„Nie byłam zadowolona, gdy córka wysłała mnie do Zakopanego. Ale nawet wśród kiczu na Krupówkach można znaleźć skarb”
„Przez moment pomyślałam, że może dobrze by było się wycofać, zawinąć się, zadzwonić po taksówkę i wrócić, ale nogi same poniosły mnie za panią Teresą, po schodach, przez wąski korytarz pachnący drewnem i ziołami, do pokoju z widokiem na Tatry”.

Tamtego dnia moja córka Kasia siedziała naprzeciwko mnie z wyczekującym spojrzeniem, które znałam aż za dobrze. Oparłam się o krzesło i milczałam. Przede mną, na stole, leżała koperta z bonem do pensjonatu w Zakopanem. Góry, cisza, obcy ludzie.
Dostałam prezent
– Mamo, pojedziesz. Dobrze ci to zrobi – powiedziała, jakby przekonywała mnie do wizyty u dentysty.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł – mruknęłam. – Samotna wycieczka w góry? W moim wieku?
– Nie samotna. Tam są inni ludzie, seniorzy, jak ty. Będziesz miała towarzystwo. Spacery, wycieczki, dobre jedzenie. Odpoczniesz.
Westchnęłam ciężko. Teoretycznie miała rację, ale tylko teoretycznie.
– Kasiu, ja mam swój rytm. Herbatka o dziewiątej, krzyżówki o dziesiątej, serial o siedemnastej. Po co mi jakieś góry?
– Po to, żebyś chociaż raz w roku zrobiła coś dla siebie. My z Tomkiem zrzuciliśmy się na ten wyjazd. Już wszystko zarezerwowane. Tylko pojedź, dobrze?
Popatrzyłam na nią. Chciała dobrze. Ale ja nie chciałam. Od śmierci mojego męża minęło pięć lat, a ja nadal nie nauczyłam się żyć sama. Wciąż wydawało mi się, że zaraz usłyszę szuranie kapci Romana, mimo że już dawno ich nie było w przedpokoju.
Namawiała mnie
Dzieci odwiedzały mnie rzadko, zresztą nigdy nie chciałam być kulą u nogi. Miałam książki, balkon, herbatę i swoje rytuały. I pustkę, której nikt już nie wypełniał.
– To tylko tydzień, mamo – dodała jeszcze Kasia, widząc moją niechęć. – Tydzień zmiany. Może ci się spodoba.
Nie chciałam, naprawdę nie chciałam, ale nie umiałam powiedzieć „nie” tak, żeby mnie uszanowali.
– Dobrze – powiedziałam cicho. – Pojadę.
Przyjechałam do pensjonatu późnym popołudniem. Wysiadłam z busa, który jechał jakimś objazdem, zatrzymując się co chwila przy drogach prowadzących donikąd. Właścicielka, pani Teresa, przywitała mnie serdecznie.
– Pokój z balkonem – oznajmiła z uśmiechem. – Na trzecim piętrze, trochę schodów, ale widok wart każdego kroku.
Przez moment pomyślałam, że może dobrze by było się wycofać, zawinąć się, zadzwonić po taksówkę i wrócić, ale nogi same poniosły mnie za panią Teresą, po schodach, przez wąski korytarz pachnący drewnem i ziołami, do pokoju z widokiem na Tatry.
Czułam się obco
Rano obudziłam się z bólem karku i poczuciem, że zrobiono mi psikusa. Zasłony przepuszczały ostre światło, które wbijało się w oczy bez litości. Po śniadaniu, które zjadłam w milczeniu, razem z grupą innych kuracjuszy wyruszyliśmy na spacer. Pani Teresa wyposażyła nas w kijki, jakbyśmy mieli zdobywać Giewont.
Szliśmy gęsiego, niby razem, ale każdy osobno. Ja trzymałam się z tyłu. Nie miałam ochoty na rozmowy. Las pachniał intensywnie, śnieg skrzypiał pod nogami, a w powietrzu czuć było mróz. I wtedy go zauważyłam. W pewnym momencie znaleźliśmy się obok siebie, jakby tak wyszło, bez ustaleń.
– Pierwszy raz tu jestem – odezwałam się, nie patrząc na niego.
– Ja też – odpowiedział.
Nie wiem, czemu wyłowiłam go z tej grupy. Może dlatego, że nie śmiał się głośno, nie udawał nikogo innego. Wydał mi się równie nieprzystosowany jak ja. Jakby ktoś nas wrzucił do tej samej opowieści, choć każde przyszło z innej bajki. Resztę spaceru przeszliśmy obok siebie, bez słowa.
Nie byłam już sama
Drugi dzień zaczął się od opadów drobnego śniegu. Śniadanie zjadłam szybciej niż zwykle. Nikt się nie spieszył, a jednak wszyscy wyglądali, jakby czekali na jakiś sygnał, żeby się rozproszyć po kątach. Ja poszłam do salonu. Kusił mnie widok kominka i ciepła herbata. Wzięłam kubek i usiadłam w fotelu pod oknem. Po chwili zjawił się on. Nie wyglądał na zdziwionego moją obecnością, raczej jakby się tego spodziewał. Miał w ręce książkę. Usiadł naprzeciwko. Cisza między nami była znajoma, nie drażniła.
