone, czajnik trzymał resztkę ciepła.
Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Cichy, pojedynczy. Ministranci nigdy nie dzwonią długo, od razu przechodzą dalej. Wstrzymałam oddech. Dzwonek się nie powtórzył, ale po chwili usłyszałam szuranie butów i szept:
– Tej pani chyba nie ma.
A potem kroki oddaliły się w stronę sąsiadki. Usiadłam na krześle i wpatrywałam się w stół. Nie czułam ulgi. Raczej coś w rodzaju zawstydzenia. A może czegoś gorszego. Tylko sama nie wiedziałam czego.
Czułam się gorsza
Kolejnego dnia rano wstałam wcześniej niż zwykle. Zrobiłam sobie słabą kawę i stałam przy oknie, patrząc przez firankę na chodnik. Śnieg skrzypiał pod butami ludzi spieszących do pracy. Zauważyłam, że niektórzy sąsiedzi mają już kredą napisane „C+M+B” na drzwiach. Ja nie. Moje drzwi były czyste, puste, jakby nikt tu nie mieszkał. I może właśnie o to mi chodziło.
Gdy późnym popołudniem znowu usłyszałam znajome szepty i kroki na klatce, nie wstałam nawet z kanapy. Zgasiłam światło i siedziałam cicho, jakby mnie nie było. Chwilę później rozległ się cichy dzwonek. Jedno krótkie „ding”, które dźwięczało w mojej głowie jak oskarżenie. Patrzyłam w podłogę, licząc sekundy. Minuta. Dwie. Potem odgłos przesuwających się kroków.
Podeszłam do wizjera i spojrzałam. Zobaczyłam plecy księdza i dwóch ministrantów z dzwoneczkiem. Mieli listę, coś tam zaznaczali. Zeszli niżej. Odetchnęłam, ale czułam w sobie pustkę. Nie z powodu wiary – nie byłam szczególnie religijna – tylko z tego, że znów udawałam. Że bałam się oceny, spojrzenia księdza, który może nic by nie powiedział, ale spojrzenie czasem boli bardziej niż słowa.
Sąsiedzkie spojrzenia
Następnego dnia na schodach spotkałam panią Irenę z pierwszego piętra. Zatrzymała się, zmrużyła oczy i spojrzała na mnie z takim dziwnym półuśmiechem.
– Ksiądz już był u pani? – zapytała niby od niechcenia.
– Nie, chyba jeszcze nie dotarł – skłamałam, patrząc na jej siatkę z ziemniakami, by uniknąć jej wzroku.
– U mnie był wczoraj. Mówił, że niektórych nie było w domu – dodała, przyciskając siatkę mocniej do biodra.
Skinęłam głową i pożegnałam się szybko. Wróciłam do mieszkania, czując, że ściany mnie duszą. Zastanawiałam się, co powiedział o mnie. Czy zapamiętał, że nie otworzyłam? Czy sąsiedzi o tym mówią? I czy w ogóle powinnam się tym przejmować? Wieczorem, siedząc przy stole, usłyszałam rozmowy zza ściany. Pani Irena rozmawiała z kimś głośno, wyraźnie.
– Ta z trójki to chyba nie miała na kopertę – powiedziała z lekkim śmiechem.
Nie musiała mówić mojego imienia. Chodziło o mnie. I choć nie byłam pewna, czy mówiła to ze złośliwością, czy z troską, zrobiło mi się przykro. Bardziej niż powinnam. Bo nagle moje milczenie i zamknięte drzwi zaczęły mówić za mnie więcej, niż bym chciała.
Telefon z parafii
Trzy dni później zadzwonił telefon. Numer był nieznany, ale coś mi podpowiedziało, że mam odebrać. Głos w słuchawce był spokojny, męski.
– Dzień dobry, tu kancelaria parafialna. Dzwonimy w sprawie wizyty duszpasterskiej. Ksiądz proboszcz zauważył, że nie otworzyła pani drzwi podczas kolędy. Czy wszystko w porządku?
Zrobiło mi się gorąco. Przełknęłam ślinę.
– Tak, wszystko w porządku. Przepraszam… miałam wtedy… coś pilnego.
– Rozumiem. Ksiądz pytał, czy życzy sobie pani, aby odwiedził panią w innym terminie. Oczywiście bez żadnych zobowiązań.
– Nie, dziękuję – odpowiedziałam zbyt szybko. – To niepotrzebne.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem usłyszałam spokojne „w porządku” i pożegnanie. Rozłączyłam się i odłożyłam telefon na stół. Patrzyłam na niego dłuższą chwilę, jakby miał za chwilę znowu zadzwonić.
Byłam wdzięczna za ten telefon, choć wytrącił mnie z równowagi. Nie padło ani jedno słowo o kopercie, pieniądzach, darowiźnie. A jednak miałam wrażenie, że rozmowa była właśnie o tym. I o czymś jeszcze – o obecności, o wspólnocie. O czymś, czego mi brakowało bardziej, niż chciałam się przyznać.
Niespodziewana wizyta
Tydzień później ktoś zapukał do drzwi. Nie dzwonek – pukanie, ciche, wyczekujące. Podeszłam ostrożnie, nie otwierając od razu. Przez wizjer zobaczyłam starszego księdza bez ornatu, bez ministrantów, bez księgi. Miał na sobie zwykłą kurtkę, trzymał czapkę w dłoni. Stał spokojnie, jakby wiedział, że się waham. Otworzyłam. Nie mogłam dłużej udawać.
– Dzień dobry – powiedział cicho, z uśmiechem. – Przepraszam, że bez zapowiedzi. Pomyślałem, że może po prostu porozmawiamy.
Zrobiłam krok w bok, zapraszając go gestem do środka. Usiadł przy stole, a ja nalałam mu herbaty. Mówił mało, bardziej słuchał. Opowiadałam, że nie chodzi o wiarę, nie o przekonania, tylko o sytuację. O brak pieniędzy, o wstyd, o to, że nie chciałam wyglądać na taką, co nie daje.
– Czasem największym darem jest po prostu szczerość – powiedział cicho, patrząc na parującą filiżankę. – Nie trzeba nic więcej.
Nie zostawił żadnej broszury, nie odczytał modlitwy, nie spytał o ofiarę. Po prostu był. Wyszedł po pół godzinie. Zamknęłam drzwi i pierwszy raz od dawna poczułam, że nie muszę już niczego udawać.
To wiele zmieniło
Od tamtej wizyty minęło już kilka tygodni. Na moich drzwiach nie było kredy, nie pojawił się żaden znak, który świadczyłby o kolędzie. I dobrze. Może nie potrzebowałam znaku, żeby wiedzieć, że coś się zmieniło. Nie w świecie, tylko we mnie. Przestałam bać się spojrzeń sąsiadów. Pani Irenie powiedziałam przy okazji, że nie miałam z czego dać. Wzruszyła ramionami, jakby to było nic.
Przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. Nie zaczęłam chodzić do kościoła, nie doznałam żadnego oświecenia. Po prostu przestałam chować się przed tym, co niewygodne. Bo niewygodne nie znaczy złe. Czasem jest po prostu prawdziwe.
Ksiądz już się więcej nie pojawił, ale ta jedna rozmowa wystarczyła. Pokazała mi, że są jeszcze ludzie, którzy nie oceniają po kopercie, po zasłoniętej firance, po krótkim „nie, dziękuję”. I że nie trzeba mieć pieniędzy, żeby mieć wartość. Czasem wystarczy cicho powiedzieć „nie dałam, bo nie miałam”. I nikt nie ma prawa się o to gniewać.
Zostawiłam swoją prawdę w tych drzwiach. I kiedy teraz je zamykam, robię to spokojnie. Nie z wstydu, tylko z poczucia, że postąpiłam uczciwie.
Monika, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyjechałam z ukochanym w Tatry, ale do domu wróciłam sama. Czułam, że kręci i w końcu złapałam go na gorącym uczynku”
- „Zamknęłam drzwi przed mamą, gdy chciała odwiedzić wnuka w Dzień Babci. Po tym, co zrobiła nie zasługuje na 2 szansę”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”

