„Nie byłam szczęśliwa w związku, ale nie chciałam być sama. Gdy w walentynki szef wyznał mi miłość, zaczęły się kłopoty”
„O 20 zostaliśmy tylko my – ja, Adrian i ochroniarz na dole, który pewnie oglądał serial na telefonie. Siedziałam przy swoim biurku, stukając w klawiaturę, ale moje myśli krążyły wokół przeszklonego gabinetu szefa”.

Nigdy nie byłam typem romantyczki, która wzdycha do wystaw z biżuterią. Walentynki w naszej agencji reklamowej to był po prostu kolejny dzień, w którym deadline’y goniły nas jak wściekłe psy, a klienci oczekiwali cudów „na wczoraj”. Tyle że tego dnia powietrze było gęste. Recepcjonistki chichotały nad bukietami róż, które kurierzy znosili od rana masowo, jakby miasto nagle zdecydowało się przeprosić za smog zapachem kwiatów.
Nie byłam szczęśliwa
Ja miałam Tomka. Tomek był… bezpieczny. To chyba najlepsze słowo. Był jak ciepła owsianka w zimny poranek – zdrowy, rozsądny i śmiertelnie nudny. Wiedziałam, że w domu czeka na mnie kolacja przy świecach (kupnych, z supermarketu), wino (półsłodkie, którego nie lubię) i on, w wyprasowanej koszuli, patrzący na mnie tym swoim wzrokiem wiernego labradora.
Czułam się winna, myśląc o tym w ten sposób. Ale o 9 rano, wjeżdżając windą na nasze piętro, nie myślałam o Tomku. Myślałam o Adrianie. O moim szefie, człowieku, który wchodząc do pomieszczenia, sprawiał, że temperatura spadała o kilka stopni, a tętno wszystkich obecnych – zwłaszcza moje – niebezpiecznie przyspieszało.
Adrian był typem mężczyzny, którego nie powinno się lubić. Arogancki, wymagający, o ostrej jak brzytwa inteligencji, która potrafiła wypatroszyć twój pomysł w trzy sekundy. Był perfekcyjny w swoim garniturze szytym na miarę, pachnącym nutami drzewa sandałowego i surowej skóry. Tego ranka wezwał mnie do siebie.
– Luiza – powiedział, nie podnosząc wzroku znad komputera. – Ten brief dla klienta farmaceutycznego to jest żart?
Dostałam upomnienie
Zamarłam. Spędziłam nad tym trzy noce.
– Słucham? – wydusiłam, czując, jak dłonie zaczynają mi się pocić.
Podniósł wzrok. Jego oczy przewiercały mnie na wylot. Nie było w nich złości, było coś gorszego. Rozczarowanie.
– To jest poprawne, bezpieczne. Nudne – wstał i podszedł do okna. – Zatrudniłem cię, bo masz pazur, a ty mi przynosisz… – machnął ręką w stronę wydruku – …laurkę. Dziś Walentynki. Ludzie chcą emocji, namiętności, strachu przed utratą.
Podeszłam bliżej, czując przypływ irytacji.
– To branża medyczna. Są regulacje prawne – broniłam się, choć mój głos drżał.
Odwrócił się gwałtownie.
– Chcę, żebyś to przepisała od nowa. Do jutra rana ma być gotowe. Zostajemy dzisiaj, dopóki tego nie naprawisz.
– Dzisiaj? – zapytałam głupio. – Ale dzisiaj są…
– Walentynki? – Uniósł brew, a kącik jego ust drgnął w cynicznym uśmieszku. – A masz jakieś plany, które są ważniejsze niż twoja kariera? Bo jeśli tak, droga wolna. Kaśka chętnie przejmie ten projekt.
Wiedział, co robił
Wiedział, że Kaśka tylko czeka na moje potknięcie. Wiedział też, że jestem chorobliwie ambitna. I wiedział – jestem o tym przekonana – że w głębi duszy wolę zostać tutaj, z nim, w tym toksycznym napięciu, niż wracać do bezpiecznego Tomka.
– Zostaję – powiedziałam twardo.
Wyszłam z jego gabinetu na miękkich nogach. W toalecie oparłam czoło o zimne lustro. „Co ty robisz, idiotko?” – pytałam samą siebie. Wyciągnęłam telefon. Wiadomość od Tomka: „Kupiłem twoje ulubione tiramisu. Czekam o 19. Kocham Cię, Misiu”.
Poczułam fizyczny ból w żołądku. „Misiu”. Nienawidziłam tego zdrobnienia. Brzmiało jak nazwa pluszowej zabawki, którą można odstawić na półkę. Odpisałam szybko, bez zastanowienia, jakbym zrywała plaster: „Kochanie, przepraszam. Katastrofa w pracy. Szef kazał wszystko pisać od nowa. Będę późno w nocy. Nie czekaj. Przepraszam”. Wysłałam. Czułam się podle, ale jednocześnie poczułam ulgę, ekscytację, że to jeszcze nie koniec dnia. Że prawdziwa gra dopiero się zaczyna.
Chciałam zostać
Reszta dnia minęła w gorączce. Zespoły wychodziły jeden po drugim. Kobiety poprawiały makijaż w windach, mężczyźni nerwowo sprawdzali rezerwacje w restauracjach. Biuro pustoszało. Zgasły główne światła, zostały tylko te nastrojowe, punktowe lampki przy biurkach i poświata miasta wpadająca przez szklane ściany.
O 20 zostaliśmy tylko my – ja, Adrian i ochroniarz na dole, który pewnie oglądał serial na telefonie. Siedziałam przy swoim biurku, stukając w klawiaturę, ale moje myśli krążyły wokół przeszklonego gabinetu szefa. Drzwi były uchylone. Widziałam go. Zdjął marynarkę, podwinął rękawy białej koszuli. Poluzował krawat. Wyglądał jak model z reklamy, zmęczony, ale wciąż władczy. O 22:15 wstał i wyszedł z gabinetu. W ręku trzymał dwie szklanki i butelkę. Nie pytał. Po prostu postawił szklankę na moim biurku i nalał.
– Jestem w pracy, szefie – powiedziałam.
– Jesteś po godzinach. I przestań mnie nazywać szefem, kiedy jesteśmy sami.
Zarumieniłam się. Spuściłam wzrok na dokumenty.
– Skończyłam zarys nowej strategii. Jest bardziej… emocjonalna. Agresywna.
– Nie interesuje mnie teraz strategia – przerwał mi. – Interesuje mnie, dlaczego tu jesteś.
Coś się zmieniło
– Bo kazałeś mi zostać – odpowiedziałam hardo, patrząc mu w oczy.
– Luiza… – jego głos stał się niższy, bardziej aksamitny. – Mogłaś wyjść. Mogłaś powiedzieć, że masz randkę, ale tego nie zrobiłaś. Dlaczego?
Atmosfera zgęstniała tak bardzo, że niemal trudno było oddychać. Czułam się jak zwierzę zapędzone w kozi róg, ale paradoksalnie, chciałam w tym rogu być.
– Bo zależy mi na tej pracy – skłamałam. To była półprawda.
Pochylił się w moją stronę. Oparł dłonie o blat, zamykając mnie w pułapce swojego ciała. Jego twarz była centymetry od mojej. Widziałam drobne zmarszczki wokół jego oczu, widziałam pulsowanie żyły na jego szyi.
– Kłamiesz – szepnął. – Jesteś tu, bo to, co masz tam, na zewnątrz, ci nie wystarcza.
To było uderzenie prosto w splot słoneczny. Bezczelność tego stwierdzenia odebrała mi mowę. Chciałam go spoliczkować. Chciałam go pocałować. Nie zrobiłam ani jednego, ani drugiego.
– Jesteś arogancki – wydusiłam, a głos mi się łamał.
– Jestem – przyznał bez cienia skruchy. – Ale to nie zmienia faktu, że mam rację.
Miał rację
Przez chwilę trwaliśmy w bezruchu. Cisza biura była ogłuszająca. Tylko szum klimatyzacji i moje przyspieszone oddechy.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zaczął nagle, zmieniając ton na dziwnie smutny, niemal rezygnując z ataku. Wyprostował się i przetarł twarz dłonią. Wyglądał nagle na starszego, bardziej zmęczonego człowieka, a nie boga korporacji. – Że ja też tu jestem. Mam pusty dom, mam pieniądze, pozycję, ludzi, którzy się mnie boją i w Walentynki siedzę tutaj, dręcząc najzdolniejszą pracownicę, jaką mam, tylko po to, żeby nie być samemu.
Spojrzałam na niego zszokowana. To był pierwszy raz, kiedy pokazał cokolwiek innego niż cynizm i profesjonalizm.
– Dlaczego mi to mówisz? – zapytałam cicho.
Znów na mnie spojrzał.
– Bo mam dość udawania, że cisnę cię w pracy tylko z powodów merytorycznych – powiedział. – Od sześciu miesięcy, kiedy wchodzisz do sali konferencyjnej, zapominam języka w gębie, więc staję się jeszcze bardziej wredny, żeby to ukryć.
Zatkało mnie. Świat się zatrzymał. Mój szef, mój niedostępny, genialny szef właśnie wyznał mi… Miłość?
– Adrian… – zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. – Ja mam…
Nie mogłam uwierzyć
– Wiem, co masz – przerwał ostro. Zrobił krok w moją stronę. – Masz faceta, który pewnie jest miły. Który kupuje ci pluszaki, ale czy on sprawia, że czujesz, że żyjesz? Czy on rzuca ci wyzwania?
Wstałam z fotela jak w transie. Byliśmy teraz tak blisko, że nasze ciała się stykały. Czułam ciepło bijące od jego klatki piersiowej. Moja moralność krzyczała: „Uciekaj! To zdrada! To koniec twojej kariery!”, ale moje ciało krzyczało coś zupełnie innego.
– Nie powinieneś… – wyszeptałam, patrząc na jego usta.
– Wiem – mruknął. – Powinienem cię zwolnić, żeby móc się legalnie z toba spotykać, ale jestem zbyt samolubny, żeby stracić cię jako pracownika. I zbyt szalony na twoim punkcie, żeby ci tego nie powiedzieć.
