Reklama

Patrzyłem na puste miejsce na półce, gdzie jeszcze wczoraj stało nasze wspólne zdjęcie w ramce z surowego drewna. To nie była kwestia skąpstwa, jak krzyczała mi w twarz, pakując swoje walizki. To była kwestia priorytetów, fundamentów, na których mieliśmy zbudować całe życie, a nie tylko jedną, szaloną noc. Kiedy pierścionek zaręczynowy z brzękiem uderzył o blat kuchennego stołu, zrozumiałem, że walczyliśmy o dwie zupełnie różne wizje szczęścia. Ona pragnęła widowni i oklasków, ja chciałem po prostu domu, do którego moglibyśmy wracać, gdy zgasną światła.

Natychmiast wpadła w wir planowania

Początek naszej historii nie zwiastował katastrofy. Poznaliśmy się trzy lata temu w biurze projektowym, gdzie pracowałem jako młodszy architekt. Roksana zajmowała się marketingiem w firmie obok. Była żywiołem, kolorem w moim dość poukładanym, monochromatycznym świecie. Urzekła mnie swoją energią i tym, jak potrafiła cieszyć się z małych rzeczy. Pamiętam, jak zachwycała się polnymi kwiatami, które kupiłem jej na drugiej randce u starszej pani na rogu ulicy. Mówiła wtedy, że luksus to stan umysłu, a nie stan konta. Wierzyłem jej.

Oświadczyłem się w cichym zakątku Bieszczad, bez kamer, bez fajerwerków, tylko my dwoje i szum wiatru w trawach. Płakała ze szczęścia. Obiecywaliśmy sobie wtedy, że nasza miłość zawsze będzie taka prosta i szczera. Jednak machina ruszyła w momencie, gdy wróciliśmy do miasta i Roksana zmieniła status na portalu społecznościowym.

Pierwsze gratulacje spłynęły lawiną, a wraz z nimi pytania: „Gdzie wesele?”, „Jaka sala?”, „Kiedy wielki dzień?”. Zauważyłem, że Roksana, zamiast cieszyć się narzeczeństwem, niemal natychmiast wpadła w wir planowania. Początkowo mnie to bawiło. Myślałem, że to naturalna ekscytacja. Nie wiedziałem jeszcze, że w jej głowie kiełkuje wizja, która przerośnie nasze możliwości finansowe i emocjonalne.

To jest jedyny dzień w życiu

Jako architekt patrzę na świat pragmatycznie. Widzę konstrukcję, budżet, trwałość materiałów. Od dwóch lat odkładałem każdy grosz z nadgodzin i dodatkowych zleceń na jeden cel: wkład własny na mieszkanie lub mały dom do remontu. Wynajmowaliśmy kawalerkę, w której ledwo mieściliśmy się z naszymi rzeczami, i marzyłem o czymś własnym. O miejscu, gdzie mógłbym urządzić pracownię, a Roksana miałaby swoją wymarzoną garderobę.

– Usiądźmy i policzmy – zaproponowałem pewnego wieczoru, otwierając arkusz kalkulacyjny. – Mamy oszczędzone osiemdziesiąt tysięcy. Jeśli zrobimy skromny ślub i obiad dla najbliższych, wydamy góra piętnaście. Reszta pójdzie na wkład własny. Znalazłem świetną ofertę szeregowca pod miastem, wymaga pracy, ale ma potencjał.

Roksana spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej zamieszkanie w namiocie.

– Obiad? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Oliwer, to jest jedyny dzień w życiu. Chcesz mnie zbyć obiadem w jakiejś restauracji? A co z tańcami? Co z moją rodziną z drugiego końca Polski? Przecież oni muszą gdzieś spać, muszą się bawić.

– Kochanie, nie mówię o barze mlecznym. Mówię o eleganckiej kolacji, kameralnym przyjęciu na trzydzieści, może czterdzieści osób. Bez orkiestry za dziesięć tysięcy i gołębi wypuszczanych przed kościołem.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ten błysk w jej oku. To nie był smutek, to była determinacja. Wyciągnęła telefon i zaczęła pokazywać mi inspiracje. Pałace, dworki, sale balowe ociekające złotem i kryształami. Suknie z trenami ciągnącymi się przez pół kościoła.

– To są moje marzenia, Oliwer – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Nie zabieraj mi ich tylko dlatego, że wolisz cegły od wspomnień.

Znowu przeliczasz wszystko na pieniądze

Tydzień później zabrałem ją na oględziny tego szeregowca. Był to stary dom z lat sześćdziesiątych, z nieco zapuszczonym ogrodem, ale solidną konstrukcją. Widziałem w nim naszą przyszłość. Wyobrażałem sobie, jak wyburzam ściankę działową w kuchni, jak odnawiam stary parkiet, jak sadzimy magnolię w ogrodzie. Dla Roksany to była ruina. Chodziła po pustych pokojach z miną, jakby czuła nieprzyjemny zapach.

– Tu śmierdzi wilgocią – skwitowała, nie patrząc nawet na piękne, drewniane schody, które wymagały tylko cyklinowania. – I jest daleko od centrum. Oliwer, myślisz, że ja będę tu szczęśliwa? Remont pochłonie nas na lata. A kiedy będziemy żyć?

– Właśnie tu będziemy żyć – próbowałem ją zarazić swoim entuzjazmem. – To jest inwestycja w nas. Wesele trwa jedną noc. Ten dom będzie nasz na dekady. Pomyśl, te pieniądze, które chcesz wydać na salę balową, to nowe okna, ogrzewanie i kuchnia w zabudowie.

– Znowu przeliczasz wszystko na pieniądze! – krzyknęła, wychodząc przed dom. – Jesteś taki przyziemny. Moja matka miała rację, mówiąc, że będziesz nam wszystkiego żałował.

To zdanie zabolało mnie bardziej, niż chciałem przyznać. Wiedziałem, że jej matka, kobieta lubiąca stwarzać pozory luksusu mimo skromnych dochodów, sączyła jad do ucha mojej narzeczonej.

Chciałem, żeby była szczęśliwa

Zgodziłem się na kompromis. Zwiększyliśmy budżet weselny do czterdziestu tysięcy. To i tak bolało, bo oznaczało, że kwestia zakupu domu odsunie się w czasie o co najmniej rok, ale kochałem ją i chciałem, żeby była szczęśliwa. Szybko jednak okazało się, że słowo „kompromis” w słowniku Roksany nie istnieje. Każde spotkanie z usługodawcami kończyło się awanturą w samochodzie. Wybrała salę weselną w odrestaurowanym dworku. Cena za talerzyk? Trzykrotnie wyższa niż w standardowych lokalach. Do tego dochodził koszt dekoracji, bo surowe wnętrza wymagały, jej zdaniem, ton świeżych kwiatów.

– Roksana, to będzie kosztować fortunę – oznajmiłem, patrząc na kosztorys florystki. Może znajdziemy jakieś tańsze kwiaty, ale równie piękne.

– Kinga miała takie i wyglądało to bajecznie – prychnęła, nawet na mnie nie patrząc.

Kinga była jej przyjaciółką ze studiów. Wzięła ślub pół roku wcześniej. Byłem na tym weselu. Było wystawne, głośne i męczące. Wiedziałem też coś, czego Roksana zdawała się nie zauważać – Kinga i jej mąż wzięli na tę imprezę ogromny kredyt konsumencki, a teraz mieszkali kątem u teściów, kłócąc się o każdą złotówkę na spłatę raty. Kiedy wspomniałem o tym Roksanie, machnęła ręką.

– Przesadzasz. Oni są szczęśliwi, mają piękne wspomnienia i zdjęcia, których zazdroszczą im wszyscy. Ty po prostu nie rozumiesz, jak ważne jest pokazanie się. To świadczy o naszym statusie.

– O jakim statusie? – zapytałem spokojnie. – O statusie młodych ludzi na dorobku, którzy wydają oszczędności życia na pokaz dla ciotek, których nie widzieli od dziesięciu lat?

– Jesteś żałosny – powiedziała wtedy i wyszła z samochodu, trzaskając drzwiami.

Chcesz zaczynać małżeństwo z pustym kontem?

Gwoździem do trumny naszego związku nie była jednak kwiaciarnia, ale spotkanie z zespołem muzycznym. Roksana uparła się na sześcioosobowy band coverowy, który był modny w mediach społecznościowych. Grali świetnie, to fakt, ale ich stawka zwaliła mnie z nóg. Siedzieliśmy w kawiarni z liderem zespołu. Kiedy podał cenę, zaśmiałem się nerwowo, myśląc, że to żart. On jednak patrzył na mnie poważnie.

– To wykracza poza nasz budżet o dziesięć tysięcy – powiedziałem stanowczo do Roksany. – Mieliśmy ustaloną górną granicę. Już i tak naciągnęliśmy ją przy sali i fotografie.

Roksana uśmiechnęła się do muzyka przepraszająco.

Proszę nam dać chwilę – powiedziała słodko, po czym pociągnęła mnie w stronę toalet.

Gdy tylko zniknęliśmy z pola widzenia, jej twarz stężała.

– Nie rób mi wstydu przy ludziach – syknęła. – Zamówimy ich.

– Za co? – zapytałem. – Roksana, matematyka nie kłamie. Nie mamy tych pieniędzy, chyba że wydamy wszystko do zera. Chcesz zaczynać małżeństwo z pustym kontem? Bez zabezpieczenia na czarną godzinę? Bez wkładu na mieszkanie?

– Weźmiemy pożyczkę – rzuciła to tak lekko, jakby proponowała kupno bułki. – Moi rodzice powiedzieli, że mogą nam pomóc. Mama mówiła, że to wstyd, żeby jedynaczka miała wesele z DJ-em zamiast porządnej orkiestry.

Poczułem, jak coś we mnie pęka. To nie była złość. To było przerażające uczucie pustki. Zrozumiałem, że dla niej i jej rodziny byłem tylko środkiem do celu, elementem scenografii w jej idealnym przedstawieniu. Nie liczyło się moje bezpieczeństwo, moja ciężka praca, moje marzenia o stabilizacji. Liczyło się to, co powiedzą sąsiedzi i ile lajków zdobędzie relacja w mediach społecznościowych.

– Nie wezmę kredytu na wesele – powiedziałem powoli, ważąc każde słowo. – Nie zacznę życia z tobą od długu, tylko po to, żeby twoja matka była zadowolona.

– Jeśli mnie kochasz, zrobisz to – szantaż emocjonalny był jej ostatnią deską ratunku.

– Jeśli ty byś mnie kochała, nie prosiłabyś o to – odpowiedziałem i wróciłem do stolika.

Podziękowałem muzykowi i wyszedłem z kawiarni, zostawiając ją tam samą.

Ślub ma być idealny albo wcale

Przez kolejne trzy dni w naszym mieszkaniu panowała cisza. Roksana spała w salonie. Wiedziałem, że czeka, aż zmięknę. Zawsze miękłem. Kupowałem kwiaty, przepraszałem za to, że jestem zbyt racjonalny, i ustępowałem. Ale tym razem stawka była zbyt wysoka. Chodziło o moją godność i naszą przyszłość. Widziałem, jak prowadzi szeptane rozmowy telefoniczne z matką i Kingą. Czułem na sobie jej oskarżycielski wzrok. Czwartego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem na stole kosztorys wesela. Nowy, poprawiony. Kwota końcowa wynosiła sto dwadzieścia tysięcy złotych. Obok leżały ulotki bankowe z ofertami kredytów gotówkowych.

– Musimy to podpisać do jutra, żeby zarezerwować termin – powiedziała, nie odrywając wzroku od telewizora. – Mama powiedziała, że dołożą nam pięć tysięcy. Resztę bierzemy na siebie. To dobra oferta, Oliwer. Niska rata, rozłożona na osiem lat. Nawet nie poczujemy.

Osiem lat. Osiem lat spłacania jednej nocy. Osiem lat rezygnacji z wakacji, z lepszego samochodu, z własnego kąta, tylko po to, żeby nakarmić czyjeś ego.

Usiadłem naprzeciwko niej.

– Nie podpiszę tego – powiedziałem spokojnie.

– Znowu zaczynasz? – przewróciła oczami. – Już o tym rozmawialiśmy. Ślub ma być idealny albo wcale. Nie stanę na ślubnym kobiercu ze sknerą.

Zapadła cisza. Spojrzałem na nią i po raz pierwszy od trzech lat zobaczyłem obcą osobę. Nie widziałem dziewczyny, która cieszyła się z bukietu polnych kwiatów. Widziałem kobietę, która była gotowa sprzedać naszą wolność finansową za iluzję bogactwa.

– W takim razie wcale – powiedziałem.

Zamarła. Wyłączyła telewizor.

– Co ty powiedziałeś?

– Powiedziałem: wcale. Nie mogę cię poślubić, Roksana. Chcemy od życia zupełnie innych rzeczy. Ty chcesz bajki na pokaz, ja chcę prawdziwego życia. Nie stać mnie na twoje marzenia, a ty nie potrafisz docenić moich.

Awantura, która nastąpiła później, była straszna. Padło wiele słów, których nie da się cofnąć. Nazwała mnie nieudacznikiem bez ambicji, skąpcem, człowiekiem bez klasy. Krzyczała, że marnuję jej najlepsze lata. Jej matka dzwoniła do mnie w środku nocy, grożąc i wyzywając. Ale ja czułem dziwny spokój. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar. Wyprowadziła się następnego dnia. Zabrała wszystko, łącznie z ekspresem do kawy, który kupiłem nam na pierwszą rocznicę. Zostawiła tylko pierścionek.

Życzę im szczęścia, naprawdę

Minęły dwa lata od tamtego dnia. Nie było łatwo. Przez pierwsze miesiące biłem się z myślami, czy nie popełniłem błędu. Tęskniłem za jej zapachem, za jej śmiechem, za tym, co było dobre. Ale potem dowiedziałem się od wspólnych znajomych, że Roksana szybko znalazła kogoś nowego. Podobno planują ślub. Wielki, wystawny, dokładnie taki, o jakim marzyła. Słyszałem też, że jej nowy partner jest mocno zadłużony, ale "jakoś to będzie". Życzę im szczęścia, naprawdę.

A ja? Kupiłem ten dom. Ten szeregowiec, którym Roksana tak gardziła. Okazało się, że pod warstwami starych tapet i wykładzin kryły się prawdziwe skarby. Własnymi rękami odnowiłem podłogi. Wyburzyłem ścianę w kuchni, tak jak planowałem. W weekendy jeżdżę po sklepach i oglądam różne elementy wyposażenia.

Wieczorami siadam przy oknie z kubkiem herbaty i patrzę na zewnątrz . Jest cicho. Nie mam długów, nie mam kredytu konsumenckiego na karku. Mam swoje miejsce na ziemi. Czasami czuję się samotny, to prawda. Brakuje mi kogoś, z kim mógłbym się tym dzielić. Ale wolę tę uczciwą samotność w domu, który jest mój, niż życie w złotej klatce zbudowanej na kłamstwie i cudzych oczekiwaniach. Wiem, że kiedyś spotkam kogoś, kto zachwyci się starymi, skrzypiącymi schodami i zrozumie, że to nie jest tylko drewno. To jest dom.

Oliwer, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama