„Nasze dziecko musiało umrzeć, żeby mąż zrozumiał swój błąd i do mnie wrócił. Nie potrafię go kochać za taką cenę"
Nie byłam na jej pogrzebie. Trafiłam do szpitala w stanie ciężkiego załamania nerwowego. Muszę pogodzić się ze śmiercią mojego jedynego dziecka, ale nie wiem, jak tego dokonam. Wciąż biorę leki, lecz nie tak silne, by mogły wymazać ból...

Lilka płakała, bolała ją głowa. Potem doszły mdłości i problemy z równowagą. Mimo to się nie bałam, myślałam: dzieci chorują, to normalne. Jednak pani doktor była zaniepokojona. Powiedziała, że nie wie, co dolega małej, że to wcale nie musi być nic poważnego, ale lepiej dmuchać na zimne i to sprawdzić.
A więc: badania, badania i kolejne badania.
Lekarze szybko zdecydowali, że należy przeprowadzić szczegółowe badania mózgu
Zlecono rezonans, tomografię, badanie płynu mózgowo-rdzeniowego... i już nie mogłam się łudzić, że to nic poważnego. Jednak diagnoza i tak mnie zdruzgotała: nieoperacyjny guz mózgu. Kiedy to usłyszałam, zemdlałam. Bez końca zadręczałam się pytaniami. Czemu nie mogę ochronić mojej córeczki? Co ze mnie za matka? Czemu Bóg tak okrutnie mnie ukarał? Za jakie grzechy?
Szpitalna pani psycholog tłumaczyła, że nie mogę tak myśleć. Mówiła dużo mądrych rzeczy, które kompletnie do mnie nie trafiały. Wszystkie jej słowa odbijały się od mojego umysłu jak od pancernej tarczy – rozpacz i szok uniemożliwiały mi normalne myślenie. Zanim Lilka zachorowała, byłam w nieoficjalnej separacji z mężem. To on odszedł – do innej kobiety.
Jednak kiedy nasza córka trafiła do szpitala, Łukasz do nas wrócił. Nie pytałam go, czy na zawsze. Czy może poprosił tamtą drugą, żeby na niego poczekała, aż… Nie pytałam. Był cały czas przy nas, przy swojej dawnej rodzinie, w dzień i w nocy. Rozbawiał Lilkę, a mnie pocieszał.
Nie natchnął mnie optymizmem, ale i tak byłam mu wdzięczna – za jego obecność, za starania. Choroba Lilki rozwijała się szybko: jeszcze niedawno roześmiana, żywiołowa dziewczynka z każdym dniem, z każdą godziną zmieniała się w cień. Wenflon w przegubie – obce ciało, nienaturalne i wrogie. Niekończące się kroplówki i tabletki wywołujące skutki uboczne. Lili często wymiotowała.
Chudła w oczach, ale jej buzia zaokrągliła się od przyjmowania leków sterydowych. Wypadły jej włosy, te prześliczne, anielskie loczki. Z łysą, zbyt dużą w stosunku do wątłego ciałka głową przypominała bajkowego ufoludka.
Raz, kiedy siedziałam półprzytomna ze zmęczenia przy jej łóżeczku, ujrzałam w niej niemowlę, którym była nie tak dawno temu: te same wielkie oczy, pucułowate policzki i łysa główka. Zapragnęłam cofnąć czas do tamtych chwil, kiedy byłyśmy obie w szpitalu zaraz po porodzie, kiedy dopiero się poznawałyśmy.
Czy teraz zaczynamy się żegnać?
Nie chcę! Boże, nie chcę… Błagam cię, nie zabieraj mi jej. Lilusia przestała też mówić. To nie stało się nagle. Najpierw przestała szczebiotać o byle czym, a ja wyrzucałam sobie, jak mogło mnie to jej ćwierkanie kiedyś choć przez moment drażnić, no jak.
Potem odpowiadała tylko na pytania monosylabami. A na koniec zamilkła całkowicie. Kręcenie głową, gestykulacja, mimika – tylko w ten sposób się z nami porozumiewała. Dlaczego serce mi nie pękło? Jakim cudem byłam w stanie znosić, czego nie dawało się znieść? Odpowiedź jest oczywista: żeby z nią być.
Jak źle by nie było, ona wciąż oddychała. Nie odchodź, córeńko, prosiłam. Bez ciebie nie ma dla mnie świata, nie ma dla mnie życia, nie ma nic. Nie odchodź. Moi rodzice przyjechali i zamieszkali w naszym domu, bo stał pusty. Łukasz tak jak ja mógł spać w szpitalnym pokoju.
Dziadkowie przychodzili co dzień z prezentami i smakołykami. Dieta malutkiej była mocno ograniczona, ale moja mama potrafiła tak przyrządzić pieczone jabłko, że wydawało się deserem z królewskiego stołu. Niestety Lilka nie miała apetytu. Nie miała też sił, lecz wciąż tliła się w niej iskierka radości życia, której choroba nie dała rady zagasić.
Kiedy mój tata opowiadał, gdzie pojedziemy na wakacje, oczy Lilusi błyszczały zapałem. Kiedy moja mama śpiewała jej kołysanki – uśmiechała się. Ale nawet ukochani dziadkowie nie potrafili sprawić, żeby się odezwała.
Lekarze przygotowywali mnie na najgorsze
Mówili: „szanse są niewielkie, pozostaje pani nadzieja na cud”. Modliłam się codziennie. Boże, błagam, ocal ją. Targowałam się z Nim, szafowałam obietnicami. Jeżeli sprawisz ten cud, już nigdy na nią nie krzyknę, zrobię coś dobrego dla innych, pozwolę Łukaszowi odejść. Wszystko za jej życie. Dam Ci wszystko, więc jej nie zabieraj, bo nigdy Ci nie wybaczę. Znienawidzę Cię, groziłam. I przestanę w Ciebie wierzyć.
Kiedy maleńka zasypiała, wsłuchiwałam się w jej cichy oddech. Trzymałam w dłoni jej malutką rączkę. Całowałam bledziutkie czoło. Stawała się podobna do papierowej lalki. Codziennie po trochu odchodziła, a ja się przeciw temu buntowałam. Wychodziłam do łazienki, żeby nikt nie widział moich łez, zatykałam sobie usta ręcznikiem, żeby zagłuszyć krzyk rozpaczy.
Nie da się pożegnać największej miłości życia
Nocami, czuwając przy łóżku Lilki, szeptałam bez końca: nie pozwolę ci odejść, nie możesz odejść, nie zostawiaj mnie! A ona rzucała się przez sen, jęczała. Wiedziałam, że cierpi, pomimo ton leków. Czy jeśli pogodzę się z sytuacją i będę spokojniejsza, jakoś jej pomoże?
Znałam odpowiedź. Wiedziałam, że powinnam być silna. Dla niej. Ale to było takie trudne, tak bardzo trudne. Któregoś dnia Lilka wyjątkowo dobrze się poczuła i zabrałam ją na krótki spacer do szpitalnego parku. Wyniosłam ją na słońce, żeby piękno świata zagłuszyło choć na chwilę ból. Mój, jej, nasz. Zrywałam stokrotki i plotłam z nich wianek dla mojej księżniczki. Nagle na żółtym mleczu, który Lili trzymała w rączce, usiadł biały motyl.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha, a mnie klucha utkwiła w gardle. Gdyby była zdrowa, na pewno rzuciłaby się w stronę bielinka, próbując go złapać i krzycząc na cały głos:
– Tyjek, tyjek!
A ja bym ją poprawiła:
– Nie „tyjek”, tylko: „motylek”. Tyjek to raczej mamusia. Od kiedy cię urodziłam, nic tylko tyje i tyje...
Łukasz by się wtedy roześmiał, a mała by mu zawtórowała, chociaż nie miałaby pojęcia, co ją rozbawiło. Kiedyś byliśmy taką szczęśliwą rodziną, pomyślałam z goryczą. Mama, tata i ich córeczka. Potem los odebrał mi miłość męża, a za chwilę odbierze mi także ukochane dziecko. Z oczu popłynęły mi łzy. Opuściłam głowę, żeby Lila ich nie widziała. Wpatrywałam się w ziemię, starając się nie rozszlochać. Naraz poczułam dotyk jej chłodnych paluszków na swojej dłoni.
– Mamusiu, nie smutkuj się – poprosiła cicho.
Odzyskała głos! Dopiero kiedy usłyszałam ten jej cieniutki, drżący, lekko piskliwy głosik, zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi go brakowało. Wzięłam Lilusię w ramiona, przytuliłam mocno i obsypałam jej twarz pocałunkami. Potem wyciągnęłam telefon i wysłałam esemesa do mamy, taty i Łukasza: Lili znowu mówi!!!
Kiedy wróciłyśmy ze spaceru do szpitalnego pokoju, już tam byli i na nas czekali – dziadkowie i tata przylecieli jak na skrzydłach, by świętować, że Lila się odezwała. Tego dnia moja córeczka rozmawiała z nami aż do wieczora. Kilka razy się roześmiała i nawet zaśpiewała nam jedną zwrotkę piosenki o kotku.
To był najszczęśliwszy, najbardziej wzruszający dzień mojego życia
Tydzień później stan Lili radykalnie się pogorszył. Po kolejnych trzech dobach zmarła. Nie byłam na jej pogrzebie. Trafiłam do szpitala w stanie ciężkiego załamania nerwowego.
Nie pamiętam większości z tego, co działo się po śmierci mojej córeczki. Tylko jakieś niewyraźne strzępki obrazów: uderzam głową o ścianę, Łukasz odciąga mnie za ramiona, moja mama z twarzą we łzach, obgryzione do krwi paznokcie mojego taty.
Teraz odzyskuję świadomość i jest to dla mnie prawdziwym przekleństwem. Wciąż biorę leki, lecz nie tak silne, by mogły mnie zamroczyć i wymazać ból. Każdej nocy śni mi się, że bawię się z Lilusią. Każdego ranka, kiedy się budzę, spada na mnie jak lodowaty wodospad świadomość, że jej już nie ma i nigdy nie wróci, że odeszła na zawsze.
Muszę pogodzić się ze śmiercią mojego jedynego dziecka. Nie wiem, jak tego dokonam. Brak mi sił, ale do walki motywują mnie słowa Lili, które wypowiedziała w szpitalnym ogrodzie:
– Mamusiu, nie smutkuj się.
A Łukasz? Chce być ze mną, lecz kazałam mu odejść. Powiedział, że poczeka, że będzie na mnie czekał do skutku. Mówi, że mnie kocha i że powinniśmy spróbować jeszcze raz, że Lilka by tego chciała. Może jest szczery, a może robi to z litości. To dobry człowiek, który nie chce zostawić matki swojego zmarłego dziecka w piekle utraty sensu życia.
A może naprawdę mnie kocha? Może zrozumiał to dopiero wtedy, gdy odszedł? Dla mnie to już bez znaczenia, już za późno. Moja miłość do niego umarła wraz z naszą córeczką. Jeśli Lilka musiała zachorować, by mógł zrozumieć, co jest dla niego najważniejsze, to nie chcę, nie potrafię go kochać, nie za taką cenę. On w nas wierzy i się nie poddaje. Zabronić mu nie zabronię…
Czytaj także:
„Nasz syn ma firmę budowlaną. Wstyd nam we wsi, bo wyzyskuje ludzi, zatrudnia na czarno bez umowy i ubezpieczenia”
„Czułem się jak król życia. Piłem, ćpałem, zmarnowałem karierę i zniszczyłem małżeństwo. Zawiodłem też córki”
„Przyjaciółka dała się omamić narcyzowi i teraz płacze mi w ramię. Uwiódł ją, a potem szybko zajął się kolejną pięknością"

