„Nasza kuchnia wyglądała gorzej niż bar mleczy z PRL-u. Mąż był złotą rączką, ale remont u siebie to jak praca za darmo”
„Miałam tego serdecznie dość. Byłam zmęczona ciągłymi, drobnymi naprawami: przykręcaniem odpadających listew, dokręcaniem drzwiczek od szafek. Nie mogłam patrzeć na to, jak wygląda nasza kuchnia. Nie miałam nawet ochoty w niej gotować. Musiałam działać”.

- Listy do redakcji
Wygląd naszego mieszkania nigdy nie był dla mnie najważniejszy. Oczywiście, cenię sobie porządek i dbam o nasze cztery kąty, ale nie należę do osób, które wydają krocie na rzeczy do domu. Lubię minimalizm i nie potrzebuję tysiąca bibelotów. Nie muszę też mieć drogich mebli i sprzętów, a remont to już totalna ostateczność. Ostatni robiliśmy jakieś dwadzieścia lat temu, gdy odkupiliśmy mieszkanie od starszego małżeństwa. Od tamtego czasu nie przeprowadzaliśmy w domu generalnych zmian.
Nasz dom stał odłogiem
Wiem, że niektórzy cenią sobie nowoczesny styl i drogie dodatki, ale to nie dla mnie. Przez te wszystkie lata wolałam inwestować w przyszłość dzieci i zabierać je na wakacje, niż chwalić się przed znajomymi marmurowymi blatami. Jeśli już coś w mieszkaniu wymaga zmiany, robię to powoli i najczęściej… sama.
To nie jest tak, że mój mąż ma dwie lewe ręce do majsterkowania. Wręcz przeciwnie, jest elektrykiem, więc można powiedzieć, że ma fach w ręku. Jedyne, czego mu brakuje, to czas. Jest wiecznie zajętym człowiekiem. Nie narzekam, bo duża ilość zleceń przekłada się na zarobki, ale przez ten nawał pracy nasz dom stoi odłogiem. A jeśli cokolwiek wymaga naprawy, spada to na moje barki.
Gdy stary drewniany parkiet był w opłakanym stanie, to ja wzięłam na siebie cyklinowanie podłogi. Kiedy dzieci doszczętnie zniszczyły ścianę w swoim pokoju, sama ją przemalowałam. Nie boję się drobnych prac w domu, ale nie wszystko jestem w stanie zrobić samodzielnie. A mój mąż, chociaż sam jest złotą rączką, nie kwapi się do pomocy. Starałam się to akceptować i nie narzekać, ale do czasu.
Po dwudziestu latach użytkowania nasza kuchnia zaczęła przypominać relikt przeszłości. Popękane kafle, przebarwione fugi, porysowane blaty i obdrapane fronty szafek – wszystko to sprawiało, że zaczęłam wstydzić się tego miejsca. Nie pomagały nawet generalne porządki. Nie było innego wyjścia, jak zrobić remont. Musiałam tylko namówić męża.
Wstydziłam się kuchni
Pieniądze nie były najistotniejszym problemem. Mieliśmy sporo oszczędności, które można było przeznaczyć na remont kuchni. Kłopot był taki, kto przeprowadzi remont. Mój mąż był człowiekiem, który twierdzi, że sam robi wszystko najlepiej. Mógłby spokojnie skuć stare kafle, położyć nową instalację, a nawet zająć się wykończenie, bo w przeszłości dorabiał już w ten sposób. Ale na przeszkodzie znowu stał czas.
– Jolka, mam teraz tyle na głowie. Wiosna jest, wiesz, że to najwięcej zleceń. Zrobimy to później, może zimą… – tłumaczył się, gdy tylko wspomniałam o potrzebie wyremontowania kuchni.
– Andrzej, czekam już z tym wystarczająco długo. Nasza kuchnia to ruina. Stać nas na coś lepszego – próbowałam przemówić mu do rozsądku.
– Pracuję od rana do nocy i chcesz mi jeszcze fundować robotę po godzinach? – odpowiadał zrezygnowany. – Poza tym, nie jest tak źle, inni mają gorzej.
– Gorzej? Za PRL-u kuchnie wyglądały lepiej niż nasza. Już w barze mlecznym było schludniej. Wstyd mi za to, jak to wygląda.
– Lepiej się wstydzić, niż przepracowywać. Jeszcze mi coś w kręgosłup wejdzie i co będzie ze zleceniami? Daj mi trochę czasu. Wrócimy do tego tematu, obiecuję, ale nie teraz.
Każdy powrót do tematu remontu kończył się jego odmową. Zawsze coś było ważniejsze, nigdy nie było dość czasu. Wciąż dużo pracował, a po pracy zależało mu jedynie na odpoczynku. Miałam tego dość. Byłam zmęczona ciągłymi, drobnymi naprawami: przykręcaniem odpadających listew, dokręcaniem drzwiczek od szafek. Nie mogłam patrzeć na to, jak wygląda nasza kuchnia. Nie miałam nawet ochoty w niej gotować. Musiałam działać.
Miałam dość czekania
Długo zwlekałam z zatrudnieniem ekipy, bo po co to robić, skoro mąż sam mógłby ze wszystkim sobie poradzić. On zresztą uważał tak samo – po co płacić ekipie remontowej, kiedy możemy zrobić to na własną rękę, we własnym tempie. W końcu jednak się złamałam i zaproponowałam zatrudnienie fachowców. Andrzej tylko się roześmiał i stwierdził, że to niepoważny pomysł.
Równocześnie robił zlecenie w dzielnicy willowej, gdzie wymieniał elektrykę w starym domu, które kupiło młode małżeństwo. Pewnego dnia, gdy wrócił z pracy, zachwycał się wykończeniem tego zabytkowego budynku.
– Jola, jak oni to pięknie zrobili. Stary parkiet wymienili na nowy, w kuchni mają teraz duże kafle i ogrzewanie podłogowe, można chodzić boso, jaka wygoda! Szuflady na cichy domyk, spiżarnia z wysuwanymi koszami, no klasa! – nie przestawał się zachwycać.
– No… to wspaniale – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
– Pomagałem trochę z podłogą, więc wpadnie dodatkowa kasa. Zobaczysz, kiedyś u nas też tak będzie – próbował mnie przekonać.
Kiedyś. Tylko, że to „kiedyś” nigdy nie nadchodziło. A ja miałam już dość zwlekania.
Wzięłam sprawy w swoje ręce
Zazdrość wywołana jego zachwytami nad jakąś obcą kuchnią przelała czarę goryczy. Przez kilka dni chodziłam wyraźnie podminowana, aż Andrzej to zauważył i skwitował chłodnym „Nie rób scen”. Tak mnie to zabolało, że postanowiłam działać. Chciałam znaleźć dobrego fachowca, najlepiej kogoś z polecenia, ale prawda była taka, że największe obeznanie w branży miał… mój mąż.
Któregoś wieczoru, kiedy brał prysznic, zerknęłam do jego kalendarza i przejrzałam kontakty w telefonie. Wynotowałam numery i imiona, które powtarzały się najczęściej, sprawdziłam dodatkowo opinie w Internecie i zadzwoniłam do niejakiego pana Mieczysława. Umówiłam się z nim pod nieobecność męża. Obejrzał kuchnię i zaproponował wycenę, która mnie w pełni satysfakcjonowała.
Remont miał się zacząć jeszcze w tym samym tygodniu. Andrzej nic nie wiedział, a z panem Mieczysławem umówiłam się na takie godziny, gdy mąż pracował. Zależało mi na tym, żeby zaczął pracę po wyjściu męża, by ten nie zdołał zareagować. I tak też się stało. W czwartkowy poranek, gdy Andrzej wyszedł z domu, pan Mieczysław stanął w progu i od razu zabrał się do pracy.
Wszedł do uprzątniętej wcześniej kuchni i zaczął skuwać stare płytki z podłogi oraz demontować szafki. Nowe materiały wykończeniowe i fronty wybrałam sama, korzystając z usług stolarza, którego polecił mi pan Mieczysław. Wszystko miałam zaplanowane. Czekałam tylko na reakcję męża.
Serce zabiło mi szybciej
Praca szła panu Mieczysławowi bardzo sprawnie. Ani się obejrzałam, a z podłogi nie zostało już praktycznie nic. Kuchnia nie była zbyt duża, więc cały remont miał potrwać zaledwie kilka dni. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi. Serce zabiło mi szybciej. Andrzej wszedł do mieszkania i szczęka mu opadła, gdy zobaczył gruz i pył unoszący się w kuchni. Jeszcze większy szok na jego twarzy pojawił się w momencie, gdy zobaczył pana Mieczysława.
– Mietek? Co ty wyprawiasz?
– Andrzej? No… ja tu pracuję – powiedział skonsternowany pan Mieczysław.
– Jola, co to ma być? Jak mogłaś?
– Andrzej, albo ta kuchnia będzie wyglądała jak trzeba, albo ja się wyprowadzam – powiedziałam bez zastanowienia.
Pan Mieczysław wyglądał na mocno zakłopotanego, ale jeszcze bardziej głupio zrobiło się mojemu mężowi. Widziałam, że próbuje się opamiętać i jest mu wstyd za awanturę przy znajomym. Od razu zaczął się tłumaczyć.
– No tak… wiesz Mietek, jak to jest w naszym fachu. Szewc bez butów chodzi – próbował zażartować.
– Słuchaj, moja Marzena to już trzeci rok czeka, aż jej zrobię łazienkę – odpowiedział ze śmiechem pan Mieczysław. – Ale jeśli to ma być dla was jakiś problem, to ja może zrezygnuję…
– Nie no, słuchaj Mietek, zlecenie najważniejsze – żachnął się mój mąż. – Nie będziesz miał przestojów w pracy z mojego powodu. Robotę trzeba dokończyć. Chętnie ci pomogę, w końcu to moja kuchnia.
Panowie podali sobie dłonie i wspólnie zakasali rękawy, biorąc się do dalszej pracy.
Przyznał mi rację
Praca we dwójkę poszła im sprawnie, a ja pomagałam przy sprzątaniu odpadów i przynosiłam ciepłe posiłki z pobliskiej restauracji. Nie wszystko wyglądało jednak różowo. Andrzej miał do mnie wyraźny żal i milczał przez kilka dni. Ja jednak nie dawałam za wygraną i nie zamierzałam się tłumaczyć. Musiał zrozumieć, że ta kuchnia to była konieczność.
Zaczęło to do niego docierać dopiero w momencie, gdy remont się już kończył i widać było efekty. Płytki, które zamówiłam, idealnie współgrały z kolorem frontów i blatów. Jasna kolorystyka sprawiła, że nasza kuchnia wyglądała na dużo większą niż w rzeczywistości. W pomieszczeniu w końcu zapanował porządek – w zaprojektowanych przeze mnie wysuwanych koszach i szufladach zmieściły się rzeczy, które do niedawna zalegały na blatach.
Mąż nie miał wyjścia. Musiał przyznać, że ten remont był potrzebny. I obiecał, że następnym razem nie będzie tak długo z tym zwlekał.
Jolanta, 48 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dla dzieci kupowałam szynkę parmeńską, a sama jadłam najtańsze parówki. Na starość nie mogę liczyć na pomocną dłoń”
- „Od lat udaję, że nie widzę romansów męża. Dzięki temu żyję w luksusie i stać mnie dosłownie na wszystko”
- „Sprzedałam mieszkanie z PRL-u, bo było dla mnie za duże. Teraz cisnę się w małej kawalerce i żałuję tego, co zrobiłam”

