Reklama

Anita była moją pierwszą prawdziwą miłością. Poznaliśmy się jeszcze na studiach, kiedy oboje mieliśmy głowy pełne marzeń i puste portfele. Przeszliśmy razem przez wszystko: pierwsze wynajmowane mieszkanie, stres związany z szukaniem pracy, narodziny naszej córki Julki, a w końcu budowę wymarzonego domu pod miastem.

Wpadliśmy w rutynę

To miał być nasz azyl. Staliśmy na wylanej płycie fundamentowej, trzymając się za ręce, i Anita powiedziała wtedy, że nic nas nie pokona, dopóki gramy w jednej drużynie. Przez lata byliśmy jak dobrze naoliwiona maszyna. Anita, zorganizowana i pragmatyczna, dbała o finanse i logistykę naszego życia. Ja byłem tym od marzeń, od wymyślania wakacji i spontanicznych wyjazdów. Uzupełnialiśmy się.

Czułem się bezpiecznie. Może nawet zbyt bezpiecznie. Wkradła się rutyna, ta podstępna, cicha zabójczyni namiętności. Rozmowy zaczęły dotyczyć głównie hydraulika, ocen Julki z matematyki i tego, co kupić na obiad. Brakowało mi iskry, tego dreszczyku, który czułem na początku.

Nie rozmawiałem o tym z Anitą. Uznałem, że tak po prostu wygląda dorosłość, że motyle w brzuchu umierają śmiercią naturalną po dekadzie małżeństwa. Zamiast pracować nad relacją, uciekłem w pracę. Awansowałem, zacząłem częściej wyjeżdżać na delegacje.

To był moment

Wszystko wydarzyło się podczas konferencji branżowej w Gdańsku. Była tam Paulina. Znałem ją z widzenia, pracowała w oddziale naszej firmy w innym mieście. Młodsza, ambitna, z tym rodzajem energii, który sprawia, że człowiek czuje się przy niej ważniejszy niż jest w rzeczywistości.

Wydawało mi się, że panuję nad sytuacją. To były tylko niewinne rozmowy przy kawie w przerwach między wykładami. Śmialiśmy się z tych samych żartów, narzekaliśmy na tych samych szefów. Moja żona znała moje historie na pamięć, Paulina słyszała je po raz pierwszy i reagowała zachwytem. To połechtało moje ego. Męska próżność to straszna rzecz, potrafi zagłuszyć zdrowy rozsądek w ułamku sekundy.

Ostatniego wieczoru siedzieliśmy w hotelowym lobby. Rozmowa zeszła na tematy bardziej prywatne. Opowiedziała mi o swoim nieudanym związku, ja wspomniałem coś o rutynie w moim. Nie narzekałem na Agatę, nigdy bym tego nie zrobił, ale dałem do zrozumienia, że czuję się nieco samotny. Spojrzała na mnie w taki sposób, że poczułem gorąco na karku.

To nie był romans trwający miesiącami. To nie były potajemne schadzki i drugi telefon ukryty w schowku samochodowym. To była jedna chwila. Zaprosiła mnie do swojego pokoju, rzekomo po to, by pokazać mi prezentację na kolejny dzień.

Zapomniałem się

Poszedłem. Wiedziałem, co robię, chociaż wmawiałem sobie, że to tylko sprawy zawodowe. Kiedy drzwi się zamknęły, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Adrenalina, poczucie nowości, chęć sprawdzenia, czy wciąż jestem atrakcyjny dla kogoś innego niż żona.

Gdy wychodziłem od niej godzinę później, czułem się jak w transie. Dopiero w windzie, widząc swoje odbicie w lustrze, poczułem uderzenie rzeczywistości. Co ja zrobiłem? Przecież kocham Anitę. To, co stało się przed chwilą, nic nie znaczyło. Było fizycznym rozładowaniem napięcia, błędem, chwilowym zaćmieniem. Wróciłem do swojego pokoju, wziąłem prysznic i próbowałem zmyć z siebie zapach obcych perfum, ale czułem, że ten zapach wżarł się w moją duszę.

Wróciłem do domu z postanowieniem, że zabiorę tę tajemnicę do grobu. Byłem przekonany, że to jednorazowy wyskok, który paradoksalnie pomoże mojemu małżeństwu, bo zrozumiałem, jak bardzo nie chcę stracić tego, co mam.

Chciałem zapomnieć

Przez pierwsze dwa tygodnie byłem wzorowym mężem. Kupowałem kwiaty bez okazji, zabrałem żonę do kina, naprawiłem cieknący kran, o który prosiła od miesięcy. Anita była zaskoczona, ale szczęśliwa.

– Co w ciebie wstąpiło? – zapytała pewnego wieczoru.

– Po prostu cię kocham – odpowiedziałem, a gula w gardle prawie mnie udusiła.

Życie toczyło się dalej. Remontowaliśmy łazienkę na piętrze. To był nasz wielki projekt. Anita spędzała godziny, wybierając kafelki i armaturę. Pewnego sobotniego popołudnia siedzieliśmy w salonie. Ja oglądałem mecz, a Anita korzystała z mojego laptopa, bo jej tablet się rozładował. Przeglądała ofertę sklepu z ceramiką. Nagle usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości. Nie zwróciłem na to uwagi, wzrok miałem utkwiony w telewizorze. Ale Anita zamarła. Zapadła cisza.

– Kto to jest Paulina? – zapytała Anita.

– Koleżanka z pracy – rzuciłem szybko, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. – Dlaczego pytasz?

– Bo właśnie napisała: „Tęsknię za tobą i za naszą nocą w Gdańsku. Kiedy to powtórzymy?”.

Świat zwolnił

Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Wstałem z fotela, jakby poraził mnie prąd. Próbowałem coś wymyślić, jakąś bajkę o pomyłce, o żarcie kolegów, ale widziałem jej twarz. Anita nie była głupia. Patrzyła na ekran laptopa, potem na mnie, a w jej oczach coś gasło. To było najgorsze. Nie złość, nie furia, ale totalne rozczarowanie.

– Spałeś z nią?

Nie potrafiłem skłamać, patrząc jej prosto w oczy. Po prostu spuściłem wzrok. To wystarczyło. Spodziewałem się awantury. Ale Anita zareagowała inaczej. Wstała z kanapy, powoli, z godnością, i poszła do kuchni. Słyszałem, jak nastawia wodę na herbatę. Stałem na środku salonu jak skazaniec czekający na wyrok. Julka była wtedy u koleżanki, dzięki Bogu. Byliśmy sami. Poszedłem za żoną do kuchni.

– Proszę, porozmawiajmy. To był błąd, jednorazowy błąd. Nic dla mnie nie znaczy. Kocham tylko ciebie – wyrzucałem z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, ale one odbijały się od niej jak od ściany.

Była wściekła

Oparła się o blat i spojrzała na mnie. Wyglądała na zmęczoną, jakby w ciągu minuty przybyło jej dziesięć lat.

– Zniszczyłeś nas – powiedziała. – Nie chodzi o łóżko. Chodzi o kłamstwo. Wróciłeś do domu, kładłeś się ze mną do łóżka, jadłeś ze mną śniadania i udawałeś, że wszystko jest w porządku. Patrzyłeś mi w oczy i kłamałeś swoją postawą.

Próbowałem jej dotknąć, złapać za rękę, ale odsunęła się gwałtownie, jakbym parzył.

– Nie dotykaj mnie – syknęła. To był pierwszy raz, kiedy podniosła głos. – Brzydzę się tobą.

Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Moja żona, kobieta, która znała każdy centymetr mojego ciała, brzydziła się mną. Kolejne dni były koszmarem. Anita przeniosła się do sypialni gościnnej. Mijaliśmy się w korytarzu jak duchy. Julka szybko wyczuła, że coś jest nie tak. Nastolatki mają wbudowany radar na fałsz.

– Rozwodzicie się? – zapytała wprost przy obiedzie, grzebiąc widelcem w ziemniakach.

– Nie, kochanie, mamy tylko gorsze dni – skłamałem.

– Tata coś zrobił, prawda? – spojrzała na mnie oskarżycielsko. Anita milczała. Jej milczenie było dla mnie wyrokiem. Nie broniła mnie. Pozwoliła córce domyślić się prawdy.

Zraniłem ją

Robiłem wszystko, co radzili na forach internetowych i w poradnikach psychologicznych. Zapisałem się na terapię indywidualną. Zerwałem wszelki kontakt z Pauliną, blokując jej numer i zmieniając dział w pracy, żeby na nią nie wpadać. Pisałem do Anity długie listy, w których wyjaśniałem swoje motywy, przepraszałem, błagałem o szansę. Zaproponowałem terapię małżeńską.

– Nie mam czego naprawiać – odpowiedziała chłodno. – Zaufanie to nie jest waza, którą skleisz. Jak raz pęknie, zawsze będzie widać rysę. Ja nie chcę żyć w ciągłym podejrzeniu. Nie chcę zastanawiać się, czy twoja delegacja to delegacja, czy kolejna Paulina. Nie mam na to siły.

– Ale to był jeden raz! – krzyknąłem z bezsilności. – Przez piętnaście lat byłem wierny! Czy jedna noc przekreśla wszystko? Te wszystkie wakacje, budowę domu, wychowanie Julki?