To była chwila prawdy. Wystarczył jeden ruch, jedno słowo sprzeciwu, a on by się wycofał. Znałam go na tyle, by wiedzieć, że nie przekroczy granicy siłą. On czekał na przyzwolenie. Czekał, aż ja zrobię ten krok w przepaść. Pomyślałam o Tomku. O stygnącym gulaszu, o jego dobroci i poczułam nagłą falę wściekłości – na siebie, na niego, na to, że życie jest tak skomplikowane.
– Nie jestem twoją zabawką – powiedziałam, ale nie odsunęłam się.
Chciałam tego
– Nigdy tak o tobie nie myślałem – odpowiedział szczerze, przysuwając usta do mojego ucha. – Myślę o tobie jak o równorzędnym partnerze. Kocham cię. W ten pokręcony sposób, na jaki stać kogoś takiego jak ja. Nie wiem, co z tym zrobisz, ale musiałem to powiedzieć, zanim zwariuję w tym akwarium.
„Kocham cię”. Te dwa słowa zawisły w powietrzu jak wyrok. To nie był flirt. To nie była propozycja jednorazowa. To było wyznanie, które zmieniało wszystko. Relacja szef-pracownik przestała istnieć. Jeśli odrzucę go teraz – praca stanie się piekłem. Jeśli go przyjmę – stanę się tą, która sypia z szefem, a moje osiągnięcia przestaną mieć znaczenie, ale w tamtej chwili logika nie działała.
Chwyciłam go za koszulę i przyciągnęłam do siebie. Smakował kawą i desperacją. Liczył się tylko ten ogień, który trawił nas oboje. W tamtym momencie, w półmroku biura, z widokiem na rozświetloną Warszawę, zdradziłam Tomka. Zdradziłam swoje zasady. Zdradziłam profesjonalizm, na który pracowałam latami. Kiedy w końcu się od siebie oderwaliśmy, rzeczywistość uderzyła we mnie jak pociąg towarowy. Adrian poprawił koszulę, patrząc na mnie.
– Zawiozę cię do domu – powiedział.
Miałam wyrzuty sumienia
Jego głos wrócił do normy, był spokojny, opanowany. Jakby przed chwilą nie wywrócił mojego świata do góry nogami.
– Nie – warknęłam, gorączkowo szukając torebki. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Co ja narobiłam? – Zamówię Ubera.
– Luiza, poczekaj… – wyciągnął rękę, ale cofnęłam się.
– Nie dotykaj mnie. Muszę… pomyśleć. To jest… to jest chore.
Spojrzał na mnie smutno.
– Miłość w naszej branży zawsze jest trochę chora, ale to nie znaczy, że nie jest prawdziwa.
Wyszłam z biurowca, trzęsąc się z zimna i emocji. W taksówce płakałam. Nie z żalu za Tomkiem – co było straszne – ale ze strachu. Wiedziałam, że jutro rano nie będę mogła wejść do tego biura i spojrzeć Adrianowi w oczy jak pracownik.
Wróciłam do domu o 1 w nocy. Tomek spał na kanapie, przy włączonym telewizorze. Na stole stały wypalone świece i nietknięte jedzenie. Wyglądał tak niewinnie. Tak czysto. Stałam nad nim, czując na sobie zapach perfum Adriana, czując mrowienie w ciele, które wciąż pamiętało dotyk szefa. Czułam się brudna, a jednocześnie – po raz pierwszy od lat – czułam, że żyję.
Nie wiedziałam, co dalej
Następnego dnia rano złożyłam wypowiedzenie. Nie mogłam tam zostać. Nie po tym, co się stało. Nie po tym, jak usłyszałam „kocham cię” od faceta, który powinien mnie tylko oceniać w rocznej ankiecie pracowniczej. Adrian nie przyjął wypowiedzenia. Podarł je na moich oczach, zamykając drzwi gabinetu.
– Ucieczka to tchórzostwo – powiedział wtedy. – A ty nie jesteś tchórzem. Zostaniesz. I poradzimy sobie z tym. Albo razem, albo… zobaczymy.
Od tamtych Walentynek minęły trzy miesiące. Nadal pracuję w agencji. Nadal jestem z Tomkiem, choć każdy dzień to kłamstwo, które pożera mnie od środka. Nadal sypiam z Adrianem w biurze po godzinach, udając, że pracujemy nad ważnymi projektami. To nie Adrian zniszczył mi życie. Ja sama pociągnęłam za spust. On tylko podał mi broń. Najgorsze jest to, że gdybym mogła cofnąć czas do tamtego wieczoru, do tamtego zapachu perfum i jego dłoni… zrobiłabym to jeszcze raz.
Luiza, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamówiłam pizzę na obiad, a wtedy mąż się wściekł. Prawdziwy powód złości poznałam dopiero przy deserze”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”
- „Delegacja we włoskich Alpach była bardzo owocna. Mąż na pamiątkę z wyjazdu musi poczekać 9 miesięcy”

