„Nie chcieliśmy odstawać i wybraliśmy się na luksusowe ferie w Alpach. Na własne życzenie wdepnęliśmy w finansowe bagno”
„Jacek spojrzał na mnie wzrokiem, w którym widziałam strach i zmęczenie, ale ja wolałam interpretować to jako wahanie. Naciskałam dalej. Pokazywałam mu zdjęcia hoteli, opowiadałam o tym, jak wspaniale będzie odciąć się od codzienności. W końcu uległ”.

Patrząc na zdjęcia w telefonie, widzę uśmiechniętą rodzinę na tle ośnieżonych włoskich Alp. Wyglądamy jak z reklamy biura podróży, jak ludzie sukcesu, którym niczego nie brakuje. Mój mąż obejmuje mnie ramieniem, dzieci szczerzą zęby w nowych goglach, a słońce odbija się od idealnie przygotowanego stoku. Nikt jednak nie wie, że każdy lajk pod tym zdjęciem na Facebooku kosztował nas spokój ducha na najbliższe dwa lata. To miał być wyjazd marzeń, nasza nagroda za ciężką pracę, a stał się początkiem finansowego koszmaru i cichych dni, które trwają do dziś.
Chciałam dać im wszystko
Zaczęło się niewinnie, jeszcze w listopadzie. Przeglądałam media społecznościowe, pijąc poranną kawę, i czułam narastające ukłucie zazdrości. Kaśka z księgowości już rezerwowała Austrię. Moi kuzyni wybierali się do Francji. Nawet sąsiedzi, którzy rzekomo narzekali na podwyżki czynszu, chwalili się nowym sprzętem narciarskim kupionym dla całej czwórki. A my? My planowaliśmy ferie w domu, ewentualnie jakiś krótki wypad w Beskidy do agroturystyki, którą odwiedzamy od lat.
Czułam się gorsza. To głupie uczucie, wiem, ale w tamtym momencie wydawało mi się, że jeśli nie zabierzemy dzieci w „prawdziwe góry”, to zawiedziemy jako rodzice. Moja czternastoletnia córka, Lena, tylko dolewała oliwy do ognia.
— Mamo, wszyscy z klasy jadą w Alpy albo chociaż do jakiegoś super hotelu ze spa w Polsce — jęczała, przewracając oczami, gdy wspomniałam o naszym ulubionym pensjonacie. — Wstyd mi będzie powiedzieć, że znowu siedzieliśmy u pani Halinki i jedliśmy pierogi.
To zdanie uderzyło mnie mocniej, niż powinnam przyznać. Chciałam dać im wszystko. Chciałam, żeby mieli wspomnienia, jakich ja nie miałam w dzieciństwie. Kiedy wieczorem Jacek wrócił z pracy, postanowiłam poruszyć temat. Był zmęczony, usiadł w kuchni i tępo wpatrywał się w telefon.
— Jacek, a może jednak pojedziemy gdzieś dalej? — zapytałam ostrożnie, stawiając przed nim talerz z kolacją. — Lena marudzi, a Tomek od dawna chciał spróbować jazdy na dłuższych trasach.
Mąż westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią.
— Ewa, rozmawialiśmy o tym. Mamy do zrobienia zawieszenie w aucie, a w marcu kończy się ubezpieczenie. Nie mamy teraz wolnych dziesięciu tysięcy na fanaberie.
— Ale to nie są fanaberie! To czas dla rodziny — upierałam się, czując, jak narasta we mnie frustracja. — Poza tym, nie musimy płacić wszystkiego naraz. Mam kartę kredytową, ty masz ten limit w koncie. Jakoś to spłacimy, przecież oboje pracujemy.
Jacek spojrzał na mnie wzrokiem, w którym widziałam strach i zmęczenie, ale ja wolałam interpretować to jako wahanie. Naciskałam dalej. Pokazywałam mu zdjęcia hoteli, opowiadałam o tym, jak wspaniale będzie odciąć się od codzienności. W końcu uległ. Zgodził się dla świętego spokoju, dla mojego uśmiechu, dla dzieci. Wtedy myślałam, że wygrałam. Dziś wiem, że to był moment, w którym przegraliśmy.
Problemy zostały w Polsce
Wybór oferty był jak trans. Zamiast szukać oszczędności, szukałam standardu. Skoro już jedziemy i się zadłużamy, to niech to chociaż wygląda porządnie. Wybrałam hotel we włoskim regionie Trentino. Cztery gwiazdki, basen, strefa wellness, wyżywienie w cenie. Cena zwalała z nóg, ale tłumaczyłam sobie, że to inwestycja w nasze zdrowie psychiczne. Przeliczyłam euro na złotówki, dodałam koszty paliwa, winiet, karnetów narciarskich i sprzętu, który musieliśmy wypożyczyć na miejscu. Kwota, która wyszła na kalkulatorze, była przerażająca. Przekraczała nasze miesięczne dochody dwukrotnie.
— To szaleństwo — mruknęła moja siostra, Anka, kiedy powiedziałam jej o planach. — Ewa, macie kredyt hipoteczny, rosnące raty. Czy to na pewno dobry moment?
— Przestań mi matkować — ucięłam, czując irytację. — Nie będę całe życie sobie odmawiać. Raz się żyje.
Wypowiedziałam te słowa z taką pewnością siebie, jakbym miała na koncie miliony. Anka tylko pokręciła głową i zmieniła temat, ale widziałam w jej oczach litość. To mnie jeszcze bardziej zmotywowało. Pokażę im wszystkim, że nas stać. Że radzimy sobie świetnie.
Zakupy przed wyjazdem były kolejnym ciosem w naszą kartę kredytową. Lena potrzebowała nowej kurtki, bo stara była „obciachowa”. Tomek wyrósł ze spodni. Ja też chciałam wyglądać dobrze na stoku. Kiedy pakowaliśmy walizki do samochodu, bagażnik ledwo się domykał. Jacek był milczący. Układał torby z precyzją, ale unikał mojego wzroku. Wiedziałam, że się martwi, ale bagatelizowałam to. Przecież jedziemy na wakacje!
Droga była długa i męcząca. Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, widok gór zapierał dech w piersiach. Hotel był piękny, dokładnie taki jak na zdjęciach. Recepcjonistka uśmiechała się szeroko, wręczając nam karty do pokoju. Przez chwilę czułam się jak w bajce. Problemy zostały w Polsce. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Pogoda też nas nie rozpieszczała
Pierwszy zgrzyt pojawił się już przy kolacji. Okazało się, że napoje do posiłków są dodatkowo płatne, i to słono. Kiedy kelner przyniósł rachunek za samą wodę i dwa soki dla dzieci, Jacek spojrzał na kwotę i zacisnął szczękę.
— Dwadzieścia euro za wodę i soki? — szepnął, przeliczając szybko w głowie. — To prawie stówa.
— Jacek, proszę cię, nie przeliczaj — syknęłam, rozglądając się, czy nikt nie słyszy. — Jesteśmy na wakacjach.
Ale on przeliczał. Przeliczał wszystko. Każde espresso na stoku, każdy posiłek w alpejskiej chacie, każdy dodatkowy wydatek. Atmosfera gęstniała z każdym dniem. Zamiast cieszyć się jazdą, czułam presję. Musieliśmy jeździć od otwarcia wyciągów do ich zamknięcia, żeby „wyjeździć” te horrendalnie drogie karnety. Kiedy Tomek marudził, że jest zmęczony i chce wracać do hotelu, denerwowałam się.
— Zapłaciliśmy za to majątek, więc korzystaj! — krzyknęłam na niego trzeciego dnia, kiedy usiadł na śniegu i odmówił dalszej jazdy.
Biedny dzieciak spojrzał na mnie ze łzami w oczach. Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie sumienia, ale szybko je zagłuszyłam. Przecież robiłam to dla nich.
Pogoda też nas nie rozpieszczała. Dwa dni były mgliste i wietrzne. Siedzieliśmy w hotelowym lobby, patrząc na deszcz ze śniegiem za oknem. W głowie miałam tylko jedną myśl: „Płacimy setki euro za siedzenie w pokoju”. To było frustrujące. Lena siedziała z nosem w telefonie, wstawiając zdjęcia z pierwszego, słonecznego dnia, udając przed znajomymi, że bawi się wyśmienicie. Ja robiłam to samo. Kłamałam na Instagramie, że jest cudownie, że ładujemy baterie. W rzeczywistości moje baterie wyczerpywały się w tempie ekspresowym, zjadane przez stres o pieniądze.
Musieliśmy dotrwać do końca
Czwartego dnia postanowiliśmy zjeść obiad w restauracji na szczycie góry. Widoki były obłędne, jedzenie pachniało wspaniale. Zamówiliśmy pizzę, makarony, desery. Chcieliśmy choć przez chwilę poczuć ten włoski luz. Kiedy przyszło do płacenia, Jacek wyciągnął kartę. Kelner z uśmiechem przyłożył ją do terminala.
„Odrzucona” — zaświecił się czerwony komunikat.
Jacek spróbował jeszcze raz. To samo. Zapadła cisza. Czułam, jak gorąco uderza mi do twarzy. Ludzie przy stolikach obok zdawali się patrzeć tylko na nas.
— Spróbuj inną — szepnęłam, czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
— To jest ta inna — odpowiedział Jacek bezbarwnym głosem. — Limit na kredytowej się skończył.
Musieliśmy wyskrobać gotówkę, którą mieliśmy „na czarną godzinę”. Wystarczyło na styk. Wyszliśmy z restauracji w milczeniu. To nie był spacer, to był marsz wstydu. Jacek nie odezwał się do mnie przez kolejne cztery godziny. Wieczorem, kiedy dzieci poszły spać, usiedliśmy na balkonie.
— Ewa, nie mamy już pieniędzy — powiedział spokojnie, co było gorsze niż krzyk. — Jesteśmy w połowie wyjazdu, a wydaliśmy wszystko, co mieliśmy zaplanowane, plus limit na karcie. Jak my wrócimy? Jak zapłacimy za paliwo?
— Użyję karty debetowej, tej z oszczędnościami na remont łazienki — odpowiedziałam cicho, patrząc na ciemne góry, które nagle wydawały mi się wrogie i przytłaczające.
— To miały być pieniądze nietykalne. — Jacek schował twarz w dłoniach. — Rozumiesz, co zrobiliśmy? Przejedliśmy nasze bezpieczeństwo.
Te słowa zawisły między nami jak ciężka mgła. Wiedziałam, że ma rację. Ale co miałam zrobić? Przyznać się do błędu tu i teraz? Spakować się i wyjechać wcześniej? Duma mi na to nie pozwalała. Musieliśmy dotrwać do końca. Udawać przed dziećmi, że wszystko jest pod kontrolą.
Wracaliśmy do rzeczywistości
Reszta wyjazdu była teatrem. Jedliśmy najtańsze kanapki kupowane w supermarkecie w dolinie, ukrywając je w plecakach, żeby nie kupować jedzenia na stoku. Ograniczyliśmy wszelkie dodatkowe atrakcje. Lena była wściekła, że nie pójdziemy na wieczorne lodowisko, a Tomek nie rozumiał, dlaczego tata nagle stał się taki smutny i drażliwy. Droga powrotna była koszmarem. Dwanaście godzin w samochodzie, w którym panowała grobowa cisza. Jacek prowadził, patrząc tępo w asfalt. Ja udawałam, że śpię, żeby nie musieć z nim rozmawiać. Dzieci z tyłu miały słuchawki na uszach, odcięte od napięcia, które wibrowało w powietrzu.
Kiedy przekroczyliśmy granicę Polski, poczułam ulgę, ale i ogromny ciężar. Wracaliśmy do rzeczywistości, która za chwilę miała nas uderzyć z całą mocą. W skrzynce pocztowej czekały rachunki za prąd i gaz — przyszły wyższe, niż zakładaliśmy. Samochód zaczął dziwnie stukać na ostatnich kilometrach autostrady, przypominając o konieczności naprawy, na którą właśnie wydaliśmy pieniądze.
Rozpakowywanie walizek odbywało się w milczeniu. Brudne ubrania lądowały w pralce, narty wędrowały do piwnicy. Patrzyłam na ten sprzęt z nienawiścią. Te kolorowe kurtki, te drogie gogle — nagle stały się symbolami mojej głupoty.
To była tylko iluzja
Od powrotu minęły dwa tygodnie. Jacek wziął nadgodziny w pracy, wraca do domu, gdy dzieci już śpią. Ja staram się gotować z tego, co mamy w spiżarni, żeby jak najmniej wydawać w sklepie. Każde wyjście do skrzynki na listy powoduje u mnie atak paniki. Boję się wyciągu z karty kredytowej. Wiem, jaka kwota tam widnieje, ale zobaczenie jej na papierze sprawi, że stanie się to ostateczne.
Najgorsze jest to, że muszę dalej grać. Wczoraj spotkałam sąsiadkę.
— Ewa, widziałam zdjęcia! Ależ mieliście cudowne ferie! — zachwycała się, trzymając psa na smyczy. — Zazdroszczę, my w tym roku tylko w domu.
Uśmiechnęłam się szeroko, choć czułam, jak drży mi kącik ust.
— Było wspaniale, naprawdę. Niesamowite widoki, pogoda dopisała — kłamałam gładko, jakbym robiła to całe życie. — Warto było.
— No pewnie, wspomnienia są bezcenne — przytaknęła sąsiadka i poszła dalej.
Wspomnienia są bezcenne? Chciałam za nią krzyknąć, że moje wspomnienia mają bardzo konkretną cenę. Cenę odsetek, cenę stresu, cenę małżeńskiego kryzysu. Jacek prawie ze mną nie rozmawia. Śpimy w jednym łóżku, ale dzieli nas przepaść. On liczy, kombinuje, jak załatać dziurę budżetową. Ja żyję w poczuciu winy, które zżera mnie od środka. Wczoraj Lena zapytała, czy w wakacje pojedziemy do Chorwacji, bo „wszyscy jadą”. Spojrzałam na nią i po raz pierwszy nie poczułam chęci spełnienia jej marzenia. Poczułam złość.
— Nie pojedziemy nigdzie — odpowiedziałam ostro, może zbyt ostro. — I nie pytaj mnie o to więcej.
Córka trzasnęła drzwiami. Zostałam sama w kuchni, patrząc na stertę nieopłaconych rachunków leżącą na blacie. Wzięłam do ręki telefon. Na tapecie wciąż miałam to zdjęcie z Alp. Uśmiechnięci, szczęśliwi, na tle idealnego nieba. Usunęłam je. To była tylko iluzja. Prawda wyglądała tak, że staliśmy nad przepaścią, a ja sama nas w nią zepchnęłam. Dziś wieczorem muszę usiąść z Jackiem i spojrzeć prawdzie w oczy. Musimy ustalić plan spłaty, może sprzedać coś z domu, może zrezygnować z korepetycji dla dzieci. Nie wiem, jak to zrobimy. Wiem tylko, że ferie się skończyły, a zima w naszym domu dopiero się zaczyna. I będzie długa, mroźna i bardzo kosztowna.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zimą mam w domu 17 stopni, bo mąż oszczędza na ogrzewaniu. Zdziwił się, gdy sam wpadł w pułapkę własnego skąpstwa”
- „Mąż zdradził mnie z moją przyjaciółką, więc w zemście uwiodłam jej męża. Nie sądziłam, że tak znajdę miłość”
- „Chciałam dla syna jak najlepiej, a on związał się z samotną matką. W naszej rodzinie nie było miejsca na cudze dziecko”

