Reklama

Czekałam na ten wieczór z nadzieją, która z perspektywy czasu wydaje mi się naiwna, wręcz dziecinna. Piąta rocznica związku, a jednocześnie walentynki, to dla wielu tylko kolejna kartka w kalendarzu, ale dla mnie miała być punktem zwrotnym. Ostatnie miesiące między nami przypominały mijanie się w gęstej mgle — niby byliśmy blisko, a jednak nie mogliśmy się odnaleźć. Kiedy Maciek wyciągnął z kieszeni płaszcza niewielkie, pogniecione pudełko, poczułam ukłucie niepokoju, ale szybko je zagłuszyłam. Przecież liczy się gest, prawda? Jednak moment, w którym uchyliłam wieczko i zobaczyłam zawartość, zmienił wszystko. To nie był prezent dla mnie. To był symbol bylejakości, w jakiej utknęliśmy.

Nie chciałam psuć atmosfery

Siedzieliśmy w naszej ulubionej restauracji, tej samej, w której Maciek zaprosił mnie na pierwszą prawdziwą randkę. Wtedy, pięć lat temu, stoliki wydawały się bardziej przytulne, a światło świec cieplejsze. Dziś wszystko wyglądało inaczej. Obrus miał ledwo widoczną plamkę po kawie, kelner wydawał się zniecierpliwiony, a Maciek... Maciek był obecny ciałem, ale duchem błądził gdzieś daleko. Spóźnił się dwadzieścia minut. Wpadł do środka z rozwianym włosem, zrzucając winę na korki, na szefa, na awarię świateł na skrzyżowaniu.

Nie chciałam psuć atmosfery pretensjami. Uśmiechnęłam się, poprawiając serwetkę na kolanach. Miałam na sobie sukienkę, którą kupiłam specjalnie na tę okazję — butelkowa zieleń, jego ulubiony kolor. Przynajmniej kiedyś był jego ulubionym, bo teraz nawet nie skomentował mojego wyglądu. Zamówiliśmy jedzenie. Rozmowa się nie kleiła. Pytałam o projekt w firmie, on odpowiadał monosylabami, sprawdzając co chwilę powiadomienia na zegarku.

W końcu nadszedł ten moment. Moment, który zazwyczaj w filmach romantycznych jest kulminacją wieczoru. Maciek sięgnął do kieszeni marynarki, którą niedbale przewiesił przez oparcie krzesła. Wyciągnął pudełko. Nie było zapakowane w ozdobny papier, nie miało wstążki. Wyglądało tak, jakby ktoś wrzucił je luzem do torby pełnej zakupów spożywczych. Rogi kartonika były lekko wgniecione.

— Wszystkiego najlepszego, Kochanie — powiedział, przesuwając prezent po stole w moją stronę. Jego głos brzmiał dziwnie, jakby chciał mieć to już za sobą. — Przepraszam, że nie zapakowałem, ale wiesz, jaki miałem dziś młyn.

Serce zabiło mi mocniej. Nie z ekscytacji, ale z dziwnego przeczucia. Wyciągnęłam rękę. Pudełko było lekkie. Otworzyłam je powoli, starając się celebrować tę chwilę, dać mu szansę. W środku, na kawałku pogniecionej bibułki, leżała apaszka. Jedwabna, w geometryczne wzory, utrzymana w tonacji chłodnego błękitu i szarości.

— Ładna? — zapytał, biorąc łyk wody. Nawet na mnie nie patrzył.

Patrzyłam na ten kawałek materiału i czułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Znałam ten wzór. Znałam ten materiał. Znałam nawet specyficzny zapach, który unosił się z pudełka — mieszankę drogich perfum sklepowych i kurzu magazynowego.

Spojrzałam na Maćka

Dwa dni wcześniej siedziałam w biurowej kuchni z Agatą. Agata była moją koleżanką z działu marketingu, osobą, którą lubiłam, choć czasami jej styl bycia bywał przytłaczający. Jest głośna, energiczna i uwielbia chwalić się swoimi zdobyczami. Tamtego dnia wparowała do kuchni, wymachując papierową torbą z logo ekskluzywnego butiku, który niedawno otworzył się w galerii handlowej obok naszego biurowca.

— Musisz to zobaczyć! — krzyknęła, stawiając kubek z kawą na blacie. — Była totalna wyprzedaż, ostatnie sztuki z kolekcji. Kupiłam sobie cudo!

Wyjęła z torby apaszkę. Była identyczna jak ta, którą teraz trzymałam w dłoniach, z jedną różnicą. Apaszka Agaty była w odcieniach czerwieni i pomarańczowego. Ognista, pasująca do jej rudych włosów. Moja była błękitna. Ale wzór — charakterystyczne, przeplatające się romby i złota nitka na brzegu, był ten sam. Marka, mało znana w Polsce, ale droga, również się zgadzała.

— To niesamowita okazja, biorę dwie, bo druga była za połowę ceny przy zakupie pierwszej! — Słowa Agaty zadzwoniły mi w uszach jak dzwon na trwogę. — Jedną wezmę dla siostry albo komuś oddam.

Spojrzałam na Maćka. Siedział naprzeciwko mnie, wciąż unikając mojego wzroku. Czy to możliwe, że wpadł na ten sam pomysł? Że poszedł do tego samego sklepu, w tym samym czasie? Galeria była blisko jego biura, to prawda. Ale zbieg okoliczności wydawał się zbyt duży. A potem przypomniałam sobie coś jeszcze. Agata wspominała, że wybiera się tam na lunch. Maciek też miał przerwę w tych godzinach.

— Dziękuję — wydusiłam z siebie, choć gardło miałam ściśnięte. — Jest... bardzo ładna.

— Podoba ci się kolor? — zapytał, wreszcie podnosząc wzrok. W jego oczach nie widziałam miłości, tylko ulgę. Ulgę, że ma to z głowy. — Pani w sklepie mówiła, że to najmodniejszy wzór w tym sezonie.

Pani w sklepie. To sformułowanie zabrzmiało w moich uszach fałszywie. Maciek nienawidził rozmów z ekspedientkami. Zawsze wybierał rzeczy sam, szybko, bez zbędnych konsultacji. Chyba że... chyba że nie był tam sam. Pamiętam, jak na naszą drugą rocznicę podarował mi album ze zdjęciami. Nie gotowy, kupiony w Empiku. Zrobił go sam. Wywołał zdjęcia, powklejał bilety z kina, zasuszone kwiaty ze spacerów. Siedział nad tym tygodniami. Wtedy czułam, że jestem centrum jego wszechświata. Teraz czułam się jak pozycja na liście zadań do odhaczenia. "Kupić prezent dla Kamili – zrobione".

To nie mój styl

Próbowałam jeść kolację, ale jedzenie smakowało jak tektura. W głowie układałam scenariusz, który z każdą minutą wydawał się coraz bardziej prawdopodobny. Agata i Maciek znali się, oczywiście. Kilka razy byliśmy razem na piwie, czasem mijali się, gdy odbierał mnie z pracy. Ale nigdy nie byli blisko.

— Skąd wiedziałeś, że lubię ten sklep? — zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie. — Nigdy tam nie wchodziłam.

Wzruszył ramionami, krojąc stek.

Przechodziłem obok. Zobaczyłem na wystawie i pomyślałem o tobie. Niebieski pasuje do twoich oczu.

Kłamstwo. Miałam brązowe oczy. Błękit pasował do mnie jak pięść do nosa. Zawsze nosiłam beże, brązy, zielenie. To Agata uwielbiała kontrasty. To Agata mówiła mi w kuchni: Weź tę niebieską, będziesz wyglądać wyraziście.

Wtedy odmówiłam, mówiąc, że to nie mój styl.

— Czy spotkałeś kogoś znajomego w galerii? — drążyłam temat, czując się jak detektyw we własnym związku.

Maciek zawahał się na ułamek sekundy. Jego widelec zawisł w powietrzu.

— Nie, nikogo. Dlaczego pytasz? Wpadłem tam dosłownie na pięć minut. Byłem w biegu między spotkaniami.

Znowu to samo. Pośpiech jako wymówka dla braku zaangażowania. Wiedziałam, że kłamie. Nie dlatego, że był złym kłamcą, ale dlatego, że znałam go zbyt dobrze. Kiedy kłamał, lekko napinał szczękę. Zrobił to przed chwilą. Sięgnęłam po torebkę i wyciągnęłam telefon. Pod stołem, dyskretnie, weszłam na Instagram Agaty. Wiedziałam, że ona relacjonuje niemal każdą chwilę swojego życia. Przewinęłam Stories z ostatnich 24 godzin. Bingo.

Zdjęcie sprzed dwóch dni. Agata z wielką papierową torbą, tą samą, z której wyjęła apaszkę w kuchni. Podpis: Udane łowy! Kto rano wstaje, ten łapie okazje. Lunch z niespodziewanym towarzystwem. A w tle, w odbiciu witryny sklepowej, majaczyła sylwetka. Niewyraźna, rozmazana, ale rozpoznałabym ten płaszcz wszędzie. Beżowy trencz, który kupiłam Maćkowi na urodziny.

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Nie chodziło o zdradę fizyczną. Nie podejrzewałam ich o romans, przynajmniej nie w tym momencie. Chodziło o coś, co bolało bardziej w kontekście naszej rocznicy — o totalną ignorancję i pójście na łatwiznę.

— Spotkałeś Agatę, prawda? — zapytałam wprost, odkładając telefon na stół.

Maciek zakrztusił się wodą.

— Co? Agatę? Twoją koleżankę z pracy? Skąd ten pomysł?

— Bo ona kupiła identyczną apaszkę dwa dni temu. I chwaliła się, że druga sztuka była za pół ceny.

Zapadła cisza. Gęsta, nieprzyjemna cisza, w której słychać było tylko brzęk sztućców przy sąsiednim stoliku. Maciek odstawił szklankę. Jego twarz zmieniła wyraz — z obojętnej na defensywną.

Okej, spotkałem ją — przyznał, wzdychając ciężko. — I co z tego? To zbrodnia? Wpadliśmy na siebie przed wejściem. Szła na zakupy, ja szukałem czegoś dla ciebie. Nie miałem pomysłu, Kamila. Naprawdę nie miałem czasu biegać po sklepach. Zapytałem, co kupuje, pokazała mi te apaszki. Powiedziała, że to świetna okazja i że na pewno ci się spodoba. Więc skorzystałem z jej rady. Czy to naprawdę taki wielki problem? Przecież liczy się pamięć.

— Pamięć? — powtórzyłam cicho. — Pamięć polegałaby na tym, że wiedziałbyś, że nie noszę błękitu. Że nie lubię geometrycznych wzorów. Pamięć polegałaby na tym, że poświęciłbyś chociaż kwadrans, żeby pomyśleć o mnie, a nie podczepić się pod zakupy mojej koleżanki, żeby zaoszczędzić czas i pieniądze na promocji druga sztuka za 50%.

Nie chciałam jej

Maciek patrzył na mnie, jakbym mówiła w obcym języku. Dla niego problem był błahy. Kupił prezent? Kupił. Był drogi (nawet po przecenie)? Był. Więc o co te pretensje?

— Nie rozumiesz — powiedział, kręcąc głową. — Pracuję po dwanaście godzin na dobę. Staram się, żebyśmy mieli za co żyć, żebyśmy mogli pojechać na wakacje. A ty robisz aferę o kolor szalika. Agata powiedziała, że to modne. Zaufałem jej, bo jest kobietą i zna się na tym lepiej niż ja.

To zdanie zabolało najbardziej. Zaufałem jej. W sprawach dotyczących mnie, zaufał komuś innemu. Zrozumiałam wtedy, że w naszym związku ja jestem tą osobą, która dba o detale, która pamięta o urodzinach jego matki, która wie, jaki rodzaj kawy lubi rano, która prasuje mu koszule, bo on nie ma czasu. Ja byłam menedżerem naszego życia, a on stał się biernym pasażerem.

Prezent od Agaty, bo tak powinnam go nazywać, leżał między nami jak wyrzut sumienia. Dotknęłam jedwabiu. Był zimny i śliski.

— To nie jest afera o szalik, Maciek — powiedziałam spokojnie, czując, jak w środku coś we mnie pęka. To było to ciche pęknięcie, po którym nie ma już powrotu do stanu poprzedniego. — To jest afera o to, że przestałeś się starać. Że twoja pamięć o naszej rocznicy, o walentynkach w ogóle, ograniczyła się do przypadkowego spotkania z moją koleżanką i wyciągnięcia portfela. Że nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby sprawdzić, czy ten prezent do mnie pasuje. Po prostu wziąłeś to, co było pod ręką, żeby mieć mnie z głowy.

— Przesadzasz — mruknął, ale w jego głosie brakowało pewności. — Jesteś zmęczona.

— Nie, Maćku. Jestem rozczarowana.

Wzięłam apaszkę i włożyłam ją z powrotem do pogniecionego pudełka. Nie chciałam jej. Wiedziałam, że za każdym razem, gdybym ją założyła, widziałabym Agatę triumfującą w kuchni ze swoimi łowami. Widziałabym Maćka, który stoi obok niej przy kasie i dorzuca drugi produkt do rachunku, patrząc na zegarek. To przedmiot pozbawiony intymności, pozbawiony miłości. To był tylko towar.

Wstałam od stołu. Kolacja i tak była już zimna.

— Dokąd idziesz? — zapytał, zaskoczony moim ruchem.

— Do domu. Muszę pobyć sama. Ty zostań, dokończ stek. Szkoda, żeby się zmarnował. Przecież tak ciężko na niego pracowałeś.

Wyszłam z restauracji, nie oglądając się za siebie. Chłodne, wieczorne powietrze uderzyło mnie w twarz, przynosząc dziwną ulgę. Szłam ulicą, mijając pary trzymające się za ręce, wystawy sklepowe pełne idealnych przedmiotów. W torebce wibrował telefon – Maciek dzwonił. Raz, drugi, trzeci. Nie odebrałam.

Nigdy jej nie założyłam

Tamtego wieczoru spałam w salonie. Kiedy Maciek wrócił, próbował jeszcze rozmawiać, tłumaczyć, że to wszystko nieporozumienie, że jestem przewrażliwiona. Ale ja już go nie słuchałam. Patrzyłam na niego i widziałam obcego człowieka, który zna mnie mniej niż moja koleżanka z biura.

Apaszka wylądowała na dnie szafy. Nigdy jej nie założyłam. Kilka tygodni później, podczas porządków, znalazłam ją i bez żalu oddałam do pojemnika na odzież używaną. Może jakaś inna kobieta, która znajdzie ją w lumpeksie, ucieszy się z niej bardziej niż ja. Dla niej będzie to po prostu ładny kawałek materiału. Dla mnie był to dowód na to, że czasami miłość umiera nie w wielkich kłótniach i dramatach, ale w małych gestach zaniechania, w braku uwagi i w pośpiechu, który zabija bliskość.

Rozstaliśmy się trzy miesiące później. To nie był nagły koniec, raczej powolne wygaszanie. Ale tamten wieczór, tamta niefortunna rocznica i błękitna apaszka kupiona przy okazji, były momentem, w którym zrozumiałam, że zasługuję na kogoś, kto wybierając prezent dla mnie, będzie myślał o mnie, a nie o promocji w sklepie. Dziś, kiedy mijam Agatę w biurze w jej czerwonej apaszce, uśmiecham się do niej szczerze. Paradoksalnie, jestem jej wdzięczna. Dzięki jej okazji przejrzałam na oczy.

Kamila, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama