Reklama

Nie wiem, czy to kwestia wieku, czy może ostatnich miesięcy, ale w tym roku nie mogłam się doczekać walentynek. Kiedyś sama się z tego śmiałam, jednak od pewnego czasu zaczęłam traktować 14 lutego jak okazję do podsumowań. Przypomnienie sobie, że w naszym związku jest jeszcze miejsce na czułość, czy potrafimy się zatrzymać i pomyśleć o sobie nawzajem, nie tylko o rachunkach, pracy czy codziennych obowiązkach. W tym roku wyjątkowo się postarałam – zaplanowałam kolację przy świecach i przygotowałam ulubione dania, a nawet wyciągnęłam z szafy sukienkę, w której poznałam mojego męża. Nie miałam pojęcia, że tego wieczoru wszystko się posypie, choć przecież powinno być zupełnie odwrotnie.

Nie kryłam rozczarowania

Od rana czułam dziwne podniecenie, jakbym miała iść na pierwszą randkę. Rozłożyłam serwetki, ustawiłam talerze, nawet poszłam do kwiaciarni po bukiet tulipanów – już nie liczyłam, że on sam na to wpadnie. Telefon co chwilę pikał, a ja zerkałam na ekran, licząc, że może napisze coś miłego, jakiś sygnał, że też czeka na wieczór. Skończyłam nakrywać do stołu, gdy w drzwiach stanął mój mąż. Wciągnęłam brzuch, poprawiłam włosy i już miałam mu się rzucić na szyję, ale zatrzymał mnie widok jego miny. Nawet się nie uśmiechnął.

– Cześć – mruknął, zrzucając kurtkę na krzesło.

– Cześć. Wszystko w porządku? – spytała z niepokojem, a serce podeszło mi do gardła.

– Zmęczony jestem. Ciężki dzień – odburknął, nawet na mnie nie patrząc.

Mam niespodziankę… – zaczęłam, ale przerwał mi machnięciem ręki.

– Nie mam teraz głowy do kolacji. Słuchaj… Dzwonił Tomek z pracy. Muszę się z nim spotkać, to ważne. Jadę do niego za godzinę.

Zamarłam w pół ruchu, patrząc, jakby właśnie postanowił odwołać nasze wspólne życie, a nie tylko kolację. W gardle zaschło mi na samą myśl, że tak po prostu zmienił plany.

– To znaczy, że nie zjemy razem? – spytałam, nie kryjąc rozczarowania.

– Naprawdę nie mogę. Pogadamy później, dobrze?

Patrzyłam na niego, jakby mówił w obcym języku.

Rosła we mnie złość

Słyszałam, jak mąż coś mamrocze pod nosem w łazience, a potem krząta się po domu. Udawałam, że nie widzę, jak zerka w stronę stołu.

Co to za okazja? – zapytał w końcu, tonem bardziej zirytowanym niż zaciekawionym.

– Nie musi być żadnej okazji, żeby zrobić coś miłego. Po prostu są walentynki. Chciałam, żebyśmy spędzili wieczór razem, jak kiedyś – odpowiedziałam, próbując nie wyjść na desperatkę.

– Walentynki, tak… – wykrzywił usta w czymś na kształt uśmiechu. – Trochę się pogubiłem w tych wszystkich świętach.

– No tak, bo trudno się połapać, kiedy człowiek całymi dniami myśli tylko o pracy i „ważnych” sprawach, prawda? – nie potrafiłam już ukryć sarkazmu.

Zmrużył oczy, przez chwilę chyba chciał się odszczeknąć, ale machnął ręką.

– Nie zaczynaj, proszę. Po prostu nie mogę dziś, naprawdę. Tomek dzwonił trzy razy, coś się sypie z tym projektem. Jakbyś wiedziała, ile mamy na głowie, to byś zrozumiała.

– A ja? Ja nie mam nic na głowie? Moje sprawy są mniej ważne, bo nie dzwonię do ciebie co pół godziny? – czułam, jak rośnie we mnie złość.

Przestań. To tylko jeden wieczór, a nie koniec świata.

– Tak? A dla mnie to nie „tylko” wieczór. Wiem, pewnie dramatyzuję, jak zwykle.

Zrobiło się nieznośnie cicho. On odwrócił się na pięcie i zaczął szukać kluczy, jakby już nie mógł się doczekać, żeby stąd wyjść.

Nie wierzyłam własnym uszom

Stałam przy oknie, udając, że nie widzę, jak mąż szuka portfela w kieszeniach płaszcza. Przestępował z nogi na nogę, niecierpliwy jak dziecko czekające na deser. Oparłam się o parapet i próbowałam złapać dystans, ale wszystko we mnie wrzało.

– Możesz mi powiedzieć, dlaczego to spotkanie jest takie pilne? – spytałam cicho, ale stanowczo.

– Tak wyszło. Tomek musi pogadać, coś tam się nie zgadza w fakturach. Co miałem zrobić? Powiedzieć mu, że żona przygotowała mi kolację przy świecach i nie mogę, bo są walentynki? Wyśmiałby mnie.

Poczułam ukłucie wstydu i złości. Oczywiście, lepiej wyjść na twardziela przed kolegą niż przyznać się, że żona coś dla ciebie przygotowała.

– A może warto czasem pokazać, że masz jeszcze życie prywatne, nie tylko pracę? – rzuciłam zgryźliwie.

– Nie rozumiesz… To nie takie proste. Czasem trzeba poświęcić się dla firmy. Inaczej się nie da.

– Oczywiście. Poświęcenie to twoje drugie imię. Tylko jakoś zawsze ja jestem po tej drugiej stronie, tej mniej ważnej.

Mąż westchnął ciężko, spojrzał na mnie z irytacją, jakbym to ja robiła mu na złość.

– Słuchaj, nie mam teraz czasu na sceny. Obiecuję, nadrobimy ten wieczór. Może jutro?

Prychnęłam, nie wierząc własnym uszom.

– Jutro? Jutro znowu coś się wydarzy, coś się popsuje, ktoś zadzwoni. Przestań mi obiecywać, skoro nawet nie próbujesz dotrzymać słowa.

Wstał, przewiesił torbę przez ramię i podszedł do drzwi.

– Nie rozumiem, po co robisz z tego tragedię. Chcesz, to zjedz sama. Naprawdę, nie rozumiem tego całego cyrku.

Usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Zostałam sama z przygotowaną kolacją, która nagle straciła cały sens.

Nie miałam na nic siły

Usiadłam przy stole i zastanawiałam się, gdzie się podziała ta wersja mnie, która potrafiła się śmiać z takich sytuacji. Cisza w mieszkaniu dzwoniła mi w uszach. W końcu nie wytrzymałam i wyciągnęłam telefon. Przez chwilę miałam ochotę zadzwonić do przyjaciółki, ale powstrzymałam się – nie chciałam kolejny raz narzekać na własne życie. Na ekranie pojawiła się wiadomość od męża.

„Nie czekaj na mnie, wrócę późno”.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o przeprosiny. Zebrałam się w sobie i zaczęłam zbierać talerze. Wtedy zadzwoniła moja mama. Westchnęłam, bo znała moje plany na wieczór i pewnie będzie wypytywać o romantyczną kolację.

– No i jak tam twoje świętowanie? – usłyszałam jej pogodny głos w słuchawce.

– Wspaniale, mamo. Siedzę sama, a on poszedł na „ważne spotkanie”. Jak zwykle, wszystko jest ważniejsze niż ja – powiedziałam, siląc się na obojętność.

– Nie przesadzaj, dziecko. Może naprawdę coś się stało? Może rzeczywiście musiał…

– Mamo, on od lat zawsze „musi”. Jak nie praca, to koledzy, to jakieś sprawy. Zawsze znajdzie powód, żeby mnie ominąć szerokim łukiem. Nawet w walentynki.

W słuchawce zapadła cisza. Wiedziałam, że zaraz usłyszę te standardowe mądrości.

– Wiesz, może powinnaś przestać się tak starać. Może warto czasem pomyśleć o sobie? On zobaczy, co stracił.

Parsknęłam cicho.

Nie wiem, czy jeszcze mam na to siłę. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego niektórzy wolą świętować samotnie.

Z mamą zawsze mogłam pogadać, ale dziś nawet jej ciepły ton nie był w stanie przykryć mojego rozczarowania.

Prawie się rozpłakałam

Noc minęła mi bez snu. Przewracałam się z boku na bok, łudząc się, że to już, że za chwilę mąż wejdzie do domu, rzuci jakieś „przepraszam”, przytuli mnie z zaskoczenia. Zamiast tego, drzwi otworzyły się dopiero po trzeciej. Usiadłam na łóżku, zanim jeszcze zdążył zdjąć buty.

– I jak, dobrze się bawiłeś? – zapytałam, nie próbując nawet ukryć ironii.

– Daj spokój, naprawdę nie mam siły na twoje fochy – burknął, chowając telefon do kieszeni spodni.

– Fochy? Naprawdę tak to widzisz? Ty wychodzisz w walentynki na spotkanie z kolegą, a ja mam tu siedzieć z serduszkami i udawać, że nic się nie stało?

Odetchnął głęboko, próbując się opanować. Przez chwilę wyglądał, jakby miał coś sensownego do powiedzenia, ale oczywiście się pomyliłam.

– Wiesz, gdybyś przestała robić z igły widły, może byłoby nam łatwiej. Wszędzie tylko te oczekiwania, kolacje, czułości… Człowiek czasem chce odpocząć, a tu wieczny cyrk.

– Jasne, lepiej się spotkać z Tomkiem, pogadać o pracy i nie myśleć o żonie, która od tygodnia planowała ten wieczór. Gratuluję – stwierdziłam, starając się nie płakać, choć głos miałam już złamany.

Przewrócił oczami i usiadł na brzegu łóżka.

– Może niepotrzebnie się tak starałaś. Może po prostu za bardzo ci zależy?

Poczułam, jakby ktoś mnie spoliczkował. Zamiast odpowiedzieć, wstałam i wyszłam do kuchni.

Zostałam sama

Rano mąż nawet nie próbował udawać, że czuje się winny. Przeciągnął się i zerknął na mnie, jakby szukał pretekstu, żeby zacząć dzień „od nowa”.

Zrobić ci kawę? – rzucił, jakby poprzedniego wieczoru nic się nie wydarzyło.

– Nie, dzięki. Poradzę sobie – odpowiedziałam, nie odrywając wzroku od blatu.

Przez chwilę zapadła cisza, przerywana tylko stukotem łyżeczki o filiżankę. Miałam wrażenie, że każde z nas boi się powiedzieć cokolwiek więcej.

– Nie przesadzasz trochę? – zapytał w końcu, bez emocji w głosie. – Przecież to tylko jeden wieczór. Nie rozumiem, po co się tak zadręczać.

Popatrzyłam na niego, jakby był zupełnie obcym człowiekiem.

– Właśnie o to chodzi, że ty już niczego nie rozumiesz – odpowiedziałam cicho. – Ja po prostu mam już dość robienia wszystkiego za nas dwoje. Nawet nie zauważasz, kiedy przestajesz być częścią mojego życia, a stajesz się tylko domownikiem.

Chyba się tego nie spodziewał. Spojrzał na mnie zdziwiony, przez chwilę nawet zaniepokojony, ale zaraz odwrócił wzrok.

– Muszę lecieć, spóźnię się do pracy – mruknął i wyszedł.

Zostałam sama. Tym razem nie było mi żal ani kolacji, ani nawet tych świec. Żal mi było tylko siebie, że pozwoliłam komuś tak łatwo zepchnąć się na drugi plan.

Ksymena, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama