„Nasza miłość już marny teatr. W walentynki odgrywaliśmy swoje role, by nikt nie zorientował się, że to koniec spektaklu”
„Do mieszkania wróciliśmy późnym wieczorem. Drzwi zamknęły się za nami bez trzasku, bez słów, bez spojrzeń. Iwona zdjęła buty, odwiesiła płaszcz i od razu poszła do kuchni, jakby każdy jej ruch był zaplanowany jeszcze przed wyjściem od mojej matki. Usiadłem na kanapie i przez chwilę słuchałem ciszy, która znów stała się naszym wspólnym językiem”.

Od dawna żyliśmy obok siebie, a nie ze sobą. Dni mijały nam w rytmie uprzejmych zdań, wspólnych obowiązków i ciszy, która bolała bardziej niż kłótnie. Każdy chłodny gest Iwony tłumaczyłem zmęczeniem, każdą jej nieobecność — pracą. W końcu tak się czasem dzieje, gdy lata upływają i nie dochodzi do żadnego przełomu. Przed rodziną graliśmy szczęście, bo bałem się ich rozczarowania i jeszcze bardziej własnego lęku, że bez tej iluzji nie zostanie już nic.
Nawet się nie zawahała
Walentynki miały być tylko kolejnym dniem udawania, ale od rana czułem napięcie w karku, jak przed występem, do którego nie było prób. Iwona krzątała się po mieszkaniu spokojna, skupiona, niemal przesadnie opanowana. Wybrała elegancki sweter, poprawiła włosy i spojrzała na mnie z tym samym uśmiechem, którym częstowała ostatnio wyłącznie obcych.
— Gotowy? — zapytała rzeczowo, jakby chodziło o wyjście do sklepu.
— Tak… jasne — odpowiedziałem, choć w środku wszystko miałem rozedrgane.
U mojej matki pachniało domowym ciastem i oczekiwaniami. Helena przywitała nas z rozpromienioną twarzą, objęła Iwonę dłużej niż mnie, jakby chciała się upewnić, że wszystko jest na swoim miejscu.
— Jak wy pięknie wyglądacie — westchnęła. — Aż mi serce rośnie.
Iwona ścisnęła moją dłoń. Delikatnie, idealnie w punkt. Wiedziała, kiedy to zrobić. Wiedziała, kto patrzy.
— To dla ciebie, mamo — powiedziała, wręczając jej drobny upominek. — Walentynki to przecież święto miłości, prawda?
Skinąłem głową i uśmiechnąłem się, choć czułem, że gram rolę samego siebie sprzed lat. Przy stole siedział też Radosław. Przyglądał nam się uważniej niż inni, bez zachwytu, raczej z niepokojem.
— Długo razem planowaliście ten dzień? — zapytał nagle.
Iwona nawet się nie zawahała.
— Trochę — odparła. — Chcieliśmy, żeby było miło.
Spojrzała na mnie, a ja potwierdziłem skinieniem, choć nie pamiętałem żadnych planów. Były zdjęcia, śmiech, komentarze o tym, jacy jesteśmy dobrani. Iwona opowiadała anegdoty, dotykała mojego ramienia, poprawiała mi kołnierzyk. Wszystko było bezbłędne. Tylko ja czułem, że pod tą perfekcją nie ma już nic.
Gdy wstałem po herbatę, Radosław podszedł bliżej.
— Wszystko w porządku? — zapytał cicho.
— Jasne — odpowiedziałem zbyt szybko.
Patrzył na mnie jeszcze chwilę, jakby chciał coś dodać, ale tylko westchnął. Wtedy dotarło do mnie, że on widzi więcej. A ja wciąż udaję, że nie widzę nic.
