Reklama

Walentynki zawsze były dla mnie dniem, który wywoływał więcej niepokoju niż radości. Kwiaty i czekoladki kojarzyły mi się z obietnicami bez pokrycia, a jednak tamtego lutowego poranka obudziłam się z dziwnym uczuciem w żołądku. Nie wiedziałam jeszcze, że jedna decyzja drugiego człowieka wywróci mój świat do góry nogami i zmusi mnie do odpowiedzi na pytania, które od dawna starałam się zignorować.

To było nie do uwierzenia

Tamtego dnia wszystko wyglądało zwyczajnie aż do przesady. Zaparzyłam kawę, która jak na złość wyszła gorzka, a za oknem wisiała szara mgła. Telefon leżał ekranem do dołu, choć i tak co chwilę zerkałam, czy nie zawibruje. Dominik nigdy nie pisał rano, zawsze powtarzał, że poranki są dla obowiązków, a nie dla emocji. A jednak około dziewiątej ekran rozbłysnął.

– Ubierz się ciepło – napisał krótko. – Przyjadę po ciebie po pracy.

Serce zabiło mi szybciej, choć próbowałam zachować rozsądek. Przez ostatnie miesiące żyłam w dwóch światach: jednym uporządkowanym, przewidywalnym, i drugim – pełnym niedopowiedzeń. Kiedy spotykaliśmy się wieczorami, mówił mało, za to patrzył tak, jakby chciał zapamiętać każdy mój ruch.

Po pracy wyszłam przed budynek i zobaczyłam go stojącego kilka metrów dalej. Opierał się o barierkę, dłonie miał w kieszeniach płaszcza, a na twarzy ten sam spokojny wyraz, który zawsze mnie rozbrajał.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, gdy podeszłam bliżej.

– Tak. Dzisiaj po prostu chcę ci coś pokazać – odpowiedział wymijająco.

Szliśmy chwilę w ciszy, aż w końcu zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu. Stało tam kilka samochodów, ale jeden przyciągał wzrok świeżym lakierem. Dominik zatrzymał się dokładnie obok niego.

– Po co tu jesteśmy? – spytałam, czując narastające napięcie.

Nie odpowiedział od razu. Wyjął kluczyki i położył je na mojej dłoni. Były zimne, ciężkie.

To dla ciebie. Na walentynki. Na drogę, którą sama wybierzesz – powiedział cicho.

Patrzyłam na kluczyki, potem na niego, nie wiedząc, czy powinnam się śmiać, czy cofnąć rękę.

– Żartujesz? – wyszeptałam.

– Nigdy nie żartuję w takie dni – odparł spokojnie.

Wtedy dotarło do mnie, że ta niespodzianka nie jest tylko prezentem. Była pytaniem, na które jeszcze nie znałam odpowiedzi.

Nie mogłam tego przyjąć

Stałam na parkingu dłużej, niż wypadało. Ludzie przechodzili obok, ktoś zapalił światła w innym aucie, ktoś trzasnął drzwiami. A ja wciąż trzymałam kluczyki, jakby mogły się rozpłynąć, jeśli je upuszczę.

Nie mogę tego przyjąć – powiedziałam w końcu, choć głos mi zadrżał. – To za dużo.

Spojrzał na mnie uważnie, bez złości, bez nacisku. Zawsze tak robił. Jakby wiedział, że cisza potrafi być bardziej przekonująca niż argumenty.

– Nie kupiłem go, żeby cię do czegokolwiek zmuszać – odparł. – Chciałem, żebyś miała wybór. Zawsze mówiłaś, że czujesz się uwięziona.

To prawda. Autobusy, proszenie się o podwózki, rezygnowanie z planów, bo „nie mam jak dojechać”. Ale to nie o auto chodziło. Czułam to aż za dobrze.

– A co, jeśli ktoś zapyta, skąd je mam? – zapytałam ciszej.

Uśmiechnął się krótko, jakby przewidział to pytanie.

– Powiesz, że sama sobie zrobiłaś prezent. Nie ze wszystkiego musisz się tłumaczyć.

Otworzył drzwi i zaprosił mnie gestem do środka. Wsiadłam, ostrożnie, jak do obcej przestrzeni. Wnętrze pachniało nowością i spokojem. Usiadł obok, ale nie dotknął mnie nawet przez moment. To było dziwne i jednocześnie bardzo wymowne.

Chcę, żebyś była szczęśliwa – powiedział, patrząc przed siebie. – Nawet jeśli to szczęście kiedyś zaprowadzi cię w miejsce, gdzie mnie nie będzie.

Te słowa zabolały bardziej niż się spodziewałam. Odwróciłam głowę w jego stronę.

– Dlaczego robisz dla mnie coś takiego? – zapytałam wprost.

Milczał chwilę, a potem odpowiedział spokojnie:

Bo jesteś dla mnie ważna.

Ważna... Ale czy najważniejsza? Wróciłam do domu sama, już nowym autem. Ręce drżały mi na kierownicy, a w głowie kotłowało się jedno pytanie: czy ten prezent był gestem miłości… czy pożegnania.

Nie potrzebowałam drogich gestów

Przez kilka kolejnych dni auto stało pod blokiem jak wyrzut sumienia. Za każdym razem, gdy wychodziłam do pracy, czułam ukłucie w żołądku. Sąsiedzi zerkali z ciekawością, a ja uśmiechałam się półgębkiem, udając, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno. Najtrudniejsze były jednak wieczory. Telefon milczał dłużej niż zwykle. W końcu nie wytrzymałam i napisałam pierwsza.

– Musimy porozmawiać.

Odpisał niemal od razu.

– Wiem. Przyjadę.

Kiedy usłyszałam dźwięk silnika pod oknem, serce zaczęło mi walić. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, dokładnie tam, gdzie wcześniej siedzieliśmy setki razy, udając, że to tylko zwykłe spotkania.

– Żałujesz? – zapytał bez wstępów.

– Nie o to chodzi – odpowiedziałam, splatając palce. – Czuję, że tym prezentem postawiłeś mnie pod ścianą.

Westchnął ciężko i potarł skroń.

– Nie chciałem. Po prostu… bałem się, że jeśli nic nie zrobię, odejdziesz bez słowa.

– A jeśli odejdę teraz? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.

Podniósł wzrok. Widziałam w nim zmęczenie i coś jeszcze. Rezygnację.

– Wtedy będę wiedział, że przynajmniej raz w życiu zrobiłem coś odważnego.

Te słowa sprawiły, że pękłam. Łzy same napłynęły mi do oczu.

Nie potrzebuję drogich gestów – powiedziałam cicho. – Potrzebuję pewności. Albo jesteśmy naprawdę, albo to nie ma sensu.

Milczał długo, za długo. W końcu wstał, podszedł do okna i spojrzał na zaparkowane auto.

– Nie mogę ci obiecać więcej, niż już dałem – powiedział w końcu. – Ale to, co dałem, było szczere.

Zrozumiałam wtedy, że ta rozmowa nie przyniesie odpowiedzi, na którą czekałam. Tylko potwierdzi to, co od dawna czułam.

Ne chciałam żyć w zawieszeniu

Po jego wyjściu w mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho. Zegar w kuchni tykał zbyt głośno, a ja siedziałam przy stole, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał. Nie trzasnął drzwiami, nie powiedział nic na pożegnanie. To było gorsze niż kłótnia.

Wieczorem zeszłam na dół. Auto wciąż tam było. Oparłam się o maskę i zamknęłam oczy. Przez moment miałam ochotę zostawić kluczyki pod wycieraczką i udawać, że nigdy ich nie dostałam. Ale zamiast tego wsiadłam do środka i pojechałam przed siebie, bez celu. Droga była pusta, a ja mówiłam na głos rzeczy, których nigdy mu nie powiedziałam.

– Nie można dawać wolności i jednocześnie trzymać kogoś na uwięzi – wyszeptałam.

Telefon zadzwonił, gdy zatrzymałam się na parkingu. Jego imię pojawiło się na ekranie. Odebrałam.

– Wracaj – powiedział bez wstępów. – Musimy to domknąć.

– Domyka się tylko to, co było naprawdę otwarte – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam.

Boję się – przyznał po chwili ciszy. – Nie chcę cię stracić

– A ja boję się tego, że ciągle będę żyła w zawieszeniu – odparłam.

Znów zapadła cisza. Długa, ciężka.

– Nie zatrzymam cię – powiedział w końcu. – Auto należy do ciebie. Tak jak decyzja.

Rozłączyłam się i pojechałam dalej. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się winna. Tylko smutna i… dziwnie spokojna. Zrozumiałam, że ten prezent nie był obietnicą wspólnej drogi. Był ostatnim gestem kogoś, kto nie umiał zrobić kroku dalej. A ja pierwszy raz naprawdę ruszyłam przed siebie.

Wybrałam wolność

Minęło kilka tygodni, zanim przestałam nerwowo zerkać na telefon. Przestałam też szukać jego auta w lusterkach, kiedy wracałam wieczorem do domu. Życie powoli wracało do rytmu, ale już nie tego samego. Teraz to ja decydowałam, dokąd jadę i kiedy się zatrzymuję.

Pewnego popołudnia zaparkowałam nad jeziorem, w miejscu, do którego zawsze chciałam przyjechać. Siedziałam na masce auta, owinięta płaszczem, i myślałam o nim bez złości. Bardziej jak o kimś, kto się bał. Z jednej strony paraliżował go strach przed zaangażowaniem, a z drugiej strony nie potrafił odpuścić.

Zrozumiałam, że nie każda relacja musi skończyć się wspólną przyszłością, żeby miała sens. Czasem ktoś przychodzi tylko po to, żeby pokazać nam, jak bardzo potrzebujemy miłości… i jak bardzo pragniemy wolności.

Auto stało się symbolem mojej odwagi. Tego, że w końcu przestałam zgadzać się na półsłówka i zawieszenie. Że nie dałam się kupić. On dał mi kluczyki, ale to ja zdecydowałam, że z nich skorzystam.

Nie wiem, co u niego i nie muszę wiedzieć. Wiem za to, że tamte walentynki zapamiętam na zawsze. Nie dlatego, że dostałam drogi prezent, ale dlatego, że pierwszy raz wybrałam siebie, nawet jeśli bolało. I to była droga, z której nie chciałam już zawracać.

Magda, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama