„Na zimowym szkoleniu poczułam miętę do kolegi z pracy. Firmowy bal karnawałowy wspominam z wypiekami na twarzy”
„Poczułam, jak lekko przechyla się w moją stronę. Nie zrobił nic więcej. Po prostu był obok, długo. Tak długo, że przestałam czuć palce, ale nie chciałam tego przerywać. Wróciliśmy razem bez słowa. Weszliśmy w ciszy, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak każde z nas czuło, że coś się zmieniło. Coś, czego nie da się już zignorować”.

- Redakcja
Nie jestem miła. I nie zamierzam udawać, że jest inaczej. Ludzie mylą uprzejmość z sympatią i potem się dziwią, że ktoś im wbija nóż w plecy przy kawie. Ja wolę nie robić ludziom złudzeń. W pracy trzymam dystans. W życiu – jeszcze większy. Tylko Karolina z działu marketingu jakoś się do mnie przykleiła i nie chce odpuścić, mimo że traktuję ją raczej jak natrętną plotkarę niż koleżankę.
Mam 34 lata, pracuję w korporacji i, o dziwo, lubię to. Daje mi to, czego potrzebuję – porządek, przewidywalność, premię kwartalną. A do tego mogę zamknąć drzwi od biura i udawać, że nic mnie nie rusza.
To nie był dobry pomysł
Najbardziej irytuje mnie Paweł. Idealny przykład korporacyjnego samca alfa: zawsze uśmiechnięty, zawsze z dowcipem na ustach, zawsze w idealnie dobranym garniturze. Taki, co to potrafi opowiadać o goleniu brody z pasją większą niż ja o kampanii marketingowej. Drażni mnie jego pewność siebie, jego "luz", jego wszystko. Na zebraniach zawsze musi coś wtrącić, nawet jak nie ma nic do powiedzenia. Nienawidzę jego "Agnieszka, a może Ty coś dodasz?" z tym uśmieszkiem jakby znał mnie od podszewki. A przecież nie zna. Nikt mnie nie zna.
Na wspomnienie, że jedziemy na szkolenie w góry, przewróciłam oczami. Szefowa uznała, że „zespoły muszą się zintegrować”, bo ktoś z HR poczytał coś w internecie. Wiedziałam, że będzie zimno, niewygodnie i żenująco. Ale kiedy Karolina wpadła do mojego boksu z miną, jakby odkryła Atlantydę, wiedziałam, że będzie jeszcze gorzej.
– Aga, słyszałaś? Jedziesz z Pawłem! Jednym autem! – niemal piszczała.
– On? Znowu popisywał się przed szefową?
– A jakże. I jeszcze zaproponował, że może „ogarnie transport dla kilku osób”. No i zgadnij, kto jedzie z nim.
Nie musiałam zgadywać. Chwilę później dostałam maila od szefowej. Temat: „Transport na szkolenie”. Treść: „Agnieszko, jedziesz z Pawłem – tak będzie najwygodniej, bo z jednej okolicy jesteście. Dzięki za zrozumienie”. Dzięki za nic – pomyślałam i zamknęłam laptopa. Gdy wychodziłam z biura, on już tam stał – przy windzie, z kawą w dłoni, uśmiechnięty jakby wygrał w totolotka.
– To co, w piątek o ósmej? – zagadał z tym swoim luzem.
– Punktualnie – odpowiedziałam bez uśmiechu. – Obyś się nie spóźnił.
– Oj, będzie zabawnie – rzucił i ruszył przed siebie.
Nie. Nie będzie zabawnie. To będzie długi dzień.
Coś we mnie zadrżało
W piątek rano śnieg sypał gęsto i ciężko, jakby ktoś tam na górze miał wyjątkowo złośliwy humor. Zima dopiero się rozkręcała, a już zdążyła wszystkich zmęczyć. Gdy schodziłam po schodach z termosem w jednej ręce i torbą w drugiej, śnieg wdzierał mi się za kołnierz. Na parkingu Paweł już czekał. Oparty o samochód, z rękami w kieszeniach, uśmiechał się, jakby to była wycieczka na narty, a nie służbowe szkolenie w ośrodku z lat dziewięćdziesiątych.
Nie powiedziałam nic, po prostu położyłam torbę na tylne siedzenie i wsiadłam. W aucie pachniało nowym zapachem do nawiewu, takim drzewno-cytrusowym. Typowe. Musiał zrobić to specjalnie. Przez pierwsze minuty jechaliśmy w ciszy. Śnieg zasypywał wszystko, drogę, pobocza, lusterka. Szyby parowały, wycieraczki nie nadążały. Jechał ostrożnie, co mnie nawet zaskoczyło. Spodziewałam się brawury, jakiejś głupiej muzyki, a on tylko ustawił cicho radio i milczał.
– Zawsze tak milczysz? – rzucił w końcu, kiedy byliśmy już gdzieś za miastem.
– Zawsze jak jadę z kimś, kogo nie znoszę – odpowiedziałam, nie odwracając głowy w jego stronę.
– Miło – powiedział i przez chwilę znowu było cicho.
Zerkałam na niego kątem oka. Nie tak, żeby zauważył. Miał zapiętą kurtkę pod samą szyję i jechał skupiony, z palcami na kierownicy, które nie drgały ani nie bębniły w rytm muzyki. Jakby też był spięty. To mi się w nim nigdy nie zgadzało – zgrywał luzaka, ale wystarczyło, że znikali ludzie, a znikał też cały ten luz. Zostawało coś dziwnie cichego i niepewnego.
– Termos z kawą? – spytał, kiedy skręcaliśmy w boczną drogę, gdzie śnieg przykrył wszystko, łącznie z jakimikolwiek oznaczeniami.
– Herbata – odpowiedziałam.
– W takim razie oficjalnie żałuję, że nie mam termosu z herbatą. – Zamilkł, jakby sam się zdziwił, że to powiedział.
Kiedy dojechaliśmy, był już późny wieczór. Białe ściany ośrodka ginęły w śnieżycy. Z parkingu do wejścia szliśmy w milczeniu, ślizgając się po zamarzniętym betonie. W drzwiach rzucił mi spojrzenie, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko wzruszył ramionami i ruszył do recepcji. Dopiero przy windzie, kiedy oboje staliśmy z walizkami, odezwał się cicho:
– W sumie… nie jesteś taka, jak myślałem.
Już przy drzwiach odpowiedziałam przez ramię:
– Ty też nie.
Stałam w windzie i powtarzałam w myślach jego słowa. Nie wiedziałam, co miał na myśli. Nie chciałam wiedzieć. Ale coś zadrżało we mnie, cicho i bez ostrzeżenia. I nie byłam pewna, czy to przez zimno.
Coś się zmieniło
Dzień szkoleniowy przeciągał się w nieskończoność. Ktoś z HR miał prezentację o komunikacji międzydziałowej, ktoś inny próbował nas zmusić do budowania figur z makaronu i plasteliny. Na przerwach wszyscy udawali zaangażowanie, a wieczorem w stołówce śmiali się zbyt głośno, jakby od nadmiaru energii. Ja trzymałam się z boku, jak zwykle.
Zazwyczaj nie zwracam uwagi na ludzi, chyba że mi przeszkadzają. Ale tego dnia zaczęłam obserwować Pawła. Siedział kilka rzędów przede mną, a potem przy sąsiednim stoliku. Nie był duszą towarzystwa. Nie zaczepiał każdej kobiety, nie mówił z przesadą, nie popisywał się. Słuchał. Śmiał się nieco za cicho, komentował coś z boku, ale nie dominował. To było dziwne. Bo ten Paweł z biura był zupełnie inny – pewny siebie, śliski, nie do zniesienia. A ten tutaj… był inny. Prawdziwszy?
Złapałam się na tym, że słucham, jak rozmawia z koleżanką z IT o swojej siostrze, która podobno pracuje w edukacji specjalnej. Mówił o niej z czułością, zupełnie inaczej, niż bym się po nim spodziewała. I wtedy poczułam coś, czego się po sobie nie spodziewałam – irytację. Na siebie.
Na kolację przyszłam później niż wszyscy. Miejsca były już prawie zajęte. Zastanawiałam się, gdzie usiąść, kiedy zobaczyłam go przy jednym ze stolików, jak rozmawia z chłopakami z działu analitycznego. Mój wzrok musiał się zatrzymać na sekundę za długo, bo nagle spojrzał w moją stronę, wstał i przesunął krzesło obok siebie.
– Ziemniaki jak w barze mlecznym – powiedział, kiedy tylko usiadłam.
– Miałeś barwne dzieciństwo, co? – odpowiedziałam, nie patrząc na niego.
– Nie uwierzysz. Bar mleczny na Pradze. Najlepsze kopytka z gulaszem w życiu – uśmiechnął się i wziął widelec do ręki.
Ta rozmowa nie miała sensu, ale trwała. I nagle przestałam się spinać. Mówiliśmy o jedzeniu, o tym, że herbata w termosie trzyma ciepło tylko wtedy, gdy się go dobrze zakręci, o tym, że w dzieciństwie miał koc z postaciami z bajki, której nikt już nie pamięta. I coś we mnie zaczęło mięknąć.
Śmiałam się, nie głośno, ale naprawdę. Po raz pierwszy od dawna. Patrzyłam, jak Paweł miesza łyżką w sosie i mówi o tym, że jego mama zawsze przypalała mleko. Nie wiem, jak długo tak siedzieliśmy. Nie wiem, ile osób na nas patrzyło. Ale kiedy wstał, poczułam, że nie chcę, żeby odchodził. Nie rozumiałam dlaczego. Nie planowałam tego. Ale coś się zmieniło, jakby delikatnie, prawie niezauważalnie, a jednak na zawsze.
Nie chciałam tego przerywać
Było już dobrze po dwudziestej drugiej, gdy wyszłam przed budynek. W sali rekreacyjnej zaczęło się karaoke, ktoś fałszował, a ja miałam ochotę tylko na ciszę. Śnieg już nie padał, ale wszystko było zasypane po kolana, łącznie z ławką pod drzwiami. Stałam więc, oparta o ścianę, chowając dłonie w rękawach kurtki.
Usłyszałam kroki. Nikt tu nie wychodził bez potrzeby – było za zimno, żeby bez celu spacerować. Spojrzałam w bok. Paweł, bez słowa stanął obok mnie. Nie pytał, czy może. Po prostu był. Znowu ta jego cisza, inna niż tamta z biura – nie niosła napięcia, tylko coś łagodniejszego, znajomego. Przez chwilę nie odzywaliśmy się. Słychać było tylko pukanie w okna i fałszywe dźwięki karaoke w tle.
– To dziwne, że nigdy wcześniej nie pogadaliśmy normalnie – powiedział w końcu, nie patrząc na mnie.
– Bo nie jesteś w moim typie – odpowiedziałam bez namysłu.
– A jaki jest twój typ?
Zamilkłam na długo. Patrzyłam na biały kawałek przestrzeni przed sobą, jakbym miała tam znaleźć odpowiedź.
– Zazwyczaj… nie pracuje ze mną.
Uśmiechnął się kątem ust. Ale nie jak zwykle, nie tym swoim biurowym uśmieszkiem. Tym razem było w tym coś spokojnego. Prawie smutnego. Schowałam ręce z powrotem do kieszeni. Chciałam wejść do środka, ale stałam dalej. I on też nie ruszył się z miejsca.
Poczułam, jak lekko przechyla się w moją stronę. Nie zrobił nic więcej. Po prostu był obok, długo. Tak długo, że przestałam czuć palce, ale nie chciałam tego przerywać. Wróciliśmy razem bez słowa. Weszliśmy w ciszy, jakby nic się nie wydarzyło. A jednak każde z nas czuło, że coś się zmieniło. Coś, czego nie da się już zignorować.
Czułam napięcie między nami
W poniedziałek wszystko wróciło na swoje miejsce. Komputery, maile, zapach taniej kawy z automatu. Korytarze pełne rozmów, jakby ten wyjazd był tylko dziwnym snem, którego nikt nie chce pamiętać. Karolina od razu wpadła do mojego boksu z opowieściami, kto się z kim bawił na karaoke i kto niby miał się pocałować w sali kominkowej. Udawałam, że słucham, choć myślami byłam gdzie indziej. Wbrew sobie – przy nim.
Starałam się o nim nie myśleć. Przekonywałam się, że przecież nic się nie wydarzyło. Nie było żadnego pocałunku, żadnego wyznania. Było szkolenie, była herbata, był śnieg. A jednak nie potrafiłam wrócić do tej samej Agnieszki, która dwa tygodnie temu nie mogła na niego patrzeć. Teraz zauważałam, jak przechodzi przez open space. Jak czasem się uśmiechał. Jak zerkał w moją stronę i jak szybko odwracał wzrok.
Nie rozmawialiśmy od powrotu. Spotkania przy ekspresie do kawy były naprawdę przypadkowe. Krótkie spojrzenia, jedno zdanie, które nic nie znaczyło, i natychmiastowe odejście. Ale czułam to. W powietrzu, w napięciu między nami, coś było. Coś, czego nie dało się już wymazać. Karolina wyczuła zmianę szybciej niż ja sama.
– Nie poznaję cię. Uśmiechasz się – powiedziała, opierając się o framugę mojego boksu z kubkiem w dłoni.
– Zimowe szkolenie. Mówią, że odmładza – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku.
Spojrzała na mnie badawczo, jakby chciała coś dodać, ale ugryzła się w język. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Zbliżał się firmowy bal karnawałowy. Wszyscy o nim mówili – temat strojów, fryzjerów i butów dominował kuchnię i pokój socjalny. Ja udawałam, że mnie to nie dotyczy. Aż do czwartku wieczorem, kiedy wróciłam z pracy i zobaczyłam na telefonie wiadomość.
„Zatańczysz ze mną?”. Tyle, bez podpisu. Nie musiałam sprawdzać, kto to napisał. Nie odpisałam, ale w sobotę założyłam sukienkę. Czarną, prostą. Taką, w której czułam się sobą. I poszłam.
Rozumieliśmy się bez słów
Bal odbywał się w wynajętej sali w starej willi. Na schodach już stali ludzie z naszej firmy – eleganccy, wyprostowani, jakby przez chwilę udawali, że pracują w reklamie perfum. W środku było ciepło, pachniało świecami i winem. Weszłam trochę za późno, żeby się z kimkolwiek witać. Przeszłam bokiem przez salę, wprost do stołu z napojami. Upiłam łyk i udawałam, że szukam kogoś wzrokiem. Tak naprawdę – czekałam na niego.
Paweł podszedł bez słowa. Miał ciemną marynarkę, trochę luźniejszą niż zwykle, jakby w niej było coś nieformalnego. Przez sekundę patrzył mi w oczy, potem wyciągnął rękę. Nie powiedział nic.
Wzięłam jego dłoń, bez pytania i bez zawahania. Weszliśmy na parkiet, który właśnie się przerzedzał po poprzednim kawałku. Grali coś wolnego, trochę staroświeckiego, czego nikt już nie znał. Staliśmy blisko, ale nie za blisko. Jego ręka spoczęła na mojej talii, moja dłoń na jego ramieniu. Nie patrzyliśmy sobie w oczy. W ogóle prawie nie patrzyliśmy na siebie. Ale w tej ciszy było coś, co pulsowało, co mówiło więcej niż wszystkie rozmowy, jakie kiedykolwiek moglibyśmy odbyć.
– Bałem się, że nie przyjdziesz – powiedział cicho.
– Bałam się, że zaprosisz inną – odpowiedziałam po chwili.
Nie wiem, czy się uśmiechnął, nie spojrzałam na niego. Tańczyliśmy do końca piosenki. Potem nie puścił mojej dłoni. Po prostu ruszyliśmy razem w stronę wyjścia, jakby to było oczywiste. Zostawiliśmy muzykę, rozmowy, błyskające światła i biurowe plotki za sobą.
Na zewnątrz było zimno, ale nie przejmowałam się tym. Nie mówił nic, a ja nie oczekiwałam słów. Po prostu staliśmy, obok siebie, patrząc na rozświetlone okna willi, z których dochodziły dźwięki kolejnej piosenki. I wtedy zrozumiałam, że nie wiem, co to jest. Nie wiem, do czego prowadzi. Ale przez chwilę było dobrze. Cicho, spokojnie, prawdziwie.
Aga, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wybrałem się na tego samego sylwestra, co moja była. Miały być czułe wspomnienia, a wyszła powtórka z rozrywki”
- „Teściowa całe życie mnie upokarzała. Wredna jędza doigra się, gdy pozna moje postanowienie noworoczne na 2026”
- „Sylwester w górach z ukochanym skończył się złamanym sercem. Dowód zdrady w walizce rozwiał moje wątpliwości”

