„Narzeczona doiła mnie z kasy, bo ciągle jej brakowało na życie. Gdy zobaczyłem na co wydaje, nogi się pode mną ugięły”
„Miałem swoje zasady dotyczące pieniędzy, ale na pewno nie byłem dusigroszem. Marzena pożyczała ode mnie po kilkaset złotych i nigdy mi nie oddawała, gdy brakowało jej do pierwszego. Gdy te pożyczki stały się codziennością, zorientowałem się, że w skali roku wychodzi z tego po kilka tysięcy”.

- Listy do redakcji
Moi rodzice nigdy nie mogli zrozumieć, dlaczego dzieliliśmy wszystkie wydatki z Marzeną po pół.
– Mieszkanie jest przecież twoje i ona płaci ci za rachunki? – dziwił się tata.
– Nie wiem, co w tym dziwnego?
– No, że nie płacisz rat kredytu, bo mieszkanie masz od nas, więc mógłbyś chociaż zapewnić opłaty. Jak facet – strofował mnie
Ojciec mnie strofował
Nie wiem, o co mu chodziło. I ona, i ja zarabialiśmy taką samą kasę, czemuż więc ja miałby płacić więcej, tylko dlatego, że jestem mężczyzną? Takie staromodne podejście mojego taty doprowadzało mnie do szału. Wiedziałem kto ma rację, ale jakoś tak niemiło mi się robiło na myśl, że ma mnie za jakiegoś sknerusa, któremu zależy na tym, by ograbić własną małżonkę z pieniędzy. Sprawa wyglądała całkiem inaczej... Mimo że wszystkie rachunki i opłaty płaciliśmy po połowie, to i tak organizowałem randki z Marzeną, za które ja płaciłem. Tak samo było z kinem, czy innymi atrakcjami. Nie było z tym najmniejszego problemu. Dlatego też, nie pojmowałem tej narracji, że to ja mam opłacać wszystko, a żona ma być kimś na moim utrzymaniu? Współcześni mężczyźni, wydawało mi się, którzy szanują dzisiejsze kobiety, na pewno nie powinien trwać w takim układzie.
Rozumiałem, rzez jasna, że kiedy już założymy rodzinę i ona się powiększy, wtedy będę musiał zapewnić jej byt, zwłaszcza w sytuacji, gdy Marzenia nie będzie mogła pracować, będzie w ciąży i będzie się opiekować naszym dzieckiem. Nie miała etatu, więc miała zarobek, tylko gdy mogła pracować. Nie był to dla mnie żaden problem, ale gdyby sytuacja była odwrotna, np. ja bym nie miał pracy, chciałbym, żeby Marzena też wzięła na siebie wszystkie wydatki. Dopóki nie stanę na nogi.
Ciągle jej brakowało kasy
Miałem być może zasadnicze zasady dotyczące pieniędzy, ale na pewno nie byłem dusigroszem. Marzena non stop pożyczała ode mnie po kilkaset złotych i nigdy mi nie oddawała, gdy brakowało jej do pierwszego. Na początku nic sobie z tego nie robiłem, nie rozliczałem się z nią co do grosza. Jednak gdy te pożyczki stały się codziennością, zorientowałem się, że w skali roku wychodzi z tego po kilka tysięcy.
– Marzena, co się dzieje? Dlaczego ci nie starsza do pierwszego? Może to sygnał, że powinnaś iść do szefa po podwyżkę? – szczerze spytałem pewnego razu.
– A wiesz, że coś w tym jest. Chyba pójdę, bo nie pamiętam kiedy ostatnio była jakaś premia, albo podwyżka, a przecież wszystko wokół ciągle drożeje… – odpowiedziała.
I rzeczywiście niedługo potem wynegocjowała większą pensję. Niestety jej pożyczki i tak się nie skończyły.
– Skoro zarabiasz więcej, mamy właściwie takie same pensje, nie płacimy za czynsz… Co się dzieje? Masz jakieś problemy, o których nie wiem? – delikatnie próbowałem jej pomóc, ale wewnętrznie już cały wrzałem, bo to było irytujące.
– Miałam trochę nieprzewidzianych wydatków… Dałam rodzicom, bo remontują salon i nie mieli od kogo innego pożyczyć. Poszłam też na urodziny Mariolki, a wiadomo i prezent, i trzeba też się jakoś ubrać… Poza tym niedługo jej mała będzie miała chrzciny… – tłumaczyła się jakoś pokrętnie.
Bałem się najgorszego
No i co miałem zrobić? Pożyczyłem jej znowu kasę. Bałem się wyjść na tego sknerę, o którym ojciec ciągle gadał. Kilkaset złotych nie fortuna, a to w końcu moja przyszła żona. Trochę miałem wyrzuty sumienia, że może jednak powinienem więcej łożyć na nasz dom. Potem był spokój ze trzy miesiące i nie prosiła mnie ani razu o pożyczkę. Moje wcześniejsze podejrzenia przygasły. Gdy nadszedł czwarty miesiąc sytuacja wróciła do normy. Czyli znowu nie miała do pierwszego.
– Marzenko, masz problem z tym zarządzaniem własnymi wydatkami, co? – sugerowałem.
Wtedy moja Marzenka odburknęła mi, że chcę ją kontrolować, że traktuję jak dziecko, że to jest bardzo szowinistyczne i patriarchalne. A na koniec się obraziła. Absurd! Chodziło mi tylko o to, żeby dojść do sedna całego problemu, bo to było naprawdę bardzo niepokojące. Marzena niestety nie zamierzała współpracować, więc musiałem sam zacząć działać.
Złapałem się za głowę
Może to nie było jakieś szlachetne z mojej strony, ale innego rozwiązania nie było. Bałem się, że może ma jakieś długi, albo, co gorsza, padła ofiarą jakiegoś szantażu. Różne czarne myśli chodziły mi po głowie. Cała ta sytuacja mnie po prostu martwiła. Postanowiłem sprawdzić jej wyciągi z konta na mailach. Miałem dostęp do jej skrzynki, więc sprawa była prosta. Nie byłem z siebie dumy, ale działałem w dobrej wierze. Gdy tam zajrzałem, zrozumiałem, że trzeba to było skontrolować wiele miesięcy temu…
W mailach Marzenki były głównie potwierdzenia rozmaitych zamówień. A to kupowała jakieś ubrania, a to bieliznę, a to olbrzymie ilości kosmetycznych produktów… Gdy sprawdziłem dokładniej, aż nogi się pode mną ugięły. To było kosmiczne ilości. Na jakieś po prostu kaprysy! Szafy pękały w szwach od ubrań, a ona wydawała na nowe. Oczywiście podobało mi się, jak się prezentowała, jak ubierała i malowała, ale, na litość boską, są jakieś granice! Ta sama sytuacja dotyczyła perfum i innych kosmetyków. Nie dziwota, że kasy potrzebowała coraz więcej i więcej.
Wiedziała, że ma za uszami
Najpierw nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić i nic jej nie powiedziałem. Pewnego razu jednak Marzena zaczęła przebąkiwać coś o dzieciach i większym mieszkaniu, więc po prostu nie wytrzymałem.
– Piotrek, mamy pieniądze, dobre pensje, więc już nie ma na co czekać. Młodsi nie będziemy. Ślub nie jest dla mnie tak ważny, ale dzieci trzeba mieć w odpowiednim wieku – chciała mnie przekonać.
Nie wiedziałam, że uderza w mój najczulszy punkt.
– Kogo masz na myśli? Ty ogarniesz to wszystko? Tyle wydajesz jakieś nikomu niepotrzebne łachy i mazidła, że nie masz kasy już po tygodniu od wypłaty, a oszczędności zero! – wybuchnąłem wkurzony tymi bajaniami.
Marzena popatrzyła na mnie ze złością i nic nie powiedziała. Czułem, że wymyśla jakąś celną ripostę, ale nic nie przychodzi jej do głowy. Wiedziała, co ma za uszami i nie było co do tego żadnych wątpliwości.
– A ty co, śledzisz mnie? Skąd wiesz, co ja kupuję i ile wydaję? – spytała nieufnie.
– Bo patrzyłem, co wyprawiasz. Ile masz ubrań z nowymi metkami, a szafa pęka w szwach. Wala się tu pełno pudełek i kartonów po nowych rzeczach. Myślisz, że ja tego nie widzę? Myślisz, że nie wiem ile ciuchy kosztują? – troszkę podkoloryzowałem, ale przecież tak właśnie było.
Marzenia zaczęła płakać, a ja nie miałem pojęcia, co dalej.
Zakupy dobre na wszystko
Myślałem raczej, że będzie się awanturować, rzucać we mnie jakimiś ciuchami, a nie, że zacznie mi tu łkać jak dziecko. Przygarnąłem ją do siebie i próbowałem pocieszyć, bo co innego mogłem zrobić?
– Nie płacz, nie chciałem krzyczeć, ale to wszystko wymknęło się chyba spod kontroli… Trzeba coś z tym zrobić, zwłaszcza jeśli mamy tworzyć rodzinę. Musimy oszczędzać, mieć jakieś odłożone pieniądze, a nie tak żyć tylko z dnia na dzień – łagodziłem delikatnie, ale stanowczo.
– Tak, Piotrek… – łkała mi dalej. – Ja nie umiem… Możliwe, że troszkę robię tych zakupów więcej niż potrzeba, ale no nie byłam nigdy zbyt oszczędna. Jak chcę sobie poprawić nastrój, to zwyczajnie robię zakupy, chodzę po sklepach. A jak mi się coś uda, mam dobry dzień to w zasadzie też się nagradzam zakupami. I pieniądze jakoś tak się same rozchodzą, nawet nie wiem kiedy.
Jęknąłem głośno i przytuliłem Marzenę do siebie jeszcze raz.
Dobrze, że nie brała chwilówek
Całą noc wałkowaliśmy te wszystkie sprawy. Doszliśmy do wniosku, że musimy mieć jedno wspólne konto, na które będziemy przelewać po połowie na rachunki, na zakupy, na jakieś inne koszty na codzienne sprawy, a także coś, żeby odłożyć. A to co zostanie nam na naszych indywidualnych kontach, możemy rozdysponować jak chcemy. Miałem oczywiście obawy, czy Marzena nie ma przypadkiem jeszcze jakichś długów, ale przysięgała mi z płaczem, że nie wzięła ani jednej chwilówki, ani żadnego innego kredytu. Przyznam, że była to niesamowita ulga. Jakieś 500 złotych miesięcznie dodatkowe to jeszcze nie jest koniec świata.
Nie zadłużyła się, nie płaciła na piramidę finansową, nie wdała się w jakieś szemrane interesy… Na szczęście! Mogło być znacznie gorzej. Od tamtych ustaleń minęło z pół roku. Marzena wypełnia wszystkie ustalone punkty, przelewa kasę, oszczędza i nie pożycza już ode mnie. Kupuje też już o wiele mniej, widziałam też, że zaczyna wyprzedawać niektóre swoje ubrania, które już są niemodne, albo przestały jej się podobać.
– Wiesz Piotruś, chciałabym pójść na zakupy i kupić jakąś nową kreację,, bo w tym roku czeka nas kilka wesel… – zaczęła temat pewnego razu, a mnie od razu jakby piorun strzelił. – Ale potem pomyślałam, że to, co zarobię z wyprzedaży, wydam na nową! – i uśmiechnęła się szelmowsko, jakby wiedziała od razu, co mnie martwi.
Piotr, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam zrobić sałatkę ziemniaczaną na grilla. Pretensje teściowej, że za grubo obieram ziemniaki, odebrały mi apetyt”
- „Teściowa chciała zabłysnąć i upiekła truskawkowe ciasto na komunię córki. Przyniosła mi wstyd tym zakalcem”
- „Kiedy mój mąż wyjechał, poczułam się samotna. Głupota, którą zrobiłam, prawie zniszczyła moje małżeństwo”

