„Piżmowe perfumy na walentynki, które dał mi narzeczony, złamały mi serce. Paragon za prezent mówił więcej niż 1000 słów”
„Chciałam zapytać wprost, rzucić paragon na stół, zobaczyć, jak reaguje. Jednocześnie panicznie bałam się odpowiedzi. Starałam się znaleźć jakieś wytłumaczenie. Pomyślałam, że może przesadzam. Może kupił drugi dla mamy. Może pomyłka kasjera. Może ja szukam problemu tam, gdzie go nie ma. Aż w końcu przestałam ufać własnym oczom”.

- Redakcja
Poranki z Tymonem wyglądały jak zawsze: kawa pita w ciszy, jego marynarka przerzucona przez krzesło, krótkie „do zobaczenia” przy drzwiach. Ten spokój kiedyś mnie koił, ale tamtego dnia zaczął uwierać. Perfumy, które dał mi na walentynki, były idealne i nawet poczułam ulgę, ale to uczucie nie trwało długo. Paragon znalazłam przypadkiem, szukając ładowarki w jego torbie. Ten sam sklep, ten sam zapach, dwie sztuki. Wstyd, bo grzebałam. Adrenalina, bo trzymałam w ręku dowód. I myśl, która ukłuła jak zimno: dla kogo jest drugi flakon?
Bałam się prawdy
Paragon rozłożyłam na blacie kuchennym tak, jakby był mapą. Data, godzina, dwie sztuki. Ta sama karta. Patrzyłam na cyfry, a one patrzyły na mnie bezwstydnie, obojętne na to, co robiły z moją głową. Przesuwałam palcem po papierze, jakbym mogła go zatrzeć, cofnąć moment przy kasie, sprawić, żeby „2” zmieniło się w „1”. Wieczorem Tymon wszedł do domu spokojny, aż za bardzo. Zdjął buty, uśmiechnął się.
– Jak dzień? – zapytał, sięgając po szklankę.
– W porządku – odpowiedziałam szybko. Zbyt szybko. – A u ciebie?
Zawahał się na ułamek sekundy. Tylko tyle, ale już wiedziałam, że będę tę pauzę odtwarzać w głowie do znudzenia.
– Normalnie. Praca, spotkanie, jak zwykle.
„Spotkanie” zawisło między nami jak niedopowiedziane zdanie. Usiadłam przy stole.
– A ten prezent… – zaczęłam niby od niechcenia. – Długo wybierałeś?
– Czemu pytasz? – podniósł wzrok. Uśmiech nie zniknął, ale stężał.
– Bo trafiłeś idealnie.
– Znam cię – rzucił. – To nic wielkiego.
„Nic wielkiego” miało teraz wagę cegły. Skinęłam głową, udając, że to wystarcza. W środku jednak coś nie dawało mi spokoju. Chciałam zapytać wprost, rzucić paragon na stół, zobaczyć, jak reaguje. Jednocześnie panicznie bałam się odpowiedzi. Leżąc później w łóżku, starałam się znaleźć jakieś wytłumaczenie. Pomyślałam, że może przesadzam. Może kupił drugi dla mamy. Może pomyłka kasjera. Może ja szukam problemu tam, gdzie go nie ma.
A jednak rano znów wyjęłam paragon z szuflady. Zauważyłam godzinę – dokładnie wtedy, gdy napisał mi, że „utknął w korku”. Zaczęłam składać te drobiazgi w całość jak puzzle, które nie chciały pasować. Najgorsze było to, że nie wiedziałam już, czy bardziej boję się prawdy, czy tego, że ją wymyślam. Że granica między intuicją a paranoją rozmyła się tak bardzo, że przestałam ufać własnym oczom.
Nie chciałam w to wierzyć
Z Klarą spotkałam się po pracy, w miejscu, które znałyśmy od lat. Zawsze było głośne, pełne rozmów, ale tamtego dnia hałas tylko podkreślał moje napięcie. Klara spojrzała na mnie uważnie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
– Coś jest nie tak – stwierdziła, bez pytania.
Wyjęłam paragon i położyłam go między nami. Przez chwilę patrzyła, jakby to była zagadka logiczna, a nie kawałek papieru.
– Dwie sztuki – powiedziała wolno. – Żaneta, to nie jest „nic”.
– Wiem – odparłam zbyt cicho. – Albo próbuję się dowiedzieć.
Klara odsunęła kubek.
– Przestań go usprawiedliwiać w swojej głowie. Znam ten mechanizm. Najpierw „pewnie pomyłka”, potem „na pewno ma dobre wytłumaczenie”, a na końcu zostajesz z poczuciem, że to ty jesteś problemem.
– Nie chcę robić z tego sensacji – zaprotestowałam. – Może naprawdę jest jakieś logiczne wyjaśnienie.
– Logicznym wyjaśnieniem jest to, że ktoś dostał dokładnie to samo co ty – rzuciła ostro. – I raczej nie była to kasjerka.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać.
– Klara, proszę…
Westchnęła, jakby się opanowywała.
– Dobrze, spokojnie, ale posłuchaj. Kiedyś widziałam go w kawiarni. Z jakąś kobietą. Nie przyjrzałam się dokładnie, bo nie chciałam się gapić. Pomyślałam, że to ktoś z pracy. Teraz… już nie jestem taka pewna.
Serce zaczęło mi walić.
– Dlaczego mówisz mi to dopiero teraz?
– Bo dopiero teraz to ma jakieś znaczenie – odpowiedziała cicho. – Wtedy nie chciałam siać niepokoju.
Wróciłam do domu rozdarta. Czułam wdzięczność, że ktoś stoi po mojej stronie, i jednocześnie bunt wobec tej pewności, z jaką Klara budowała scenariusz zdrady. Ja wciąż chciałam wierzyć, że Tymon jest tym, za kogo go brałam. Ale ta wiara zaczynała przypominać wysiłek. Tego wieczoru po raz pierwszy pomyślałam, że może pora przestać się bać prawdy.
Zaczęłam go obserwować
Nigdy nie uważałam się za osobę kontrolującą. Lubiłam porządek, jasne, ale ufałam. Przynajmniej tak o sobie myślałam. Teraz jednak zaczęłam zapisywać godziny w głowie, porównywać wersje, zapamiętywać drobiazgi, które wcześniej przepływały niezauważone. Tymon wychodził „na chwilę”, a wracał później, niż zapowiadał. Mówił, że dzwonił, a ja nie miałam żadnego połączenia. Każdy szczegół był mały, ale razem tworzyły niepokojący obraz.
Któregoś popołudnia wróciłam wcześniej z pracy. W przedpokoju usłyszałam jego głos z salonu. Stałam chwilę bez ruchu, zanim mnie zauważył.
– …tak, ja też – mówił cicho. – Nie teraz. Odezwę się później.
Ten ton. Ciepły, prawie miękki. Zupełnie nie ten, którym mówił do współpracowników, kiedy rozmawiał przy mnie. Gdy wszedł do kuchni, był już innym człowiekiem.
– Jesteś wcześniej – rzucił, jakby to była uwaga techniczna.
– Spotkanie się skróciło – odpowiedziałam. – Z kim rozmawiałeś?
– Z Sewerynem – powiedział bez namysłu. Za szybko. – Sprawy z pracy.
Kilka dni później spotkałam Seweryna przypadkiem, pod biurem Tymona. Zapytałam o niego niby od niechcenia.
– O, dawno się nie widzieliśmy – uśmiechnął się nerwowo. – Tymon? Ostatnio... jest bardzo zajęty.
– Tak słyszałam – odparłam. – Dużo spraw.
Zawahał się, jakby chciał coś dodać, ale tylko skinął głową.
– On zawsze bierze na siebie za dużo.
Wróciłam do domu z uczuciem, że ktoś właśnie zamknął mi drzwi przed nosem. Przestałam dobrze spać. Jedzenie traciło smak. A jednak w tym wszystkim było coś jeszcze: napięcie, które dawało mi iluzję kontroli. Jeśli obserwowałam, jeśli zbierałam fakty, nie byłam już całkiem bezradna. Tylko że im więcej widziałam, tym mniej poznawałam człowieka, z którym dzieliłam życie.
