„Narzeczona zniknęła niespodziewanie z mojego życia. Pojawiła się znowu po 30 tysięcy za kuchnie i meble ogrodowe”
„Po rozstaniu poczułem ulgę. Nie kłóciliśmy się już o pierdoły, nie chodziłem na palcach, żeby jej nie urazić. Myślałem, że wszystko się skończyło, ale myliłem się. Weronika wróciła, nie po miłość, tylko po swoje. A raczej po to, co uważała za swoje. Trzydzieści tysięcy złotych”.

- Redakcja
Zaręczyny z Weroniką trwały dwa lata. Mieszkaliśmy razem, planowaliśmy ślub, a przynajmniej tak mi się wydawało. Włożyliśmy sporo pieniędzy w remont kuchni i kupno mebli ogrodowych, ale nie prowadziłem rachunków. Byliśmy parą, żyliśmy razem, więc wydawało mi się to naturalne. A jednak po rozstaniu narzeczona stwierdziła, że czas się rozliczyć. Co do grosza.
Nie kłóciłem się, kupowałem
Weronika wprowadziła się do mnie krótko po tym, jak oświadczyłem się jej na wakacjach w Chorwacji. Byłem wtedy pewien, że to kobieta mojego życia. Przez pierwszy rok wszystko układało się świetnie. Gotowała, dekorowała mieszkanie, dbała o atmosferę. Ja pracowałem dużo, ale starałem się zapewnić nam wszystko, czego potrzebowaliśmy.
Kupiliśmy nowe szafki kuchenne, bo Weronika nie mogła patrzeć na stare. Zrobiła mi prezentację, pokazując „inspiracje” i argumentując, że nowoczesna kuchnia to inwestycja w przyszłość. Nie kłóciłem się. Kupiłem.
Później przyszła pora na ogród. Mieszkam w szeregowcu, z małym ogródkiem z tyłu. Weronika uparła się na zestaw mebli z rattanu. Twierdziła, że skoro nie jeździmy na wakacje, to chociaż kawa rano w ładnym otoczeniu jej się należy. Znów – nie dyskutowałem. Karta kredytowa poszła w ruch. Nawet nie pamiętam, ile to kosztowało. Może pięć, może dziesięć tysięcy. Nigdy nie byłem drobiazgowy w takich kwestiach.
Zaręczyny jednak jakoś się nie kończyły ślubem. Zaczęła przesuwać datę, najpierw z powodu pracy, potem pandemii, potem twierdziła, że musi „poczuć się gotowa”. W pewnym momencie poczułem, że nie jestem już partnerem, tylko sponsorem. Mówiła o miłości, ale coraz częściej słyszałem o „wspólnych inwestycjach”, „udziałach” i „wkładach”.
– Po ślubie wszystko będzie wspólne, więc chyba nie masz z tym problemu? – rzucała mimochodem.
Wtedy jeszcze nie miałem. Wtedy jeszcze jej wierzyłem.
Spakowała się i wyszła
To nie był dramatyczny koniec z płaczem i tłuczeniem talerzy. Po prostu któregoś dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że część jej rzeczy zniknęła. Buty z przedpokoju, kosmetyki z łazienki, jej szlafrok z haczyka. Na stole leżał klucz. Nie zostawiła żadnego liściku, nie zadzwoniła, nie napisała. Przez chwilę myślałem, że może tylko gdzieś wyjechała. Dzień później dostałem SMS-a: „Potrzebuję przerwy. Proszę, nie dzwoń”. I tyle.
Pierwszy tydzień był dla mnie szokiem. Nie rozumiałem, co się właściwie wydarzyło. Miałem złość i żal, ale też ulgę, choć sam przed sobą bałem się to przyznać. Zorientowałem się, że od dawna nie byłem naprawdę szczęśliwy. Żyliśmy obok siebie, a nie razem. Ciągle jakieś napięcia, ciche dni, pretensje o to, że nie rozpoznałem, że ma „gorszy dzień”.
Po dwóch tygodniach trochę odżyłem. Wychodziłem z kolegami, chodziłem na siłownię, nawet zacząłem znów czytać książki. Nie miałem już nikogo, kto komentowałby, że gram za głośno na konsoli albo że znów kupiłem piwo zamiast mleka. Poczułem się wolny. Nawet odetchnąłem z ulgą, że nie muszę już kombinować, jakby tu „romantycznie spędzić czas”, żeby nie czuła się zaniedbana.
Nie sądziłem, że to nie był koniec. Że cisza to tylko krótka pauza przed kolejnym aktem tej farsy. Spokój trwał zaledwie trzy tygodnie. Potem zadzwoniła.
Niespodziewany telefon
– Cześć, musimy pogadać – usłyszałem jej głos w słuchawce, chłodny i rzeczowy.
– O czym? – spytałem, już przeczuwając, że nie chodzi o „damy sobie jeszcze szansę”.
– O pieniądzach. O moim wkładzie w to mieszkanie. Kuchnia, meble ogrodowe, różne rzeczy. To było ponad trzydzieści tysięcy. Chcę zwrotu.
Początkowo pomyślałem, że to żart. Parsknąłem śmiechem.
– Przepraszam, co chcesz?
– Pieniądze. Połowę kuchni i całe meble ogrodowe. To były moje oszczędności, pamiętasz?
Pamiętałem, że mówiła, że się dorzuci. Ale nigdy nie padały kwoty, nigdy nie ustalaliśmy, że po rozstaniu będziemy się rozliczać. To była wspólna decyzja – jak się urządzić. Mieszkaliśmy razem, byliśmy narzeczeństwem. Wkładaliśmy w to życie oboje, emocjonalnie i finansowo.
– Weronika, przecież to było nasze życie, nie umowa najmu. Myślałem, że razem to tworzyliśmy, a nie inwestowaliśmy w nieruchomość – powiedziałem, próbując zachować spokój.
– Widocznie myślałeś za mało – odpowiedziała. – Albo naiwnie. W każdym razie, liczę na uczciwość. Daj znać, kiedy przelejesz. Albo możemy się spotkać i to załatwić oficjalnie.
Zakończyła rozmowę bez pożegnania. Siedziałem przez chwilę z telefonem w dłoni, jakby miało z niego wypłynąć jakieś sensowne wytłumaczenie. Zamiast tego zaczęła się burza. Prawna, emocjonalna i, przede wszystkim, finansowa.
Spotkanie z adwokatem
Minęło kilka dni ciszy, zanim dostałem maila. Nadawca: Kancelaria. W załączniku skan pisma – niby przedsądowe wezwanie do zapłaty. W treści: wyliczenia kosztów remontu kuchni, faktura na meble ogrodowe, kopie przelewów z jej konta. Podpisane przez jakiegoś aplikanta adwokackiego. Weronika najwyraźniej nie żartowała. Uznała, że trzydzieści tysięcy to coś, co mi „pożyczyła”.
Nie byłem idiotą. Skonsultowałem się z prawnikiem – znajomy polecił kogoś sprawdzonego. Spotkaliśmy się w jego biurze, pokazałem wszystkie wiadomości, paragony, pokazałem też zdjęcia z czasów remontu. Weronika pozowała na nich z kieliszkiem w dłoni, uśmiechnięta, przy nowym blacie kuchennym.
– Tu nie ma mowy o żadnej umowie pożyczki – stwierdził prawnik. – Żyliście razem, byliście parą. Niech spróbuje udowodnić, że miała inne intencje niż wspólne życie. Jeśli pójdzie do sądu, ryzykuje więcej, niż może zyskać. To klasyczny szantaż emocjonalno-finansowy.
Mimo tych słów czułem się podle. Przecież byłem z tą kobietą dwa lata. Spałem z nią w jednym łóżku, mówiłem jej, że ją kocham. Wierzyłem, że budujemy coś wspólnie. A teraz siedziałem naprzeciwko człowieka, który wyjaśniał mi, że mogę „złożyć zawiadomienie o próbie wyłudzenia”.
Zgodziłem się, żeby odpisał w moim imieniu. Ton był grzeczny, ale stanowczy. Nie ma podstaw do zwrotu środków. W razie kontynuacji jej działań – sprawa trafi na policję. Myślałem, że to zakończy temat. Naiwnie.
Jak chcesz wojny, to ją masz
Tydzień po odpowiedzi prawnika dostałem wiadomość głosową. Weronika nie była już chłodna i rzeczowa. Była roztrzęsiona, zła, mówiła przez zaciśnięte zęby.
– Myślisz, że to koniec? Że mnie zastraszysz jakimś prawnikiem? Nie wiesz jeszcze, na co mnie stać. Jak chcesz wojny, to ją masz.
Słuchałem tej wiadomości trzy razy. Nie wierzyłem, że to naprawdę ona. Jeszcze niedawno planowała ze mną ślub, teraz groziła mi wojną. Przyszedł też SMS: „Mam świadków, mam dowody. Jeśli nie oddasz pieniędzy, zrobi się z tego afera. Publiczna”.
Zacząłem się zastanawiać, co to właściwie znaczy. Co może na mnie „mieć”? Zdjęcia z wakacji? Maile o tym, że „kupiłem coś dla nas”? Sam nie byłem święty, ale nie dawałem jej powodów do szantażu. Nigdy jej nie biłem, nie zdradzałem, nie oszukiwałem. Największy mój błąd to, że zbyt długo ją kochałem.
W międzyczasie zaczęła wydzwaniać do mojej mamy. Tak, do mojej mamy. Mówiła, że wychowała „nieodpowiedzialnego faceta”, który oszukał kobietę i zostawił ją z długami. Mama była zdezorientowana, zadzwoniła do mnie z pytaniem, co się dzieje.
– Mamo, nic jej nie jestem winien. Przysięgam. Przestań z nią rozmawiać – powiedziałem, czując, jak zaciska mi się gardło.
Weronika chciała mnie upokorzyć, zniszczyć, obrócić wszystko przeciwko mnie. Nie wiem, co nią kierowało. Może zawód, może urażona duma. Jedno było pewne – to już nie była dziewczyna, którą znałem. Stała się kimś obcym.
Kiedyś będę się z tego śmiać
Nie wiem, kiedy dokładnie przestałem czuć złość. Może po trzecim piśmie od jej prawnika, które znów niczego nowego nie wnosiło. Od tamtej pory się nie odzywała. Minęły trzy miesiące ciszy, które zadziałały lepiej niż terapia. W końcu znów zacząłem czuć się sobą. Bez napięcia w karku, bez szukania dziury w całym, bez codziennego udowadniania, że jestem „wystarczająco zaangażowany”.
Nie odzyskałem miłości, ale odzyskałem coś ważniejszego – spokój. Nie mam już w ogrodzie tych cholernych mebli, sprzedałem je na portalu aukcyjnym za ułamek ceny. Kuchnia została, ale bez sentymentu. To teraz po prostu miejsce, gdzie parzę kawę. Sam, w ciszy, bez narzekań, bez wyliczeń.
Czasem opowiadam tę historię znajomym przy piwie. Śmiejemy się, bo z perspektywy to brzmi jak kiepski scenariusz serialu. Może właśnie tak działa życie. Najpierw daje ci lekcję, potem pozwala się z niej śmiać. Oby więcej już nie było powtórek.
Michał, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaprosiłam synową na święta, ale ona mną wzgardziła. Myślałam, że się mści, ale prawda była inna”
- „Moja synowa zgłupiała i zapomniała o tradycji. Zamiast polskiego makowca postawiła na stole szwedzkie cynamonki”
- „Te święta miały być spokojne. Zamiast tego mama wypomniała mi każdą złotówkę, którą mi kiedyś pożyczyła”