– Tak – odpowiedziała bez wahania. – Bo ta jedna noc zmieniła definicję naszego małżeństwa. Już nie jesteśmy partnerami. Ty jesteś zdrajcą, a ja ofiarą. Nie chcę być ofiarą we własnym domu.

Widziałem, jak ona cierpi. Schudła, miała podkrążone oczy. Zniszczyłem nie tylko swoje życie, ale i jej spokój. Zabrałem jej poczucie bezpieczeństwa. Zabrałem jej pewność, że ma oparcie w drugim człowieku. To bolało mnie najbardziej – świadomość, że zadałem ból osobie, którą miałem chronić.

Wyrzuciła mnie

Najtrudniejszy był moment, gdy musiałem powiedzieć prawdę córce. Nie w szczegółach, oczywiście, ale o tym, że zawiodłem mamę. Julka płakała. Nie krzyczała, po prostu płakała cicho, przytulając swojego psa. Wtedy zrozumiałem, że zdrada to bomba z opóźnionym zapłonem, a jej odłamki ranią wszystkich w promieniu rażenia, nie tylko współmałżonka. Po miesiącu agonii, spania na kanapie i życia w atmosferze grobowej ciszy, Anita poprosiła, żebym się wyprowadził.

– Muszę pomyśleć. Potrzebuję przestrzeni. Nie mogę na ciebie patrzeć – powiedziała.

Nie walczyłem. Wiedziałem, że nie mam prawa. Wynająłem małe mieszkanie na drugim końcu miasta. Pakowanie rzeczy było surrealistyczne. Brałem ubrania, laptopa, kilka książek. Zostawiałem za sobą dom, w którym każda deska podłogowa była przeze mnie wybrana, każdy obraz powieszony moimi rękami. Zostawiałem zapach kawy o poranku, śmiech córki oglądającej seriale, ciepło ciała Anity w nocy.

Zostałem sam

Kiedy stałem w przedpokoju, gotowy do wyjścia, moja żona stała oparta o futrynę drzwi do salonu. Nie płakała. Była spokojna, ale to był spokój, który przerażał. Wyglądała jak ktoś, kto pogodził się ze stratą.

– Czy kiedyś mi wybaczysz? – zapytałem, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Może kiedyś wybaczę – powiedziała cicho. – Ale nie zapomnę. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę chciała, żebyś wrócił.

Wyszedłem. Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem. Ten dźwięk był ostateczny. Teraz mieszkam sam. Wieczorami siedzę na balkonie i patrzę na światła miasta. Czasem dzwonię do Julki, ale nasze rozmowy są sztywne. Ona ma do mnie żal, stoi murem za matką, i wcale jej się nie dziwię. Z Anitą kontaktuję się tylko w sprawach organizacyjnych. Każdy jej SMS jest suchy, rzeczowy, pozbawiony emotikonów, które kiedyś dodawała.

W pracy ludzie widzą, że coś jest nie tak, ale nikt nie pyta. Paulina próbowała się ze mną skontaktować z innego numeru, ale od razu się rozłączyłem. Czuję do niej obrzydzenie, ale jeszcze większe obrzydzenie czuję do samego siebie. To nie była jej wina. To była moja decyzja. Moja słabość.

Wciąż żałuję

Zrozumiałem, czym jest samotność. To nie jest brak ludzi wokół. To świadomość, że miało się wszystko – miłość, dom, rodzinę – i wymieniło się to na godzinę taniej ekscytacji w hotelowym pokoju. To ciągłe odtwarzanie w głowie tego momentu, w którym mogłem powiedzieć „nie”, wyjść z pokoju Pauliny, wrócić do siebie i zadzwonić do żony. Ale tego nie zrobiłem.

Anita na razie nie złożyła papierów rozwodowych, ale nie daje mi też żadnej nadziei. Jesteśmy w zawieszeniu. Ona uczy się żyć beze mnie, a ja uczę się żyć z konsekwencjami swojej głupoty. Codziennie budzę się z nadzieją, że to tylko zły sen, a potem dociera do mnie rzeczywistość. Pusta poduszka obok. Cisza.

Najbardziej żałuję, że nie doceniłem tego, co miałem, dopóki tego nie straciłem. Ta stara prawda brzmi banalnie, dopóki nie stanie się twoim życiem. Chciałbym cofnąć czas. Chciałbym wrócić do tego wtorku, być zmęczonym, znudzonym rutyną, ale szczęśliwym człowiekiem. Teraz mam dreszczyk emocji, o który prosiłem – każdego dnia zastanawiam się, czy dzisiaj definitywnie stracę rodzinę. Ale oddałbym wszystko za tamtą nudę.

Tomasz, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama