„Narzeczony obiecał mi ślub marzeń w Zakopanem. To, co przede mną ukrywał, zamieniło ten dzień w horror”
„Potem były te dziwne telefony. Marcin zaczął wychodzić na balkon, żeby rozmawiać. Kiedy pytałam, kto dzwoni, odpowiadał zdawkowo, że to sprawy służbowe albo upierdliwy klient. Zauważyłam, że stał się bardziej nerwowy. Schudł, pod oczami pojawiły się cienie”.

Miało być jak w bajce Disneya. Płatki śniegu wirujące za oknem, widok na Giewont i ja w sukni, która kosztowała więcej niż mój pierwszy samochód. Przez miesiące żyłam w bańce mydlanej, którą Marcin pompował z każdym kolejnym „Kochanie, nie martw się o koszty”. Wierzyłam, że wchodzę w nowe życie z mężczyzną zaradnym, stabilnym i, przede wszystkim, szczerym. Nie wiedziałam wtedy, że ta piękna górska sceneria stanie się tłem dla największego dramatu mojego życia, a luksus, którym się otaczaliśmy, był kupiony za pieniądze, których nigdy nie mieliśmy.
Pozwoliłam mu przejąć stery
Zawsze marzyłam o skromnym ślubie. Wyobrażałam sobie naszą dwójkę, może najbliższą rodzinę, drewniany kościółek i obiad w dobrej restauracji. Nigdy nie miałam potrzeby bycia księżniczką na jeden dzień. To Marcin był tym, który uwielbiał gesty. Od początku naszego związku zasypywał mnie prezentami, zabierał na kolacje do miejsc, gdzie w karcie nie było cen, i organizował wyjazdy niespodzianki. Zawsze, gdy pytałam, czy nas na to stać, machał ręką z tym swoim czarującym uśmiechem i mówił, że w firmie dostał premię albo że projekt, nad którym siedział po nocach, wreszcie wypalił.
Kiedy się oświadczył, od razu zaczął roztaczać wizje wesela stulecia. Zakopane. Zima. Pięciogwiazdkowy hotel ze spa dla gości. Kapela góralska, ale taka z najwyższej półki, która grywa dla celebrytów. Pamiętam, jak siedzieliśmy w naszym wynajmowanym mieszkaniu w Warszawie, a on pokazywał mi folder hotelu.
— Zobacz, Karola — mówił z błyskiem w oku. — Sala balowa z przeszkolonym dachem. Będziemy tańczyć pod gwiazdami. Zasługujesz na to.
— Marcin, to kosztuje fortunę — oponowałam, patrząc na cennik za sam talerzyk. — Musielibyśmy oszczędzać na to przez pięć lat.
— Daj spokój. Mam oszczędności. Poza tym rodzice obiecali się dołożyć, a w pracy szykuje się awans. Zaufaj mi. Chcę, żeby ten dzień był idealny.
Uległam. Jaka kobieta nie chciałaby usłyszeć, że jej partner pragnie rzucić jej świat do stóp? Pozwoliłam mu przejąć stery. Marcin stał się głównym organizatorem. Wybierał najdroższe kwiaty — sprowadzane z Holandii białe róże, które miały wytrzymać mróz. Zamówił tort u mistrza cukiernictwa, który przyjeżdżał specjalnie z Krakowa. Nawet zaproszenia były grawerowane na czerpanym papierze ze złoceniami. Czułam się trochę jak pasażerka w pędzącym pociągu, ale widok jego szczęścia usypiał moją czujność. Wszyscy dookoła zazdrościli mi narzeczonego. Moja mama powtarzała, że trafił mi się los na loterii.
Nie chciałam psuć atmosfery
Patrząc wstecz, widzę te momenty, w których powinnam była powiedzieć stop. Czerwone lampki zapalały się powoli, ale ja skutecznie odwracałam od nich wzrok, oślepiona blaskiem nadchodzącej uroczystości. Pierwsza sytuacja miała miejsce trzy miesiące przed ślubem. Byliśmy w salonie jubilerskim i wybieraliśmy obrączki. Marcin uparł się na platynę z diamentami. Kiedy przyszło do płacenia zaliczki, jego karta została odrzucona.
— To jakiś błąd systemu — zaśmiał się nerwowo, chowając portfel. — Dzwoniłem do banku rano, zwiększali mi limit, pewnie jeszcze nie przeszło. Zapłacisz swoją, a ja ci zaraz przeleję?
Zapłaciłam. Przelew przyszedł dopiero po tygodniu, a on tłumaczył to jakimiś zawirowaniami w księgowości jego firmy. Uwierzyłam. Przecież pracował w dużej korporacji, takie rzeczy się zdarzają. Potem były te dziwne telefony. Marcin zaczął wychodzić na balkon, żeby rozmawiać. Kiedy pytałam, kto dzwoni, odpowiadał zdawkowo, że to sprawy służbowe albo upierdliwy klient. Zauważyłam, że stał się bardziej nerwowy. Schudł, pod oczami pojawiły się cienie. Kiedy sugerowałam, że może stresuje się ślubem i powinniśmy zwolnić tempo albo zrezygnować z fajerwerków o północy, wpadał w irytację.
— Nie będziemy z niczego rezygnować! — wybuchał, po czym od razu mnie przepraszał. — Wszystko jest pod kontrolą, Karola. Po prostu dużo mam na głowie. Chcę, żebyś była szczęśliwa.
Tydzień przed wyjazdem do Zakopanego przyszło pismo. Wyciągnęłam je ze skrzynki. Koperta była z banku, w którym Marcin, według mojej wiedzy, nie miał konta. Zanim zdążyłam zapytać, on dosłownie wyrwał mi ją z ręki w przedpokoju.
— To oferta reklamowa, ciągle mnie spamują — rzucił, drąc kopertę na strzępy bez otwierania.
Czułam ukłucie niepokoju w żołądku, ale zrzuciłam to na karb przedślubnej gorączki. Przecież za kilka dni mieliśmy stać przed ołtarzem. Nie chciałam psuć atmosfery podejrzeniami. Wmawiałam sobie, że jestem przewrażliwiona, że powinnam docenić jego starania.
Kwoty były przerażające
Do Zakopanego przyjechaliśmy dwa dni wcześniej. Hotel był rzeczywiście obłędny. Drewno, kamień, ogień trzaskający w wielkich kominkach i obsługa, która zgadywała nasze życzenia, zanim zdążyliśmy je wypowiedzieć. Apartament dla nowożeńców miał widok na ośnieżone szczyty. Czułam się jak w filmie. Rodzina zjeżdżała się powoli, wszyscy byli zachwyceni rozmachem imprezy.
W dniu ślubu obudziłam się wcześnie. Marcin jeszcze spał. Wyglądał tak spokojnie, tak niewinnie. Wstałam po cichu, żeby wziąć prysznic. Przechodząc obok fotela, na którym wisiał jego garnitur przygotowany na ceremonię, zauważyłam, że poszetka wystaje w nienaturalny sposób. Chciałam ją poprawić. Sięgnęłam do kieszeni marynarki i moje palce natrafiły na coś twardego i szeleszczącego. To nie była chusteczka.
To był smartfon. Jego stary telefon, o którym myślałam, że dawno go wyrzucił, bo się zepsuł. Był włączony. Na ekranie widniało powiadomienie z aplikacji bankowej. I kolejna wiadomość SMS, która właśnie przyszła. Ciekawość wygrała z przyzwoitością. Przesunęłam palcem po ekranie. Nie było blokady. Weszłam w wiadomości. Ostatni SMS pochodził z firmy udzielającej szybkich pożyczek: Przypominamy o pilnej spłacie raty w wysokości 4500 PLN. Brak wpłaty do jutra skutkuje wypowiedzeniem umowy.
Zamarłam. Serce zaczęło mi bić tak mocno, że słyszałam je w uszach. Zaczęłam przeglądać dalej. Były tam monity z trzech różnych banków i dwóch parabanków. Kwoty były przerażające. Weszłam w aplikację notatnika, gdzie Marcin, najwyraźniej próbując zapanować nad chaosem, spisał swoje zobowiązania.
„Hotel — zaliczka (pożyczka). Kapela — gotówka (pożyczka bankowa). Pierścionek — raty niespłacone”.
Suma, którą zobaczyłam na dole listy, sprawiła, że musiałam usiąść na podłodze. To nie było kilka tysięcy. To była równowartość małego mieszkania w naszym rodzinnym mieście. Wszystko to, co nas otaczało — ten luksus, te kwiaty, ta iluzja bogactwa, było zbudowane na długu, którego spłacanie zajęłoby nam dekady. Zimny pot spłynął mi po plecach. W tym momencie Marcin się poruszył. Otworzył oczy, uśmiechnął się sennie, a potem zobaczył mnie siedzącą na podłodze z jego starym telefonem w ręku. Jego uśmiech zniknął w ułamku sekundy, ustępując miejsca czystemu przerażeniu.
Widziałam desperata
— Karola, co ty robisz? — zapytał, siadając gwałtownie na łóżku. Głos mu drżał.
Wstałam powoli. Czułam się dziwnie spokojna, jakby całe powietrze uszło z pokoju, a my znaleźliśmy się w próżni.
— Co to jest, Marcin? — zapytałam, pokazując mu ekran. — Co to za kwoty? Co to za pożyczki?
Podszedł do mnie, próbując zabrać telefon, ale cofnęłam rękę.
— To nie tak, jak myślisz. Mogę to wytłumaczyć. To tylko przejściowe problemy, inwestycje...
— Inwestycje? — przerwałam mu, a mój głos zaczął nabierać ostrości. — Wesele to nie inwestycja, Marcin! To wydatek! Wziąłeś chwilówki na wesele? Okłamywałeś mnie przez miesiące? Mówiłeś o premiach, o oszczędnościach!
— Bo chciałem, żebyś miała to wszystko! — krzyknął, tracąc panowanie nad sobą. — Chciałem, żebyś czuła się wyjątkowa! Wszystkie twoje koleżanki miały beznadziejne wesela w remizach, a ty miałaś być królową! Zrobiłem to dla nas!
— Dla nas? — roześmiałam się histerycznie. — Zrobiłeś to dla swojego ego! Zadłużyłeś nas na lata, żeby pokazać się przed rodziną i znajomymi. Oszukałeś mnie w kwestii finansów, co jest fundamentem zaufania.
Zamknęłam drzwi do sypialni na klucz, choć nie wiem po co, skoro byliśmy sami w apartamencie. Czułam się jak w pułapce. Za oknem, na hotelowym dziedzińcu, widziałam florystów, którzy właśnie ustawiali bramę z tysięcy białych róż. Każda z tych róż była teraz dla mnie symbolem kłamstwa.
— Karolina, proszę cię. — Marcin zmienił taktykę. Padł na kolana, dosłownie. — Spłacimy to. Mam plan. Dostanę ten awans, obiecuję. Nie niszcz tego dnia. Goście już tu są. Moi rodzice, twoja babcia... Wszyscy czekają. Nie możemy tego teraz odwołać. Zrobimy z siebie pośmiewisko.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, z którym spędziłam ostatnie trzy lata. Widziałam desperata, który zbudował domek z kart i teraz, przerażony, patrzy, jak wiatr zaczyna wiać.
— Ty nic nie rozumiesz — powiedziałam cicho. — Tu nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że zbudowałeś nasze małżeństwo na kłamstwie, zanim ono się w ogóle zaczęło. Jak mam ci ufać? Jak mam złożyć przysięgę uczciwości małżeńskiej, skoro ty zacząłeś od oszustwa?
— To tylko pieniądze! — wrzasnął, wstając z kolan. Jego twarz poczerwieniała. — Jesteś materialistką! Staram się, wypruwam żyły, żeby było idealnie, a ty robisz aferę o parę kredytów? Większość ludzi tak żyje!
Wtedy zrozumiałam. On naprawdę nie widział problemu w tym, co zrobił. Problemem dla niego było to, że wszystko się wydało.
Wpadł w furię
Kłótnia trwała godzinę. Fryzjerka i makijażystka dobijały się do drzwi, ale kazałam im odejść. Marcin krążył po pokoju jak ranne zwierzę, na zmianę błagając, płacząc i oskarżając mnie o brak wdzięczności. Wyrzucał mi, że nigdy nie doceniałam jego gestów, że zawsze byłam zbyt racjonalna, zbyt nudna.
— Jesteś oszustem, Marcin — powiedziałam ostro.
W końcu usiedliśmy naprzeciwko siebie. Ja w jedwabnym szlafroku z napisem Panna Młoda, on w bokserkach, z twarzą ukrytą w dłoniach. Zegar tykał bezlitośnie. Do ceremonii została godzina. Telefon Marcina dzwonił bez przerwy — pewnie świadek, rodzice, manager sali.
— Co robimy? — zapytał głucho, nie podnosząc głowy.
Podeszłam do okna. Widziałam gości zbierających się na tarasie, w futrach i eleganckich płaszczach, z kieliszkami powitalnymi w dłoniach. Śmiali się, robili zdjęcia. Byli częścią spektaklu, za który Marcin nie zapłacił.
— Nie wyjdę tam — oświadczyłam. — Nie założę tej sukni.
— Oszalałaś? Kosztowała piętnaście tysięcy! — wykrzyknął, znowu skupiając się na pieniądzach.
— Właśnie dlatego jej nie założę. Bo nie jest moja. Jest banku albo parabanku.
Marcin wpadł w furię. Zaczął rzucać poduszkami, kopnął w stolik kawowy, przewracając wazon z kwiatami. Woda rozlała się po dywanie.
— Zniszczysz mnie! Wszyscy się dowiedzą! Będę skończony w towarzystwie!
— Już jesteś skończony, Marcin. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Miłość nie potrzebuje fajerwerków
Wyszłam z tego pokoju tak, jak stałam. Zabrałam tylko swoje rzeczy, przebrałam się w łazience w dżinsy i sweter. Zostawiłam suknię wiszącą w pokrowcu, nietkniętą. Zostawiłam Marcina siedzącego na środku tego bałaganu, płaczącego nad swoim zrujnowanym wizerunkiem, a nie nad naszą miłością. Zeszłam do recepcji bocznym wyjściem, ale natknęłam się na moją mamę. Zobaczyła mnie z walizką, bez makijażu, z opuchniętymi oczami.
— Dziecko, co się dzieje? Gdzie suknia? Za godzinę ślub! — Załamała ręce.
— Mamo, nie będzie ślubu — powiedziałam, starając się nie rozsypać. — Zabierz tatę i wracajcie do domu. Wyjaśnię wszystko później.
Musiałam jednak stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Poprosiłam managera hotelu o rozmowę na osobności. Wyjaśniłam, że ślub się nie odbędzie. Jego mina była bezcenna, ale zachował profesjonalizm. Zapytał o rozliczenie. Powiedziałam, żeby wszystkie faktury kierował do Marcina, który jest w apartamencie 305. Wiedziałam, że to okrutne, ale nie miałam zamiaru brać odpowiedzialności za jego szaleństwo.
Wybiegłam z hotelu, wsiadłam do samochodu i ruszyłam w stronę Krakowa. Śnieg padał coraz gęściej, wycieraczki ledwo nadążały. Telefon dzwonił bez przerwy, aż w końcu go wyłączyłam. Płakałam przez całą drogę. Płakałam nie za Marcinem, ale za wizją życia, którą straciłam. Płakałam ze wstydu przed rodziną, przed znajomymi, którzy przyjechali z całej Polski. Później dowiedziałam się, że Marcin próbował ratować sytuację. Wyszedł do gości i powiedział, że zasłabłam, że zabrało mnie pogotowie. Kłamał do samego końca. Dopiero gdy jego matka zorientowała się, że z jej konta zniknęły pieniądze, prawda zaczęła wychodzić na jaw.
Dziś, dwa lata później, nie mam kontaktu z Marcinem. Podobno wyjechał za granicę, uciekając przed komornikami. Tamten dzień w Zakopanem miał być najpiękniejszym dniem mojego życia. I w pewnym sensie był – był dniem, w którym odzyskałam wolność, choć cena, jaką za nią zapłaciłam, była astronomiczna. Nauczyłam się, że miłość nie potrzebuje fajerwerków i hoteli pięciogwiazdkowych. Potrzebuje prawdy. A tego w naszym związku zabrakło najbardziej.
Karolina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Kiedy żona mnie zdradziła, myślałem, że wali się świat. Teraz paradoksalnie powinienem dziękować jej na kolanach”
- „Najpierw matka, a potem leniwa żona traktowały mnie jak bankomat. Dopiero po 50-tce odciąłem je od mojej kasy”
- „Po 30 latach małżeństwa dowiedziałam się, że nie byłam dla męża tą jedyną. Szkoda, że wypalił z tym dopiero dzisiaj”