Zawsze rozumiałem
Do mieszkania wróciliśmy późnym wieczorem. Drzwi zamknęły się za nami bez trzasku, bez słów, bez spojrzeń. Iwona zdjęła buty, odwiesiła płaszcz i od razu poszła do kuchni, jakby każdy jej ruch był zaplanowany jeszcze przed wyjściem od mojej matki. Usiadłem na kanapie i przez chwilę słuchałem ciszy, która znów stała się naszym wspólnym językiem.
— Zmęczona? — zapytałem w końcu.
— Trochę — odparła. — To był długi dzień.
Nie zapytała o mnie. Zaparzyła herbatę tylko dla siebie. Patrzyłem na jej plecy i nagle przypomniałem sobie, że kiedyś zawsze pytała, czy chcę dołączyć. Tłumaczyłem to sobie zmianami, dorosłością, naturalnym ochłodzeniem. Tak było łatwiej. W łazience zobaczyłem nasze odbicie w lustrze. Staliśmy obok siebie, a jednak osobno. Przypomniały mi się inne wieczory, gdy próbowałem zaczynać rozmowy, które kończyły się milczeniem.
— Może powinniśmy gdzieś wyjechać — rzuciłem kiedyś, niby mimochodem.
— Teraz nie mam głowy — odpowiadała wtedy. — Zrozum.
Zawsze rozumiałem. Albo udawałem, że rozumiem. W głowie wracały obrazy: jej chłodny ton, unikanie dotyku, wieczne „później”. Każdy sygnał składał się w całość, której nie chciałem zobaczyć. Tego wieczoru usiadła przy stole z telefonem w dłoni. Na ekranie migały powiadomienia. Odwróciła go, gdy tylko podszedłem bliżej.
— Coś się stało? — zapytałem.
— Nie — odpowiedziała szybko. — Po prostu sprawy do ogarnięcia.
Skinąłem głową, choć w środku narastał niepokój. Czułem, że grunt pod nogami jest coraz cieńszy, a ja wciąż stoję, udając stabilność. Położyliśmy się spać bez słowa. Leżałem obok niej, wsłuchując się w jej równy oddech i myśląc, że może jeszcze jutro wszystko się ułoży.
Zakręciło mi się w głowie
Obudziłem się wcześniej niż zwykle. W mieszkaniu panowała cisza, ale nie była to ta poranna, spokojna cisza — raczej napięta, jakby coś wisiało w powietrzu. Iwony nie było obok. Z kuchni dochodził cichy szelest papieru. Przez chwilę pomyślałem, że to zwykłe porządki, kolejny przejaw jej potrzeby kontroli. Dopiero później zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Stała przy stole, pochylona nad teczką. Gdy mnie zobaczyła, zamknęła ją zbyt szybko.
— Szukałam rachunków — powiedziała, zanim zdążyłem zapytać.
Skinąłem głową, ale coś mnie tknęło. Kiedy wyszła do łazienki, teczka wciąż leżała na stole. Nie planowałem tego. To nie była ciekawość — raczej przymus, jakby ręce poruszyły się same. Otworzyłem ją i zobaczyłem dokumenty, których sens dotarł do mnie dopiero po kilku sekundach. Nazwiska. Daty. Pieczęcie. Słowa, które nagle stały się zbyt wyraźne.
Usiadłem, bo zakręciło mi się w głowie. Daty wskazywały, że wszystko zaczęło się tygodnie temu. W czasie, gdy planowaliśmy wizytę u mojej matki, gdy robiliśmy zdjęcia i składaliśmy sobie życzenia. Walentynki nie były próbą ratunku. Były częścią planu.
— Sławek? — usłyszałem jej głos.
Podniosłem wzrok. Stała w drzwiach, spokojna, jakby spodziewała się tej chwili.
— Od kiedy? — zapytałem cicho.
Westchnęła i usiadła naprzeciwko mnie.
— Długo – odpowiedziała bez emocji. — Nie chciałam robić scen.
Zrozumiałem wtedy, że na gniew nie ma tu miejsca. Było tylko upokorzenie i nagła pustka. Uświadomiłem sobie, że cały ten dzień, każdy gest, każde słowo było wyreżyserowane. A ja? Ja byłem statystą w cudzym porządku.
Wyszedłem na krótki spacer
Po tej rozmowie wszystko jakby zwolniło. Iwona poruszała się po mieszkaniu spokojnie, metodycznie, jakby właśnie zdjęła z ramion ciężar, który ja dopiero zacząłem dźwigać. Patrzyłem na nią inaczej niż wcześniej. Nie jak na partnerkę, z którą coś jeszcze można odbudować, ale jak na kogoś, kto już dawno wyszedł z tej historii i tylko czekał, aż ja w końcu to zauważę.
— Nie chciałam cię ranić — powiedziała w pewnym momencie, nalewając sobie kawy. — To i tak byłoby nieuniknione.
Nie odpowiedziałem. Siedziałem przy stole, tym samym, przy którym jeszcze dzień wcześniej udawaliśmy przed rodziną, że wszystko jest w porządku. Teraz widziałem wyraźnie, jak bardzo byłem potrzebny jedynie jako element dekoracji. Ktoś, kto ma się uśmiechnąć, przytaknąć i nie zadawać pytań. Zadzwoniła moja matka. Telefon wibrował na blacie, a ja patrzyłem na ekran, nie odbierając. Wiedziałem, że zapyta, jak minęły walentynki, czy Iwona była zadowolona. Poczułem wstyd, że jeszcze wczoraj tak desperacko trzymałem się tej iluzji, żeby jej nie zawieść.
— Nie musisz ich chronić — rzuciła Iwona, nie patrząc na mnie. — To nie twoja odpowiedzialność.
Zabolało, bo przez długi czas myślałem, że właśnie to jest moją rolą. Chronić spokój innych kosztem własnego. Teraz zostałem z ciszą, która nie była już wspólna. Każdy dźwięk w mieszkaniu podkreślał, że jesteśmy na końcu drogi, choć formalnie wciąż pod jednym dachem. Wieczorem wyszedłem na krótki spacer. Powietrze było chłodne, a miasto obojętne. Zrozumiałem, że nie wiem jeszcze, co zrobię dalej. Wiedziałem tylko, że nie chcę już udawać. Nawet jeśli prawda miała wszystko skomplikować.
Nie poczułem ulgi
Zostałem sam z myślami, które nie dawały się już zagłuszyć żadnym usprawiedliwieniem. Mieszkanie wydawało się obce, jakby należało do kogoś innego, do pary, którą tylko odgrywaliśmy. Wiedziałem, że czeka mnie rozmowa z rodziną, pytania, niedowierzanie, może rozczarowanie. Jeszcze bardziej bałem się jednak rozmowy z samym sobą. Zrozumiałem, że przez długi czas myliłem lojalność z ucieczką. Że chroniąc innych przed prawdą, tak naprawdę chroniłem siebie przed bólem, który i tak mnie dopadł. Walentynki były tylko ostatnią sceną spektaklu, który skończył się dużo wcześniej, niż chciałem to przyznać.
Nie poczułem ulgi. Nie było też wyraźnej nadziei. Była za to świadomość, że dalej nie da się żyć w półprawdach. Że czasem największą odwagą nie jest ratowanie czegoś na siłę, ale pozwolenie temu odejść. Nawet jeśli zostaje po tym cisza i pytanie, dlaczego tak długo udawałem, że nie słyszę własnego serca.
Sławek, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki zawsze były dla mnie wyjątkowe. Dziś ten dzień przypomina mi o tym, że niektórym facetom nie warto ufać”
- „Rozkwitłam u boku starszego faceta. Jednak gdy matka wyznała mi swój sekret, poczułam się jak zwiędła róża”
- „Wzięłam kredyt na 30 lat, żeby mieszkać na swoim. Zamiast żyć jak pączek w maśle, musiałam przełknąć gorycz porażki”