– Miałam nie przyjeżdżać – powiedziałam w końcu.
Spojrzał na mnie.
– Ja też – odpowiedział. – Dzieci wymyśliły, że dobrze mi to zrobi.
– U mnie tak samo – przytaknęłam.
Rozmawialiśmy o pogodzie, o górach, o dzieciach, o tym, co się robi, kiedy człowiek zostaje sam. Bez patosu, normalnie. Słowa płynęły, jakbyśmy znali się od dawna. Czas się rozciągnął. Ogień przygasł, a ja nie miałam ochoty wstawać.
Myślałam o nim
Dopiero kiedy zegar wybił dwudziestą drugą, podniosłam się z fotela.
– Pójdę już – powiedziałam.
– Dobranoc, pani…
– Krystyna – odparłam.
– Ludwik – uśmiechnął się lekko. – Dobranoc, Krystyno.
Nocą długo nie mogłam zasnąć. Leżałam w łóżku, patrząc w sufit. W głowie układałam jego słowa. Nie powiedział nic niezwykłego, ale to, jak słuchał, jak milczał… To było nowe. Kolejnego dnia nie padało, ale niebo było szare, jakby przyklejone do szczytów.
Zamiast iść z grupą, poszłam na taras. Chciałam pobyć sama, a jednocześnie nie wracać do pokoju, który zaczynał mi się kojarzyć z bezruchem. Usiadłam przy stoliku, owinęłam się kocem. Po kilku minutach pojawił się Ludwik. Bez słowa usiadł obok. Przyniósł dwie kawy. Nie zapytał, czy chcę, po prostu postawił filiżankę na stole.
Rozumieliśmy się
Siedzieliśmy długo. Byliśmy jak para starych znajomych, choć tak niewiele o sobie wiedzieliśmy.
– Dziwne to wszystko – powiedziałam w końcu.
– Ale może nieprzypadkowe – odparł cicho.
Spojrzałam na niego. Jego twarz była spokojna, oczy skupione. Nie mówił więcej, nie rozwijał myśli. To jedno zdanie zawisło między nami i nie potrzebowało dodatków. Upiłam łyk kawy. Była lekko gorzka, taka, jak lubię. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie miałam potrzeby szukać słów, zresztą… jakie słowa oddałyby to, co wtedy poczułam? Bo kto by pomyślał, że mogę znów poczuć coś takiego?
W drodze powrotnej do domu patrzyłam przez okno na krajobrazy, które przemykały za szybą, aż zaczęły się rozmywać w codzienność. Gdy dojechałam pod blok, gdzie mieszkam, wzięłam walizkę i ruszyłam po schodach, mimo że działała winda. Chciałam poczuć zmęczenie.
Usiadłam w fotelu, włączyłam radio. Ten sam głos, te same wiadomości. I nagle uderzyło mnie, jak bardzo tu cicho, jakby ktoś wyłączył nagle dźwięki. Zaparzyłam herbatę, ale nie smakowała jak tamta przy kominku.
Spotkałam go
Wieczorem spojrzałam na telefon. Byłam tam wiadomość od Ludwika: „Czy możemy się jeszcze kiedyś zobaczyć?”. Trzymałam telefon w dłoni, jakby był czymś bezcennym. W końcu napisałam: „Tak. Bardzo bym chciała”.
Przyjechał do mnie w sobotę przed południem. Czekałam na niego na peronie. Wysiadł z pociągu z małą torbą w ręku. Nie wyglądał inaczej, ale wydawał się pewniejszy. Ja byłam zdenerwowana i nie chciałam, żeby to było widać.
– Dobrze cię widzieć – powiedział, gdy stanął przede mną.
– Ciebie też – odpowiedziałam.
Zrobiłam obiad. Rozmawialiśmy długo, trochę jakbyśmy chcieli nadrobić czas. Potem poszliśmy na spacer po moim osiedlu – ot, stare bloki, parę drzew, zamarznięta kałuża, a jednak czułam, że nie jestem już sama. Tydzień później pojechałam do niego. Mieszkał na obrzeżach miasta, w starym domu, który pachniał książkami, kurzem i kawą. Powiedział, że nie sprzątał specjalnie, bo chciał, żebym zobaczyła go takim, jakim jest. Zostałam do poniedziałku.
Od tamtej pory widywaliśmy się co tydzień – raz u mnie, raz u niego. Chodziliśmy razem na zakupy, gotowaliśmy, oglądaliśmy wiadomości i kłóciliśmy się o politykę. Rankiem robił dla nas jajka na miękko, wieczorem przynosił mi herbatę. Patrzyłam na niego i myślałam: „A więc tak może wyglądać codzienność w kwiecie wieku”.
Krystyna, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż traktuje moją wypłatę jak swoje pieniądze. Szasta nią na lewo i prawo, a mi z łaską daje jakieś nędzne grosze”
- „Wspinałam się po szczeblach kariery, a mąż tylko patrzył z zazdrością. Przez kasę nasz związek runął jak domek z kart”
- „Wszyscy ostrzegali mnie przed lowelasem z sanatorium. Ale co zrobić, jak serce nie sługa i na stare lata łaknie miłości”

