„Nasz wieczór walentynkowy miał być jak z komedii romantycznej. Wierzyłam w to do chwili, gdy dostałam rachunek”
„Przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W głowie kłębiły mi się myśli, ale żadna nie chciała wyjść na głos. To nie była kwestia pieniędzy. Miałam swoje, zawsze miałam. Chodziło o coś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać”.

Przez długi czas wydawało mi się, że w naszym związku wszystko układa się logicznie. Było bez fajerwerków, ale stabilnie, rozsądnie, przyszłościowo. Krystian lubił porządkować świat zasadami, a ja uczyłam się w nich mieścić. Dlatego zaproszenie na walentynkową kolację potraktowałam jak sygnał. Cichy, ale ważny. Jak obietnicę, że tym razem chodzi o coś więcej niż zwykłą codzienność.
Czekałam na jakiś gest
Sukienkę kupiłam dużo wcześniej, chociaż próbowałam sama przed sobą udawać, że to przypadek. Wisiała w szafie, między codziennymi ubraniami, a ja co kilka dni odgarniałam wieszaki, żeby na nią spojrzeć. Granatowa, prosta, ale taka, w której czułam się spokojniejsza. Jakby miała mnie ochronić przed rozczarowaniem. Walentynki z Krystianem nie były nigdy huczne, ale w tym roku bardzo chciałam, żeby ten wieczór coś domknął, coś potwierdził.
Złapałam się na tym, że wracam myślami do drobnych gestów z początku naszej relacji. Do kawy przynoszonej do łóżka w niedzielę, do krótkich wiadomości w ciągu dnia. Nie było ich ostatnio wiele, ale tłumaczyłam to zmęczeniem, pracą, dorosłym życiem. Wmawiałam sobie, że miłość dojrzewa i przestaje się afiszować.
Krystian przed wyjściem krzątał się po mieszkaniu z telefonem w ręku. Sprawdzał coś, notował, zerkał na zegarek.
– Zarezerwowałem stolik na dziewiętnastą, żeby nie było tłumów – rzucił, jakby informował mnie o godzinach otwarcia sklepu.
– Fajnie – odpowiedziałam z uśmiechem, chociaż poczułam lekkie ukłucie. Czekałam na coś więcej. Na słowa „cieszę się”, na „ładnie wyglądasz”, na jakikolwiek znak, że ten wieczór jest dla niego ważny.
Potem, kiedy poprawiałam makijaż w łazience, słyszałam, jak rozmawia przez telefon o jakichś rozliczeniach. O tym, co się opłaca, a co nie.
– Julita, weź tylko małą torebkę, żeby było wygodnie – powiedział, gdy zbieraliśmy się do wyjścia.
„Żeby było wygodnie” – powtórzyłam w myślach. Wszystko u Krystiana musiało być wygodne, rozsądne, policzalne. Próbowałam jeszcze raz przywołać w sobie ekscytację, którą czułam kilka tygodni wcześniej. Przecież zaprosił mnie do eleganckiej restauracji. Przecież to walentynki. Wystarczyło wierzyć, że to coś znaczy. Nie wiedziałam jeszcze, że już wtedy zaczął się wieczór, który nauczył mnie słuchać nie słów, ale drobnych, chłodnych sygnałów.
Ta kolacja miała być wyjątkowa
Restauracja była dokładnie taka, jaką wyobrażałam sobie przez ostatnie tygodnie. Ciepłe światło lamp odbijało się w kieliszkach, a cichy gwar rozmów tworzył tło, w którym każdy szept wydawał się bardziej intymny. Kelner zaprowadził nas do stolika przy oknie. Przez chwilę pomyślałam, że może jednak się myliłam, że to ja za dużo dopisałam w głowie.
Krystian usiadł naprzeciwko mnie i od razu sięgnął po menu. Przeglądał je uważnie, jakby analizował ofertę pod kątem opłacalności. Ja jeszcze przez moment patrzyłam na niego, czekając, aż podniesie wzrok.
– Ładnie tu – powiedziałam w końcu.
– Mhm. Mają dobre opinie – odparł, nie odrywając się od czytania.
Kelner pojawił się szybko. Uprzejmy, spokojny, z naturalnym uśmiechem.
– Coś do picia na początek? – zapytał.
Krystian zamówił bez wahania. Ja dopiero po chwili, jakby musiał minąć moment, w którym poczuję się tu naprawdę zaproszona.
Rozmawialiśmy o pracy, o planach na kolejny tydzień, o rzeczach bezpiecznych. Kiedy próbowałam skręcić rozmowę w stronę naszej przyszłości, Krystian odpowiadał krótko, rzeczowo.
– Myślałam, że może wiosną gdzieś wyjedziemy – rzuciłam ostrożnie.
– Zobaczymy. Trzeba sprawdzić budżet i terminy – odpowiedział.
Jego dłoń leżała na stole, ale ani razu nie sięgnęła po moją. Zauważyłam, że inne pary wokół pochylały się ku sobie, śmiały się ciszej, jakby chroniły swoje chwile. Tylko u nas wszystko było na dystans. Poprawny, kulturalny, chłodny.
Gdy kelner przyniósł dania, Krystian przez chwilę milczał, skupiony na talerzu.
– Smaczne – rzucił po pierwszym kęsie.
Skinęłam głową. W środku rosło we mnie napięcie, którego nie umiałam nazwać. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja naprawdę oczekuję zbyt wiele. Czy dorosła kobieta powinna jeszcze liczyć na romantyczne gesty, czy raczej doceniać spokój i przewidywalność. Patrzyłam na Krystiana i próbowałam dostrzec w nim mężczyznę, który mnie tu zaprosił. Coraz trudniej było mi uwierzyć, że siedzimy przy tym samym stole z tych samych powodów.
Uznał, że tak będzie uczciwie
Gdy talerze zostały zabrane, poczułam ulgę, jakby koniec posiłku miał przynieść jakąś zmianę. Może deser, może luźniejszą rozmowę, może wreszcie moment, w którym Krystian spojrzy na mnie inaczej. Zamiast tego zapadła cisza, ciężka i niezręczna. Krystian odchylił się na krześle i splótł dłonie na brzegu stołu.
– Wiesz… – zaczął tonem, który znałam. Tym, którym zapowiadał coś rozsądnego i niepodlegającego dyskusji. – Myślę, że najlepiej będzie zapłacić po połowie.
Zamrugałam kilka razy, jakbym nie dosłyszała.
– Po połowie? – powtórzyłam, starając się, by mój głos brzmiał normalnie.
– No tak. Dla zasady. Uczciwie. Nie lubię takich niedomówień, kto komu coś jest winien – wyjaśnił spokojnie.
Przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W głowie kłębiły mi się myśli, ale żadna nie chciała wyjść na głos. To nie była kwestia pieniędzy. Miałam swoje, zawsze miałam. Chodziło o coś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać.
– Myślałam, że mnie zaprosiłeś – powiedziałam w końcu cicho.
Krystian wzruszył ramionami.
– Zaprosiłem, ale to nie znaczy, że muszę płacić za wszystko. Jesteśmy dorośli, równi. Tak jest sprawiedliwie.
Słowo „sprawiedliwie” zawisło między nami jak wyrok. Poczułam rumieńce na policzkach i nagłe ciepło w oczach, z którym musiałam walczyć. Rozejrzałam się nerwowo po sali, mając wrażenie, że wszyscy nagle wiedzą, o czym rozmawiamy.
– Jasne – odpowiedziałam szybko. – Masz rację.
Nie miałam odwagi dodać nic więcej. W środku coś we mnie protestowało, ale jednocześnie próbowałam to zagłuszyć. Może przesadzam. Może to ja nadaję temu zbyt duże znaczenie. Przecież Krystian zawsze był konsekwentny. Zawsze wszystko dzielił, liczył, zabezpieczał. Tylko że im dłużej siedziałam przy tym stole, tym bardziej czułam, że nie chodzi o zasadę. Chodzi o to, że on bardzo pilnował, żebyśmy nigdy nie stali się jednym rachunkiem.
Zaplanował to już wcześniej
Kelner podszedł do stolika z niewielką tacą. Uśmiech, który miał wcześniej, teraz był bardziej formalny, jakby wyczuwał napięcie, choć nie znał jego źródła.
– Czy wszystko w porządku? – zapytał uprzejmie.
Krystian skinął głową.
– Tak. Poprosimy o rachunek.
Odszedł, a ja wpatrywałam się w blat stołu, próbując uspokoić oddech. Miałam wrażenie, że ta chwila trwa zbyt długo, jakby czas celowo się rozciągał, dając mi przestrzeń na myśli, których wolałabym nie mieć.
Kelner wrócił po chwili. Postawił przed nami dwa oddzielne bloczki. Zrobił to sprawnie, bez wahania. Tak, jakby wszystko było ustalone wcześniej. Spojrzałam na Krystiana. On już trzymał w dłoni swój rachunek.
– Prosiłeś już wcześniej o osobne? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Krystian uniósł wzrok, lekko zaskoczony, ale tylko na moment.
– Tak, żeby nie było zamieszania – odpowiedział spokojnie.
Wtedy wszystko się we mnie zatrzymało. To nie była spontaniczna decyzja. To nie była niezręczna rozmowa podjęta w emocjach. To było zaplanowane. Przemyślane. Zrobione z wyprzedzeniem, bez mojego udziału.
Kelner stał obok, czekając, aż sięgniemy po portfele. Poczułam, jak wstyd ściska mi gardło, chociaż nie potrafiłam powiedzieć, za co właściwie się wstydzę. Za siebie? Za to, że uwierzyłam w znaczenie tego wieczoru?
Sięgnęłam po swój rachunek. Cyfry były wyraźne, równe, logiczne. Tak jak wszystko u Krystiana. Nagle zrozumiałam, że ten wieczór jest odbiciem naszej relacji. Osobne decyzje. Osobne zabezpieczenia. Osobne granice. Nie było tu miejsca na gest, na domyślanie się, co nie da się policzyć. Byliśmy dwiema osobami przy jednym stole, ale nigdy po tej samej stronie. Zapłaciłam. Kelner zabrał rachunki, życząc nam miłego wieczoru. Krystian wstał pierwszy, jakby wszystko przebiegło dokładnie tak, jak powinno. Ja jeszcze przez chwilę siedziałam, wiedząc już, że to nie był tylko rachunek. To było podsumowanie.
Miałam dość jego zasad
Wyszliśmy na chłodne powietrze niemal w milczeniu. Krystian szedł pół kroku przede mną, skupiony, jakby w głowie odhaczał kolejne punkty wieczoru. Ja próbowałam zsynchronizować się z jego krokami, ale nie potrafiłam. Między nami była już wyraźna przerwa.
– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu, nie odwracając się do mnie.
Zatrzymałam się. On zrobił jeszcze dwa kroki, zanim zauważył, że nie idę dalej.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie. Sama zdziwiłam się tym spokojem. – I nie chodzi o kolację ani o pieniądze.
Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
– Julita, naprawdę nie rozumiem....
– Właśnie o to chodzi – powiedziałam. – Nie rozumiesz. U nas od dawna wszystko jest osobno jak ten rachunek. Decyzje, emocje, zabezpieczenia. Dziś tylko zobaczyłam to czarno na białym.
Milczał. Nie próbował zaprzeczać, nie zrobił kroku w moją stronę. To wystarczyło.
– Ja chcę być w relacji, w której ktoś czasem bierze mnie pod uwagę bez kalkulacji – dodałam. – A ty chcesz tylko sztywnych zasad. Ja mam ich dość.
Odprowadził mnie pod dom. Pożegnanie było krótkie, uprzejme, niemal służbowe. Gdy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam ulgę zmieszaną z bólem. Straciłam złudzenia, ale odzyskałam jasność. Tego wieczoru zrozumiałam, że miłość nie polega na uczciwym podziale, tylko na gotowości, by czasem dać coś więcej, niż wynika z rachunku. Jeśli tego brakuje, nawet najładniejsza restauracja nie jest w stanie tego przykryć.
Julita, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki czekałam na pierścionek, a dostałam kredyt do podpisu. Od teraz obchodzić będę Dzień Singla”
- „Marzyły mi się arabskie perfumy na walentynki, a dostałam od mojego męża tanie ochłapy. Uznałam, że czas na rozwód”
- „W walentynki znalazłam paragon za bukiet róż. Nie był dla mnie, bo mąż w prezencie dał mi tylko czekoladki”