Wszystko zaczęło się sypać
Do drogerii poszłam z bijącym sercem, powtarzając sobie, że robię to tylko po to, by uspokoić myśli. Sprzedawczyni długo wpatrywała się w ekran, gdy podałam datę i godzinę z paragonu. Stukała w klawiaturę, a ja liczyłam oddechy.
– Były dwa flakony – powiedziała w końcu. – To nie pomyłka.
– Dwa flakony? – powtórzyłam, jakbym nie rozumiała słowa.
– Tak. Tej samej marki… – zawahała się, zerkając jeszcze raz. – Bardzo luksusowe.
Ta informacja osiadła we mnie ciężko. Wyszłam ze sklepu z uczuciem, że świat się zawalił. Wszystko zaczęło się sypać. Wieczorem zapytałam Tymona spokojnie, prawie bezbarwnie.
– Kim ona jest?
Odwrócił się powoli. Przez sekundę miał w oczach coś, czego u niego nie znałam. Potem twarz stężała.
– O co ci chodzi? – zapytał.
– Odpowiedz. Wiem, że kupiłeś dwa flakony perfum. Dla kogo?
– Przesadzasz – uciął. – Szukasz problemów tam, gdzie ich nie ma. To pewnie jakaś pomyłka.
– Widziałam paragon i byłam w drogerii – powiedziałam. – Nie kłam.
Zrobił krok w tył, jakby potrzebował przestrzeni.
– Nie masz do mnie zaufania – rzucił. – To chore.
To słowo zabolało najbardziej. Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie cofa się już ani o krok.
– To prawda, nie ufam ci – odpowiedziałam cicho. – I to twoja zasługa.
Patrzyliśmy na siebie w ciszy, w której nie było miejsca na czułość. Zrozumiałam, że niezależnie od tego, kim jest ta druga kobieta, już na zawsze będzie między nami. Nie jako osoba, ale jako dowód, że istnieje część jego życia, do której nie mam dostępu.
To zdanie było jak cios
Położyłam paragon na stole między nami tak ostrożnie, jakby był czymś kruchym. Usiadłam naprzeciwko Tymona i poczułam, że drżenie, które nosiłam w sobie od dni, wreszcie wychodzi na powierzchnię. Mówiłam wolno, wyliczając fakty: data, godzina, cena. Bez podnoszenia głosu, bez łez.
– Powiedz mi prawdę – powiedziałam. – Cokolwiek nią jest.
Najpierw zaprzeczył. Potem poprawił się w pół zdania. W końcu opadły mu ramiona, jakby przestał udawać przed samym sobą.
– To nie jest tak, jak myślisz – zaczął. – Ona nie była… kimś zamiast ciebie.
Słuchałam, a każde słowo bolało inaczej, niż się przygotowałam. Opowiedział o relacji sprzed lat, o poczuciu winy, o pomocy, którą uważał za swój obowiązek. O emocjach, które wróciły nieproszone. O tym, że prezent był próbą zamknięcia czegoś, co wymknęło się spod kontroli.
– Kupiłem dwa, bo… – urwał. – Bo nie umiałem wybrać.
To zdanie przecięło mnie na pół. Nie zapytałam już o szczegóły. Najgorsze stało się jasne.
Wstałam od stołu bez słowa. W sypialni schowałam swój prezent do pudełka. Nie wyrzuciłam go, jeszcze nie. Spakowałam torbę i wyszłam. Pojechałam sama w miejsce, które zawsze było „nasze”, i usiadłam na ławce, patrząc, jak zapada wieczór. Nie wiedziałam, czy wrócę. Wiedziałam tylko, że zaufanie nie jest obietnicą ani uczuciem na zawsze. Jest codziennym wyborem. A ja po raz pierwszy nie byłam pewna, czy potrafię go dokonać jeszcze raz.
Żaneta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Syn traktował nasz dom jak 4-gwiazdkowy hotel z pełnym wyżywieniem. W końcu mój mąż nie wytrzymał i pogonił lenia”
- „Zamiast kupić pączki w luksusowej cukierni, poszłam do dyskontu. Chciałam zabłysnąć w firmie, a to była kompromitacja”
- „Teść ma prawie 70 lat i za grosz szacunku do innych. Teściowa dawała sobie wejść na głowę, a ja ustawię go do pionu”

