„Na walentynki mąż kupił mi krem na zmarszczki zamiast bukietu róż. Chyba w podzięce dam mu spis zasad savoir-vivre”
„Patrzyłam na sufit i próbowałam wmówić sobie, że przesadzam, że to tylko krem, że przecież nie chciał mnie zranić. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że to nie był jednorazowy gest, tylko kolejny drobny znak, który wcześniej ignorowałam”.

Pudełko było małe, owinięte w czerwony papier, dokładnie taki jak co roku. Przez chwilę poczułam to znajome ukłucie ekscytacji, bo mimo stażu wciąż chciałam wierzyć, że walentynki coś znaczą. Kiedy jednak zobaczyłam etykietę kremu przeciwzmarszczkowego, uśmiech zamarł mi na twarzy, a w głowie zaczęły kłębić się myśli, których wolałabym nie słyszeć.
To był nietrafiony prezent
Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a między nami stygła herbata. Mąż patrzył na mnie z tym swoim spokojnym wyrazem twarzy, jakby właśnie wręczył mi coś zupełnie oczywistego, wręcz praktycznego. Odkręciłam słoiczek, bardziej z odruchu niż z ciekawości, i poczułam delikatny, neutralny zapach.
– To dobry skład – powiedział szybko. – Czytałem opinie. Podobno naprawdę działa.
Podniosłam wzrok.
– Działa… na co dokładnie? – zapytałam, chociaż odpowiedź była przecież napisana wielkimi literami na opakowaniu.
– No wiesz – wzruszył ramionami. – Żebyś dłużej wyglądała młodo. To z troski, Anka.
„Z troski”. To słowo odbiło się we mnie echem. Przypomniałam sobie zeszłoroczne walentynki, kiedy dostałam książkę, bo wiedział, że lubię czytać. I te wcześniejsze, kiedy wystarczył liścik wsunięty do kieszeni płaszcza. Teraz dostałam krem, który miał coś naprawić.
– Czy ja wyglądam na… zaniedbaną? Albo starą? – zapytałam cicho.
Westchnął, jakby to pytanie było niepotrzebnym utrudnieniem.
– Przesadzasz. Każda kobieta dba o siebie. To normalne.
Normalne. Zaczęłam obracać słoiczek w dłoniach, czytając drobny druk, by nie patrzeć mu w oczy. Poczułam, jak coś we mnie się kurczy. Nie chodziło o sam prezent, tylko o to, czego w nim zabrakło. O czułość. O słowa.
– A ty? – zapytałam nagle. – Też chciałbyś dostać coś, co ma cię poprawić?
Zaśmiał się krótko.
– Ja jestem prosty facet. Mnie to niepotrzebne.
Zrobiło mi się chłodno, choć grzejnik działał bez zarzutu. Wstałam od stołu i schowałam krem do szafki. Mąż jeszcze coś mówił, tłumaczył się, ale ja słyszałam tylko jedno: że od teraz mam być projektem do ulepszenia. Tego wieczoru długo leżałam w łóżku, patrząc w sufit. Zastanawiałam się, kiedy troska zaczęła oznaczać ocenę i dlaczego nikt mnie nie zapytał, czego naprawdę potrzebuję.
Byłam rozczarowana
Rano obudziłam się wcześniej niż zwykle. Leżałam chwilę nieruchomo, słuchając jego równego oddechu. Patrzyłam na sufit i próbowałam wmówić sobie, że przesadzam, że to tylko krem, że przecież nie chciał mnie zranić. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że to nie był jednorazowy gest, tylko kolejny drobny znak, który wcześniej ignorowałam.
W kuchni zaparzyłam kawę. Kiedy wszedł, poprawiając koszulę, uśmiechnął się do mnie jak co dzień.
– Już nie śpisz? – zapytał.
– Nie mogłam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Usiadł naprzeciwko, zerknął na zegarek, potem na mnie.
– Wciąż się gniewasz o ten prezent?
To słowo znów mnie ukłuło. „Gniewasz”. Jakbym była dzieckiem obrażonym bez powodu.
– Nie gniewam się – powiedziałam spokojnie. – Zastanawiam się.
– Nad czym? – zmarszczył brwi.
– Nad tym, kiedy przestaliśmy ze sobą rozmawiać.
Zamilkł. Przez chwilę słychać było tylko tykanie zegara.
– Rozmawiamy przecież – rzucił w końcu. – O rachunkach, o zakupach, o planach.
Pokiwałam głową.
– Tak. O wszystkim, co bezpieczne.
Widziałam, że chce coś odpowiedzieć, ale zamiast tego wstał i sięgnął po kurtkę.
– Nie zaczynaj od rana. Spóźnię się przez to.
Drzwi zamknęły się szybciej, niż bym chciała. Zostałam sama z kubkiem kawy i myślą, która nie dawała mi spokoju: kiedy ostatni raz zapytał, jak się czuję naprawdę?
Oboje się zmieniliśmy
Po południu wyjęłam krem z szafki. Postawiłam go na łazienkowej półce i długo się w niego wpatrywałam. W lustrze widziałam twarz zmęczonej kobiety, ale też kogoś, kto kiedyś umiał się śmiać głośno i bez powodu. Dotknęłam skóry pod oczami, nie po to, by szukać zmarszczek, tylko żeby upewnić się, że wciąż tam jestem.
Wieczorem, gdy wrócił, zapytałam bez wstępów:
– Czy ty jeszcze mnie widzisz, czy tylko to, co można poprawić?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Skąd ci to przyszło do głowy?
Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam, że jeśli teraz się wycofam, to pęknięcie tylko się pogłębi. Stał w progu salonu, jeszcze w kurtce, jakby w każdej chwili mógł się wycofać. Ja usiadłam na kanapie, splatając dłonie tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Czułam, że jeśli teraz nie powiem wszystkiego, to już nigdy nie zbiorę się na odwagę.
– Z tego, że coraz częściej mam wrażenie, że jestem obok – zaczęłam powoli. – Jak mebel, który zna się na pamięć. Wiesz, gdzie stoi, ale nie zwracasz na niego uwagi.
Westchnął ciężko i zdjął kurtkę.
– Anka, przesadzasz. Pracuję dużo, jestem zmęczony. To normalne.
– Dla ciebie – odpowiedziałam. – Dla mnie normalne stało się to, że nie pytasz, jak minął mi dzień. Że nie zauważasz, kiedy milknę.
Byłam szczera
Usiadł naprzeciwko. Przez moment wyglądał na zagubionego.
– Myślałem, że skoro nie mówisz, to wszystko jest w porządku.
Uśmiechnęłam się krzywo.
– A ja myślałam, że skoro jesteśmy razem tyle lat, to nie muszę krzyczeć, żeby być zauważona.
Zapadła cisza. Długa, lepka. W końcu odezwał się ciszej:
– Ten krem… naprawdę nie chciałem cię urazić. Bałem się, że przez upływ czasu będziesz nieszczęśliwa.
Te słowa zbiły mnie z tropu. Nie było w nich oskarżenia, raczej nieporadne wyznanie.
– A zapytałeś mnie kiedyś, czego się boję? – spytałam.
Pokręcił głową.
– Ja boję się tego, że zniknę w twoim życiu. Że będę tylko funkcją: żoną, która ogarnia dom i pamięta o terminach. Nie kobietą.
Oparł łokcie o kolana i spuścił wzrok.
– Nie wiedziałem, że aż tak to czujesz.
– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam. – Że nie wiedziałeś.
Tego wieczoru nie było wielkich gestów ani nagłych obietnic. Była za to rozmowa, nieporadna, pełna pauz i niedokończonych zdań. Po raz pierwszy od dawna nie uciekliśmy od niewygodnych tematów. Nie wiedziałam jeszcze, czy to wystarczy, ale poczułam coś, czego brakowało mi od dawna: że ktoś mnie naprawdę słucha.
Mąż stał się uważniejszy
Kolejne dni były dziwnie ciche. Nie w złym sensie, raczej jak po burzy, kiedy powietrze jest ciężkie, a człowiek nie wie, czy to już spokój, czy tylko przerwa przed następnym grzmotem. Mąż stał się uważniejszy. Zapytał rano, czy dobrze spałam. Wieczorem zaproponował spacer. Gesty drobne, ale nowe.
Szliśmy obok siebie, bez pośpiechu.
– Pamiętasz, jak tu przychodziliśmy na początku? – zapytał nagle, wskazując park.
– Pamiętam – odpowiedziałam. – Wtedy rozmawialiśmy bez przerwy.
Uśmiechnął się blado.
– Bałem się, że jak zaczniemy o tym wszystkim mówić, to się rozsypiemy.
Zatrzymałam się.
– A ja bałam się, że jeśli nie zaczniemy, to już dawno się rozsypaliśmy, tylko nikt tego nie zauważył.
Spojrzał na mnie uważnie, jakby pierwszy raz od dawna.
– Nie chcę cię stracić, Anka.
Te słowa zabrzmiały poważnie, ale we mnie zamiast ulgi pojawił się lęk. Wiedziałam, że same deklaracje nie wystarczą.
– Ja też nie chcę – powiedziałam. – Ale nie chcę też zniknąć w tym małżeństwie.
Wieczorem usiadłam w łazience przed lustrem. Krem stał tam, gdzie go postawiłam. Otworzyłam słoiczek, nabrałam odrobinę na palec, posmarowałam policzek, po czym… zakręciłam krem z powrotem. Odłożyłam go do szuflady.
Kiedy wszedł, zobaczył to.
– Nie używasz? – zapytał ostrożnie.
– Może kiedyś – odpowiedziałam. – Ale nie dlatego, że muszę coś naprawiać. Tylko jeśli sama będę tego chciała.
Pokiwał głową.
– Rozumiem. A przynajmniej próbuję.
Położyliśmy się spać obok siebie. Nie przytulił mnie od razu. Zrobił to dopiero po chwili, niepewnie, jakby pytał bez słów o zgodę. Pozwoliłam. Leżałam z otwartymi oczami, czując ciepło jego ramienia i własne wątpliwości. Nadzieja mieszała się ze strachem, ale po raz pierwszy od dawna obie te rzeczy były prawdziwe.
Nie było jednego momentu, w którym wszystko nagle stało się łatwe. Raczej seria małych sprawdzianów. Czasem wracał zmęczony i znów milczał zbyt długo. Czasem ja zamykałam się w sobie szybciej, niż powinnam. Ale teraz to zauważaliśmy. I to robiło różnicę. Wtedy zrozumiałam, że troska nie polega na poprawianiu drugiej osoby ani na dawaniu jej gotowych rozwiązań. Troska to ciekawość. Obecność. Gotowość na niewygodne odpowiedzi.
Krem nadal leży w szufladzie. Czasem na niego patrzę i już nie czuję złości.
Anka, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od dawna z trudem wiążę koniec z końcem. Odrobinę radości wprowadził do mojego życia ktoś, kto umiał słuchać”
- „Romantyczne ferie w Zakopanem to była porażka. Ukochany kręcił już od pierwszego dnia, aż wyszło szydło z worka”
- „Wnuczka zaczęła wpadać częściej na obiady, ale ja wyczułam fortel. Przy rosole zacierała ręce na myśl o mojej kasie”

