Reklama

To miał być wieczór, który uratuje to, co między nami gasło od miesięcy. Siedziałam przy stole nakrytym białym obrusem, wpatrując się w stygnącą wołowinę po burgundzku, a w dłoni ściskałam telefon wibrujący od powiadomień. Koleżanki wrzucały zdjęcia gigantycznych bukietów, biżuterii i romantycznych kolacji. A ja? Czekałam w ciszy, ubrana w sukienkę za połowę pensji, by usłyszeć tylko trzask drzwi i zmęczone „cześć”. Nie wiedziałam wtedy, że ten brak prezentu stanie się katalizatorem lawiny zdarzeń, która niemal nas zniszczyła, a potem zmusiła do zbudowania wszystkiego od nowa na zgliszczach moich oczekiwań.

Moja szara rzeczywistość

Zaczęło się od ucisku w żołądku. Czternasty lutego. Data teoretycznie bez znaczenia dla dwójki dorosłych ludzi z dziesięcioletnim stażem, kredytem we frankach i psem z problemami gastrycznymi. A jednak miała znaczenie. Przewijałam feed na Instagramie, popijając biurową kawę. Kaśka z księgowości dostała kosz stu róż jeszcze przed lunchem. Marta relacjonowała wyjazd do spa. Nawet moja młodsza siostra chwaliła się bransoletką od „Misia”. Mój telefon milczał. Żadnego „Kocham Cię”, żadnej zapowiedzi niespodzianki.

– Pewnie szykuje coś ekstra na wieczór – mrugnęła Anka z biurka obok, widząc moją minę. – Wiesz, jaki jest Tomek. Cichy, ale jak coś zrobi, to konkretnie. Pamiętasz Paryż na piątą rocznicę?

Pamiętałam. Ale to było pięć lat temu. Od tamtej pory nasze życie stało się logistyczną układanką: praca, dom, weterynarz, mechanik, sen. Romantyzm ustąpił miejsca pragmatyzmowi. Dlatego tak bardzo zależało mi na tych Walentynkach. Chciałam namacalnego dowodu, że wciąż jestem kobietą, o którą warto się starać, a nie tylko współlokatorką do opłacania rachunków.

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Skoro on jest zapracowany, ja stworzę atmosferę. Wyszłam wcześniej z pracy, wydałam fortunę na polędwicę, wino i czerwoną sukienkę z dekoltem na plecach. Chciałam, żeby po wejściu do domu oniemiał. Żeby ten wieczór był jak z filmu.

Ostatnia deska ratunku

Przygotowania trwały cztery godziny. Mieszkanie lśniło, pachniało pieczonym mięsem i drogimi perfumami, które Tomek kupił mi rok temu na gwiazdkę. Zapaliłam świece, włączyłam jazz. Spojrzałam w lustro – wyglądałam dobrze. Czerwona szminka, upięte włosy, koronka opinająca ciało. Czułam się seksowna, ale pod pewnością siebie krył się lęk. A co, jeśli on tego nie zauważy? Jeśli zapyta tylko, czy zapłaciłam za prąd?

Godzina 18:00. Miał być o 17:30. Godzina 18:45. Mięso w piekarniku wysychało, podobnie jak mój entuzjazm. Napisałam: „Będziesz niedługo? Czekam z kolacją”. Odpisał po dziesięciu minutach: „Korki. Będę za 20 min”. Żadnego „przepraszam”, żadnego „nie mogę się doczekać”. Suche fakty. Stłumiłam gniew. Może wiezie prezent? Może stoi w kolejce w kwiaciarni? Przecież nie mógłby zignorować tego dnia. Nawet jeśli umówiliśmy się kiedyś, że nie szalejemy, drobny gest to podstawa.

Zadzwoniła moja mama.

– I jak tam, córeczko? Tomek się spisał?

– Jeszcze go nie ma, mamo. Wraca z pracy.

Oj, to pewnie szykuje niespodziankę. Twój ojciec kupił mi gofrownicę. Wyobrażasz sobie? Gofrownicę na Walentynki! Ale przynajmniej pamiętał.

Rozłączyłam się, nie chcąc słuchać o gofrownicy, która nagle wydała mi się szczytem romantyzmu w porównaniu z ciszą w moim przedpokoju.

Klucz w zamku i moje nadzieje

W końcu usłyszałam charakterystyczny zgrzyt. Serce podeszło mi do gardła. Poprawiłam sukienkę, stanęłam w progu salonu, przybierając najbardziej uwodzicielską pozę. Drzwi się otworzyły. Wszedł Tomek. W pogniecionej koszuli, z teczką i siatką z dyskontu. Wyglądał na wykończonego. Jego wzrok prześlizgnął się po mnie, świecach i stole.

– O, zrobiłaś kolację? Super, umieram z głodu – powiedział, zrzucając buty. Odstawił siatkę na podłogę. Wystawała z niej zgrzewka wody mineralnej i papier toaletowy.

Zamarłam. Czekałam, aż sięgnie do teczki i wyciągnie chociaż jedną marną różę. Czekoladki. Kartkę. Cokolwiek. Tomek podszedł, pocałował mnie w policzek i ruszył w stronę łazienki.

Daj mi pięć minut, tylko się odświeżę – rzucił przez ramię.

Stałam jak słup soli. Ręce zaczęły mi drżeć. Spojrzałam na siatkę z papierem toaletowym. To był jego wkład w ten wieczór. Woda i papier. Łzy napłynęły mi do oczu, ale to nie był smutek. To była wściekłość. Czysta, gorąca furia.

A gdzie kwiaty?

Kiedy wrócił, usiadł do stołu i jak gdyby nigdy nic nałożył sobie ziemniaków.

– Ładnie wyglądasz – powiedział z pełnymi ustami. – To nowa sukienka?

– Nie, Tomek. Mam ją od trzech lat. Miałam ją na weselu twojej kuzynki – wycedziłam, siadając naprzeciwko. Nie tknęłam jedzenia.

– Aha. No, ładna. Pyszne mięso.

– To wszystko? – zapytałam cicho.

– Co wszystko?

To wszystko, co masz mi dziś do powiedzenia? Jest czternasty lutego. Walentynki.

Tomek odłożył widelec. Zdziwienie w jego oczach szybko ustąpiło miejsca irytacji.

– Agata, błagam cię. Jesteśmy dorośli. Myślałem, że ustaliliśmy, że nie bawimy się w to komercyjne szaleństwo.

– Ustaliliśmy, że nie kupujemy drogich prezentów na Mikołajki, bo oszczędzamy na remont łazienki! – głos zaczął mi wibrować.

– Ale dzisiaj? Liczyłam na cokolwiek. Kwiatek za pięć złotych. Czekoladę. Głupi liścik na lodówce. Cokolwiek, co pokazałoby, że pomyślałeś o mnie choć przez sekundę w ciągu tych dwunastu godzin!

Westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi.

– Myślałem o tobie. Myślę o tobie codziennie, kiedy zapieprzam po dziesięć godzin w firmie, żebyśmy mogli spłacać ten cholerny kredyt. To nie jest dowód miłości?

– Nie! – krzyknęłam, wstając.

– To jest obowiązek! To jest życie! A ja potrzebuję miłości! Potrzebuję czuć się wyjątkowa, a nie jak kolejna pozycja w twoim Excelu! Kupiłam ci prezent. Leży tam, na komodzie. Ale wiesz co? Nawet nie chcę, żebyś go otwierał.

Wskazałam na eleganckie pudełko ze smartwatchem, o którym marzył, a na który wydałam premie kwartalne. Jego wzrok powędrował w stronę pudełka, a potem na mnie. W jego oczach zobaczyłam coś, co mnie zmroziło. To nie był tylko wstyd. To była rezygnacja.

– Nie mam nic dla ciebie – powiedział cicho. – Po prostu… zapomniałem. Wyleciało mi z głowy. Przepraszam.

To „przepraszam” brzmiało tak pusto, że aż zabolało fizycznie.

Noc w osobnych pokojach

Zostawiłam go ze stygnącym obiadem. Zamknęłam się w sypialni, zmyłam makijaż, patrząc, jak czerwień szminki miesza się ze łzami, tworząc na twarzy maskę klauna. Przebrałam się w stary dres. Magia prysła. Została tylko gorycz. Przez dwie godziny scrollowałam telefon. Zdjęcia szczęśliwych par kłuły w oczy. Klaudia, przyjaciółka z liceum, wrzuciła zdjęcie pierścionka: „Powiedziałam TAK… znowu! Odnowienie przysięgi!”. Miałam ochotę rzucić telefonem o ścianę.

Około dwudziestej drugiej usłyszałam pukanie.

– Agata, otwórz. Porozmawiajmy.

– Idź spać do salonu – odpowiedziałam. – Nie mam ochoty na ciebie patrzeć.

– Nie zachowuj się jak dziecko. To tylko jeden dzień w roku.

– Właśnie! – wrzasnęłam przez drzwi. – To tylko jeden dzień, a ty nawet tego nie potrafiłeś udźwignąć! Jeśli w jeden, wyjątkowy dzień nie potrafisz się postarać, to po co w ogóle jesteśmy razem?

Zapadła cisza. Słyszałam oddalające się kroki, potem dźwięk telewizora. Płakałam w poduszkę, czując się najbardziej samotną mężatką na świecie. Myślałam o rozwodzie. W tamtym momencie wydawało się to logiczne. Skoro nie ma romantyzmu, co nam zostało? Wspólny kredyt i pies?

To zmieniło perspektywę

Obudził mnie ból głowy. W domu panowała cisza. Tomek wyszedł do pracy wcześniej niż zwykle. Na stole w kuchni nie było śniadania ani kartki z przeprosinami. Był tylko pusty talerz po wczorajszej kolacji, który umył i wstawił do zmywarki. Zrobiłam kawę i usiadłam przy stole, na którym wciąż leżało nieotwarte pudełko ze smartwatchem. Czułam się głupio. Może przesadziłam? Może zrobiłam aferę o nic? Ale z drugiej strony, czy pragnienie bycia docenioną było aż tak wygórowane?

Zaczęłam sprzątać. Przeniosłam jego teczkę, rzuconą wczoraj na krzesło. Wypadła z niej niezaklejona koperta. Zazwyczaj nie szperam w jego rzeczach, ale ciekawość i niepokój zwyciężyły. W środku nie było listu miłosnego ani rachunku za biżuterię dla kochanki. Była tam dokumentacja medyczna. I rachunek z prywatnej kliniki na nazwisko jego matki.

Usiadłam ciężko. Moja teściowa? Tydzień temu mówiła, że czuje się świetnie. Zaczęłam czytać. Konsultacja profesorska. Tomek był wczoraj w szpitalu. Nie w pracy, nie w korkach. Był z matką. Wszystkie puzzle zaczęły układać się w całość. Jego zmęczenie, roztargnienie, to, że zapomniał o Walentynkach. Jak mógł myśleć o różach, kiedy dowiedział się, że jego matka może być chora?

Dlaczego mi nie powiedział? Odpowiedź uderzyła mnie prosto w splot słoneczny. Bo ja od tygodnia trajkotałam tylko o Walentynkach, sukience i potrzebie „czegoś specjalnego”. Nie chciał psuć mi nastroju. Albo po prostu nie miał siły konfrontować mojego infantylnego pragnienia bajki z brutalną rzeczywistością choroby.

Miłość to nie pluszowe misie

Zadzwoniłam do niego. Nie odebrał. Napisałam: „Wiem o mamie. Przepraszam. Wracaj do domu”. Wrócił po godzinie. Wyglądał gorzej niż wczoraj. Oczy podkrążone, ramiona opuszczone. Bez słowa podeszłam i przytuliłam go. Tak mocno, jak nie przytulałam od lat.

– Dlaczego nic nie mówiłeś? – zapytałam, czując, jak wiotczeje w moich ramionach.

– Nie chciałem cię martwić – wymamrotał w moje włosy. – Byłaś taka podekscytowana. A ja… miałem pustkę w głowie. Kiedy wszedłem do domu i zobaczyłem te świece, poczułem się jak najgorszy mąż na świecie, bo nie miałem dla ciebie nic.

Odsunęłam się i spojrzałam mu w oczy.

Dałeś mi więcej niż myślisz – powiedziałam szczerze. – Chroniłeś mnie. W głupi, męski sposób, ale chroniłeś.

Nie było romantycznej kolacji. Zamówiliśmy pizzę, otworzyliśmy wczorajsze wino. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. Walentynki to piękna tradycja, ale też pułapka oczekiwań i porównań. Wpatrzona w zdjęcia na Instagramie, zapomniałam, czym jest prawdziwe życie. Prawdziwa miłość to nie zawsze róże i kolacja przy świecach. Czasem to facet, który wraca do domu z papierem toaletowym, bo wie, że się skończył, mimo że sam ledwo trzyma się na nogach ze strachu o zdrowie matki.

Prezent – smartwatcha – wręczyłam mu przy pizzy.

Uśmiechnął się smutno, ale prawdziwie.

– A ja mam dla ciebie tylko to, że jestem – powiedział.

– I to mi wystarczy – odpowiedziałam.

Nie był to happy end z komedii romantycznej. Tamtego wieczoru, siedząc w dresach, czułam się bardziej kochana niż gdyby przyniósł mi tysiąc róż. Zobaczyłam w nim człowieka, a nie rekwizyt do moich marzeń o idealnym związku. Nie dostałam prezentu na Walentynki, ale dostałam lekcję, której nie zapomnę do końca życia.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama