„Na walentynki miałem dla żony diamentowe kolczyki, a ona wieści o ciąży. Szkoda, że to nie ja jestem tatusiem”
„Patrzyłem na kobietę, z którą dzieliłem łóżko, kredyt i marzenia, i widziałem kogoś zupełnie obcego. Nie było w niej skruchy. Była chłodna kalkulacja. Jakby właśnie negocjowała kontrakt, a nie niszczyła życie swojemu mężowi”.

To miał być wieczór, który będziemy wspominać do końca życia. I cóż, technicznie rzecz biorąc, tak właśnie się stało, choć z zupełnie innych powodów, niż zakładałem. Zamiast romantycznej kolacji przy świecach i łez wzruszenia na widok kolczyków, na które odkładałem trzy miesiące, dostałem deser o smaku popiołu. Pamiętam każde słowo, każde drgnienie jej powieki i ten moment, w którym moje serce pękło na milion kawałków, by chwilę później zamienić się w bryłę lodu. Nie jestem człowiekiem mściwym z natury, ale kiedy ktoś niszczy twój świat z uśmiechem na ustach, nadstawianie drugiego policzka przestaje być opcją.
Nawet go nie otworzyła
Mówi się, że miłość jest ślepa. W moim przypadku była nie tylko ślepa, ale też głucha i pozbawiona instynktu samozachowawczego. Marta była moją pierwszą poważną miłością, kobietą, dla której byłem w stanie przenieść góry. Byliśmy małżeństwem od czterech lat. Mieszkaliśmy w pięknym, choć obciążonym gigantycznym kredytem mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Ja pracowałem jako inżynier budowy, często po dwanaście godzin na dobę, żebyśmy mogli pozwolić sobie na ten standard. Ona, ambitna asystentka w dużej korporacji, zawsze nienagannie ubrana, pachnąca drogimi perfumami, z telefonem przyklejonym do dłoni.
Wydawało mi się, że tworzymy zgrany duet. Planowaliśmy wakacje w Toskanii, rozmawialiśmy o zmianie samochodu, a w tle, gdzieś między wierszami, przewijał się temat powiększenia rodziny. Marta zawsze mówiła: „Jeszcze nie teraz, Paweł, muszę ugruntować swoją pozycję w firmie”. Szanowałem to. Podziwiałem jej ambicję. Nie widziałem nic podejrzanego w tym, że wracała później z eventów integracyjnych albo że w weekendy musiała odpisywać na pilne maile.
14 lutego chciałem, żeby wszystko było perfekcyjne. Zarezerwowałem stolik w restauracji, do której normalnie trzeba czekać miesiącami. Kupiłem te cholerne diamentowe kolczyki. Czułem się jak król życia, który zaraz uszczęśliwi swoją królową. Siedzieliśmy przy oknie, kelner nalewał wino, a ja patrzyłem na nią i myślałem, że jestem szczęściarzem. Marta była blada, nerwowo skubała serwetkę, ale zrzuciłem to na karb zmęczenia pracą.
— Mam dla ciebie niespodziankę — powiedziałem, przesuwając po obrusie aksamitne pudełeczko.
Marta nawet go nie otworzyła. Spojrzała na mnie tymi swoimi wielkimi, sarnimi oczami, w których po raz pierwszy dostrzegłem nie miłość, a strach. I coś jeszcze. Litość?
— Ja też muszę ci coś powiedzieć, Paweł — wyszeptała. — Jestem w ciąży.
Widziałem kogoś zupełnie obcego
Na ułamek sekundy mój mózg zalała euforia. Chciałem zerwać się z krzesła, krzyczeć ze szczęścia, przytulić ją. Wreszcie! To, o czym marzyłem po cichu, stawało się rzeczywistością. Ale zanim zdążyłem się uśmiechnąć, ona dokończyła zdanie. Szybko, jakby zrywała plaster:
— To nie jest twoje dziecko.
Zamarłem. Dźwięki restauracji: brzęk sztućców, cicha muzyka fortepianowa, śmiech pary przy stoliku obok, wszystko to zlało się w jeden nieznośny szum. Czułem, jak krew odpływa mi z twarzy.
— Co ty powiedziałaś? — zapytałem, choć doskonale słyszałem.
— Jestem w ciąży z Robertem. Moim szefem.
Robert. Ten sam Robert, o którym opowiadała przy kolacjach? Ten, który był genialnym strategiem, wizjonerem, a przy okazji uroczym człowiekiem? Ten sam Robert, który miał pięćdziesiąt lat, żonę i dwójkę nastoletnich dzieci, o czym Marta kiedyś wspomniała mimochodem?
— Żartujesz — wykrztusiłem. — Powiedz, że to jakiś chory żart.
— Nie, Paweł. To trwa od pół roku. Nie planowaliśmy tego, to się po prostu stało. Jesteśmy w sobie zakochani. Chcę rozwodu.
Patrzyłem na kobietę, z którą dzieliłem łóżko, kredyt i marzenia, i widziałem kogoś zupełnie obcego. Nie było w niej skruchy. Była chłodna kalkulacja. Jakby właśnie negocjowała kontrakt, a nie niszczyła życie swojemu mężowi.
— Wstajemy — powiedziałem, czując, jak w środku budzi się we mnie coś ciemnego i zimnego.
— Paweł, proszę, nie rób scen...
– Wstajemy i wychodzimy. Natychmiast.
Zostawiłem na stole banknoty, nie czekając na resztę.
Wielki błąd
Kolejne dni były jak zły sen. Marta wyprowadziła się do koleżanki (jak twierdziła, choć podejrzewałem, że Robert ulokował ją w jakimś apartamencie). Zostałem sam w naszym wielkim, pustym mieszkaniu, otoczony jej rzeczami, których jeszcze nie zabrała. Każdy kąt przypominał mi o niej. Szczoteczka do zębów w łazience, jej ulubiony kubek w zlewie, zapach jej szamponu na poduszce. Początkowo byłem w rozsypce. Brałem wolne w pracy, leżałem na kanapie i gapiłem się w sufit. Piłem za dużo whisky i zadawałem sobie pytania bez odpowiedzi. Dlaczego ja? Czego mi brakowało? Czy byłem za mało ambitny? Za mało wizjonerski?
Ale potem przyszedł list od jej prawnika. I to był przełomowy moment. Marta nie chciała tylko rozwodu. Chciała orzeczenia o braku winy (dla dobra dziecka — jak cynicznie sugerowano w piśmie) i... połowy majątku, w tym spłaty jej części wkładu w mieszkanie, co zmusiłoby mnie do jego sprzedaży, bo nie miałem takiej gotówki. Robert, jak się okazało, był bogaty, ale ostrożny — nie zamierzał oficjalnie sponsorować jej życia przed zakończeniem swoich spraw.
Wtedy zrozumiałem. Ona nie tylko mnie zdradziła. Ona mną gardziła. Uważała mnie za słabego frajera, którego można wydoić i porzucić na poboczu drogi. Myślała, że zniknę cicho, bo zawsze byłem tym dobrym, spokojnym Pawłem. Błąd, Marto. Wielki błąd.
Zaśmiała się
Zamiast podpisać ugodę, zacząłem kopać. Musiałem wiedzieć wszystko o Robercie. Wiedziałem, jak się nazywa, gdzie pracuje i jak wygląda. To wystarczyło na początek. Okazało się, że Robert to nie tylko wizjoner. To typowy korporacyjny narcyz. Ale najciekawsze odkrycie przyszło, gdy zacząłem analizować strukturę właścicielską firmy, w której pracowali. Robert był dyrektorem operacyjnym, owszem. Ale właścicielem pakietu kontrolnego akcji i prezesem zarządu była... jego żona, Alicja. Jej ojciec założył ten biznes trzydzieści lat temu. Robert był tylko mężem swojej żony, który zarządzał imperium teścia.
To zmieniało postać rzeczy. Diametralnie. Robert nie mógł sobie pozwolić na skandal. Rozwód z orzekaniem o jego winie oznaczałby dla niego nie tylko koniec małżeństwa, ale też koniec kariery i odcięcie od gigantycznych pieniędzy. Prawdopodobnie miał intercyzę, która w przypadku zdrady zostawiała go w skarpetkach. Dlatego Marta naciskała na cichy rozwód ze mną — żeby Robert miał czas na uporządkowanie spraw lub ukrywanie romansu tak długo, jak się da.
Spotkałem się z Martą w kawiarni dwa tygodnie później. Wyglądała kwitnąco. Ciąża jej służyła albo może to poczucie triumfu.
— Podpisałeś papiery? — zapytała, nawet nie zamawiając kawy.
— Jeszcze nie — odpowiedziałem spokojnie. — Zastanawiam się, czy nie powinniśmy orzekać o twojej winie. Mam dowody zdrady. Twoje SMS-y, zeznania sąsiadów, którzy widzieli go na klatce, gdy byłem w delegacji.
Zaśmiała się. To był suchy, nieprzyjemny dźwięk.
— Paweł, nie stać cię na wojnę z nami. Robert ma najlepszych prawników w mieście. Zniszczą cię. Weź to, co ci dajemy, i ciesz się, że nie walczymy o mieszkanie w całości. Potrzebuję pieniędzy na wyprawkę, na nowe życie. Robert... Robert na razie nie może oficjalnie mi pomagać ze względu na swoje aktywa.
— Rozumiem. — Kiwnąłem głową. — Czyli mam sfinansować start twojego nowego życia z facetem, z którym mnie zdradziłaś?
— Nie dramatyzuj. To tylko biznes. Podział majątku.
Wtedy podjąłem decyzję. Nie chodziło już o sprawiedliwość. Chodziło o pokazanie im, że zwykły inżynier też potrafi zburzyć konstrukcję, jeśli zna jej słabe punkty.
Napisałem krótki list
Nie potrzebowałem prawników za tysiące złotych. Potrzebowałem tylko prawdy dostarczonej do odpowiedniej osoby. Znalazłem adres domowy Roberta. Piękna willa w Konstancinie. Znalazłem też profil jego żony, Alicji, na portalu społecznościowym. Wyglądała na kobietę z klasą, oddaną rodzinie, charytatywnie udzielającą się w fundacjach. Nie zasługiwała na to, co ją spotkało, ale była jedyną osobą, która mogła wymierzyć sprawiedliwość.
Zebrałem wszystko. Wydruki bilingów (nadal mieliśmy wspólne konto u operatora, Marta o tym zapomniała), zdjęcia, które zrobił mój znajomy detektyw-amator, kiedy całowali się w samochodzie pod jej biurem. Ale wisienką na torcie było zdjęcie USG, które Marta zostawiła w naszym mieszkaniu w pośpiechu. Na wydruku widniała data i jej nazwisko. Napisałem krótki list. Bez inwektyw, bez emocji. Same fakty.
„Szanowna Pani Alicjo. Nazywam się Paweł i jestem mężem asystentki Pani męża, Marty. W walentynki dowiedziałem się, że moja żona jest w ciąży z Pani mężem. Planują wspólne życie za Pani pieniądze, czekając tylko na dogodny moment, by Panią zostawić. Uznałem, że powinna Pani o tym wiedzieć, zanim podejmą kolejne kroki. W załączniku dowody”.
Wysłałem to kurierem, z adnotacją „do rąk własnych”, na jej prywatny adres domowy, w godzinach, w których wiedziałem, że Roberta nie ma w domu.
Rozłączyłem się
Czekałem trzy dni. To były najdłuższe trzy dni w moim życiu. Bałem się. A co, jeśli ona to zignoruje? A co, jeśli Robert jest tak potężny, że to zatuszuje i rzeczywiście mnie zniszczy? Trzeciego dnia zadzwonił telefon. Marta. Była dwudziesta.
— Co ty zrobiłeś?! — wrzeszczała tak głośno, że musiałem odsunąć słuchawkę od ucha. W tle słyszałem histerię, jakieś trzaskanie drzwiami. — Ty draniu! Zniszczyłeś wszystko!
— O czym mówisz, kochanie? — zapytałem z udawanym zdziwieniem, czując, jak ciężar spada mi z serca.
— Alicja wyrzuciła go z domu! Zablokowała mu karty! Wyrzucili go z firmy dyscyplinarnie, rozumiesz?! Ochrona wyprowadziła go z budynku na oczach wszystkich! Ja też dostałam wypowiedzenie!
— Przykro mi — powiedziałem, nalewając sobie szklankę soku pomarańczowego. — Ale rynek pracy jest teraz chłonny. Na pewno sobie poradzicie. Robert to przecież wizjoner.
— On nie ma nic! Wszystko było na nią! Jego samochód, jego udziały, nawet ten pieprzony apartament, który mi wynajmował, był na firmę! On teraz dzwoni do mnie i każe mi coś zrobić, a ja nie mam gdzie mieszkać! Paweł, ja jestem w ciąży! Jak mogłeś?!
— To tylko biznes, Marto. Sama tak powiedziałaś.
Rozłączyłem się.
Lecę za tydzień
Rozwód orzeczono cztery miesiące później. Oczywiście z wyłącznej winy Marty. Mój prawnik, tym razem już całkiem niezły, bo wiedziałem, że wygramy, zmasakrował ich linię obrony. Robert nie pojawił się w sądzie jako świadek, był zbyt zajęty walką o przetrwanie we własnej sprawie rozwodowej, którą Alicja wytoczyła mu z taką furią, że w środowisku biznesowym aż huczało. Marta nie dostała połowy mieszkania. Sąd uznał, że jej zdrada i rażące naruszanie zasad współżycia społecznego (ciąża z innym) mają wpływ na podział majątku, zwłaszcza że większość wkładu pochodziła z moich oszczędności sprzed ślubu i moich nadgodzin. Musiałem ją spłacić, ale była to kwota symboliczna w porównaniu do tego, czego żądała na początku. Rozłożono mi to na raty.
Wyprowadziła się do rodziców, do małego miasteczka na wschodzie Polski. Robert? Z tego, co słyszałem, próbuje rozkręcić jakiś startup, ale z etykietką tego, który zdradził właścicielkę firmy w jej własnym biurze, inwestorzy omijają go szerokim łukiem. Podobno nie są już razem. Wielka miłość nie przetrwała próby biedy i upadku prestiżu. Siedzę teraz na swoim balkonie. Jest czerwiec. Wieczór jest ciepły. Patrzę na światła miasta i po raz pierwszy od walentynek czuję spokój. Nie ma we mnie satysfakcji sadysty. Jest raczej poczucie przywróconej równowagi.
Nauczyłem się jednej ważnej rzeczy. Nie wolno lekceważyć ludzi, którzy budują domy. Wiemy, jak kłaść fundamenty, ale wiemy też doskonale, którą ścianę wyburzyć, by cała konstrukcja runęła na głowę tych, którzy na to zasłużyli. Pudełko z kolczykami sprzedałem. Kupiłem za nie bilet w jedną stronę do Tajlandii. Lecę za tydzień. Sam. I nigdy nie byłem bardziej gotowy na przygodę.
Paweł, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wybaczyłam mężowi zdradę. W tłusty czwartek do drzwi zapukała piękna kobieta z pudełkiem pączków i mój spokój runął”
- „W przypływie gniewu wyrzuciłam walentynkowy prezent. Wkrótce zrozumiałam, że popełniłam ogromny błąd”
- „Liczyłam, że tłusty czwartek spędzę miło przy kawie i faworkach. Jednak przytyki teściowej skutecznie odebrały mi apetyt”

