„Na walentynki marzyłam tylko o romantycznej kolacji i bukiecie kwiatów. Dostałam kebab na wynos z taniej budy”
„Plastikowa tacka była ciepła i śliska, serwetki cienkie jak bibuła. Ugryzłam pierwszy kęs bez apetytu. Michał mówił coś o tym, że kiedyś będziemy się z tego śmiać. Że to zabawna historia. Że prawdziwe uczucia nie potrzebują dekoracji. Kiwałam głową mechanicznie, skupiając się na tym, żeby nie ubrudzić swojego najlepszego płaszcza”.

- Redakcja
Walentynki miały być proste. Bez fajerwerków, bez niespodzianek, bez udawania kogoś, kim nie jestem. Chciałam tylko usiąść przy stole, zjeść kolację i dostać kwiaty, które potem postawiłabym na parapecie. Zamiast tego od rana czułam w sobie dziwne napięcie, jakbym już wtedy przeczuwała, że to, co dla mnie było oczywiste, dla kogoś innego okaże się problemem.
Nie liczyłam na wiele
Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Michał spał jeszcze, oddychał równo, a ja wpatrywałam się w sufit i liczyłam w myślach rzeczy, których nie chcę. Nie chciałam się domyślać, nie chciałam zgadywać. Nie chciałam słyszeć, że „mogłam powiedzieć”, bo przecież powiedziałam. Kilka dni wcześniej siedzieliśmy w kuchni, opierając się biodrami o blat. Powiedziałam to spokojnie, prawie od niechcenia.
– Na Walentynki chciałabym kolację w restauracji. I kwiaty. Tyle.
Michał uniósł brwi i uśmiechnął się tym swoim półuśmiechem, który zawsze mnie dezorientował.
– Aż tak masz zaplanowane od A do Z? – zapytał. – Przecież wtedy nie ma żadnej magii.
– Dla mnie magią jest to, że ktoś o mnie pomyśli i wszystko zorganizuje – odpowiedziałam. – Nie potrzebuję niespodzianek.
Wzruszył ramionami.
– Zobaczymy. Lubię improwizować.
To „zobaczymy” wracało do mnie przez cały poranek i nie dawało spokoju. Ubrałam się do pracy, robiąc wszystko wolniej niż zwykle. Zastanawiałam się, czy naprawdę proszę o tak wiele, skoro muszę to tłumaczyć jak dziecku. Przecież nie mówiłam o drogich prezentach ani o wyjątkowych miejscach. Chodziło o gest. O sygnał, że jestem ważna.
W pracy koleżanki wymieniały się planami, ktoś pokazywał bukiet już dostarczony do domu. Słuchałam, uśmiechałam się, kiwałam głową, ale w środku zaczynałam się kurczyć. Każde takie zdanie brzmiało jak pytanie: a ty?
Napisałam do Michała krótką wiadomość: „Wszystko aktualne na dziś?”. Odpisał niemal od razu: „Spokojnie, będzie fajnie. Zaufaj mi”. Zaufaj. To słowo zawsze brzmiało jak zamknięcie dyskusji. Jakby moje potrzeby były czymś, co psuje lekkość chwili. A ja nie chciałam być tą, która marudzi. Nie chciałam być roszczeniowa. Chciałam tylko wieczoru, po którym nie będę się zastanawiać, czy znowu przesadzam.
Kiedy wróciłam do domu i zaczęłam się szykować, spojrzałam na puste miejsce na stole, gdzie wyobrażałam sobie wazon z kwiatami. Powiedziałam sobie, że to tylko symbol. Że nie warto robić z tego sprawy. A jednak serce biło mi szybciej, bo wiedziało, że nie mogę liczyć nawet na to minimum.
Zawiodłam się na nim
Spotkaliśmy się pod restauracją, którą kojarzyłam z internetu. Ciepłe światło za oknami, świece na stolikach, pary nachylone ku sobie. Przez moment poczułam ulgę, jakby jednak wszystko miało się ułożyć. Michał stanął obok mnie, rozejrzał się i powiedział z uśmiechem:
– No, widzisz. Jest klimacik.
Podeszliśmy do drzwi. Na wysokości oczu wisiała kartka, napisana grubym markerem: „Brak wolnych stolików”. Stałam chwilę w milczeniu, czekając, aż Michał upomni się o rezerwację u obsługi. Ale on tylko parsknął śmiechem.
– No tak, walentynki. W sumie to było do przewidzenia – rzucił lekko. – Idziemy dalej.
Nie ruszyłam się od razu. Zajrzałam przez szybę. Kelnerka zapalała kolejną świeczkę, ktoś śmiał się głośniej, ktoś wznosił kieliszek. Poczułam ukłucie w żołądku, które nie miało nic wspólnego z głodem. On nawet nie potrafił zrobić rezerwacji.
– Trzeba było zarezerwować miejsce – powiedziałam cicho.
– Karolina, bez przesady – odpowiedział. – To tylko kolacja. Znajdziemy coś lepszego.
Ruszyliśmy ulicą, a ja próbowałam dopasować krok do jego tempa. Zimno szczypało w policzki, ręce zaczynały mi marznąć. Mijaliśmy kolejne lokale, każdy wyglądał tak, jakbym go sobie wyobrażała kilka dni wcześniej. Przy jednym z nich stała para, ona poprawiała mu szalik, on coś szeptał jej do ucha. Odwróciłam wzrok.
– Wiesz – odezwał się Michał – zawsze mnie bawi to całe walentynkowe spięcie. Jakby uczucia dało się zaplanować w kalendarzu.
– A mnie bawi to, że trzeba tłumaczyć, że chodzi o gest – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– Coś jest nie tak?
Chciałam powiedzieć, że tak. Że już jest nie tak. Ale zamiast tego wzruszyłam ramionami.
– Nic. Jestem głodna.
Dotarliśmy pod kolejny lokal. Tym razem nawet nie musieliśmy podchodzić. Przez okno było widać, że nie ma gdzie usiąść. Michał westchnął teatralnie.
– No dobra, to tu odpada. Ale zobaczysz, zaraz coś się trafi.
Zaczynałam czuć na sobie ciężar własnych myśli. Czy naprawdę oczekiwałam za dużo? Czy kolacja w restauracji to już coś, co wymaga wielkich przygotowań? Patrzyłam na niego, jak idzie przede mną pewnym krokiem, jakby to była przygoda, a nie seria zamkniętych drzwi. Pomyślałam, że może tylko ja odbieram to jako porażkę.
Ale gdzieś głęboko pojawił się wstyd. Nie dlatego, że nie mieliśmy gdzie zjeść. Tylko dlatego, że stojąc obok tych wszystkich par, zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś jeszcze tak bardzo musi usprawiedliwiać własne potrzeby.
Powoli miałam tego dość
Do kolejnego baru weszliśmy bardziej z rozpędu niż z nadziei. Było głośno, ciasno i duszno. Ktoś stał przy wejściu z telefonem przy uchu i machał ręką. Rozejrzałam się bez przekonania. Wolnych stolików nie było, nawet krzeseł. Michał nachylił się do mnie.
– No dobra, tu faktycznie słabo – przyznał. – Ale w sumie klimat całkiem fajny, co?
Nie odpowiedziałam. Zaczynałam czuć, jak każde kolejne zdanie kosztuje mnie więcej energii. Stałam z rękami w kieszeniach płaszcza i patrzyłam w podłogę. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, Michał przyspieszył krok.
– Ej, nie obrażaj się – rzucił. – Przecież nic się nie stało.
To „nic” zawisło między nami cięższe niż zimne powietrze. Szliśmy obok siebie, ale miałam wrażenie, że każde z nas jest osobno. Ulica była pełna ludzi, rozmów, śmiechu. Dla mnie wszystko zaczęło się wyciszać, jakby ktoś przykręcał dźwięk.
– Mogłaś coś powiedzieć wcześniej – dodał po chwili.
Zatrzymałam się.
– Powiedziałam – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam. – Kilka razy.
Odwrócił się do mnie, wyraźnie zirytowany.
– Karolina, ale nie rób z tego dramatu. To miał być luźny wieczór.
Pokiwałam głową i ruszyłam dalej. Nie chciałam już nic tłumaczyć. Przypomniały mi się moje ostatnie urodziny, kiedy dostałam od niego życzenia wieczorem, bo „dzień tak szybko minął”. Przypomniał mi się weekend, który miał być wspólny, a skończył się jego spontanicznym wyjazdem z kolegami. Wtedy też mówiłam sobie, że przesadzam. Że przecież nie robi tego specjalnie.
Trzeci bar był mniejszy, przytulniejszy. Na moment znów poczułam coś na kształt nadziei. Zajrzałam do środka i od razu wiedziałam, że to bez sensu. Michał wszedł sam, jakby chciał sprawdzić, czy los jednak się nad nami zlituje. Stałam na zewnątrz i patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Wyglądałam na zmęczoną. Starszą. Jak ktoś, kto za długo udaje, że wszystko jest w porządku.
Wyszedł po chwili.
– Nic z tego – powiedział. – Ale serio, nie rozumiem, czemu jesteś taka cicha.
Nie odpowiedziałam. Cisza była jedyną rzeczą, nad którą jeszcze miałam kontrolę. Każdy żart, który próbował wcisnąć między nasze kroki, odbijał się ode mnie i spadał na chodnik. Byłam głodna, zmarznięta i pełna myśli, których nie chciałam wypowiadać na głos, bo bałam się, że jeśli zacznę, nie będę umiała przestać.
Szliśmy dalej, a ja już wiedziałam, że ten wieczór nie popsuje się nagle. On będzie się kruszył powoli, w drobnych momentach, które trudno nazwać, ale jeszcze trudniej zapomnieć.
Nie było mi do śmiechu
Decyzja zapadła nagle, jakby nikt jej tak naprawdę nie podjął. Po prostu skręciliśmy w boczną ulicę, a tam świeciła się budka, jedyne miejsce, gdzie nie było kolejki ani kartek na drzwiach. Zapach był ciężki i lepki, od razu osiadł mi w gardle. Michał spojrzał na menu i klasnął w dłonie.
– No i proszę. Też kolacja. Może nie przy świecach, ale przynajmniej na luzie.
Skinęłam głową. Na „luzie” stało się słowem, które miało przykryć wszystko. Zamówiliśmy i stanęliśmy przy wysokim stoliku. Plastikowa tacka była ciepła i śliska, serwetki cienkie jak bibuła. Ugryzłam pierwszy kęs bez apetytu. Michał mówił coś o tym, że kiedyś będziemy się z tego śmiać. Że to zabawna historia. Że prawdziwe uczucia nie potrzebują dekoracji. Kiwałam głową mechanicznie, skupiając się na tym, żeby nie ubrudzić swojego najlepszego płaszcza.
– Nie przesadzasz trochę? – zapytał nagle. – Przecież jesteśmy razem. To chyba ważniejsze niż miejsce.
Spojrzałam na niego. Chciałam zapytać, dlaczego bycie razem zawsze oznacza, że ja mam odpuścić. Dlaczego jego spontaniczność kończy się tam, gdzie zaczyna się planowanie czegokolwiek dla mnie. Zamiast tego powiedziałam tylko:
– Jestem zmęczona.
Przy sąsiednim stoliku ktoś śmiał się głośno. Ktoś inny opierał głowę o czyjeś ramię. Patrzyłam na te drobne gesty i czułam, jak coś we mnie pęka, choć na zewnątrz nic się nie zmieniało. Ten kebab nie był problemem sam w sobie. Problemem był nasz związek.
Michał wytarł ręce serwetką i uśmiechnął się do mnie, jakby chciał mnie zarazić dobrym nastrojem.
– Serio, za rok opowiemy to znajomym i będzie śmiesznie.
Nie odpowiedziałam. W tym momencie dotarło do mnie, że on naprawdę nie widzi różnicy. Że dla niego to tylko nieudane wyjście, a dla mnie dowód, że moje potrzeby są nieistotne. Stałam z jedzeniem w dłoni i czułam się bardziej obco niż kiedykolwiek wcześniej, mimo że był tuż obok. Ten wieczór miał być dla nas. Zamiast tego stał się momentem, w którym zobaczyłam, jak różnie rozumiemy słowo „razem”.
Przestałam ignorować swoje potrzeby
Do domu wracaliśmy w ciszy. Nie tej komfortowej, która oznacza spokój, tylko ciężkiej, lepkiej, wypełnionej niedopowiedzianymi zdaniami. Michał coś jeszcze mówił, próbował podsumować wieczór żartem, ale słuchałam już tylko połowicznie. Każde słowo odbijało się ode mnie i przelatywało gdzieś obok.
Kiedy zamknęły się za nami drzwi mieszkania, zdjęłam płaszcz i buty wolniej niż zwykle. Michał zapytał, czy obejrzymy coś razem. Pokręciłam głową. Powiedział, że przesadzam, że przecież nic złego się nie stało. Nie odpowiedziałam. Poszłam do łazienki i oparłam dłonie o umywalkę, patrząc na swoje odbicie. Wyglądałam jak ktoś, kto za długo tłumaczył innym, dlaczego ma prawo czuć to, co czuje.
W łóżku leżałam długo z otwartymi oczami. Przypominałam sobie rozmowy z Olą, jej zdziwienie, kiedy mówiłam, że nie chcę robić problemu. „Ale to nie jest problem, tylko twoja potrzeba” – powtarzała. Wtedy kiwałam głową, ale i tak wracałam do schematu, w którym łatwiej było uznać, że to ja dramatyzuję.
Tego wieczoru coś się jednak zmieniło. Zrozumiałam, że to nie były tylko nieudane walentynki. To był sygnał. Jeden z tych, które łatwo zignorować, jeśli bardzo się chce wierzyć, że wystarczy przeczekać. Dotarło do mnie, że spontaniczność w naszym związku zawsze działała w jedną stronę. Tam, gdzie zaczynała się odpowiedzialność za mnie, kończył się jego luz.
Nie podjęłam wtedy żadnej decyzji. Nie spakowałam rzeczy, nie zrobiłam awantury, nie wygłosiłam przemowy. Ale przestałam sobie powtarzać, że przesadzam. Przestałam nazywać minimum wygórowanym wymaganiem. Wiedziałam, że jeśli zostanę, będę musiała w końcu głośno powiedzieć, czego potrzebuję. A jeśli odejdę, to nie dlatego, że zabrakło kolacji i kwiatów, tylko dlatego, że zabrakło uważności.
Leżąc w ciemności, pomyślałam, że nie chcę kolejnych lat, w których kebab stanie się symbolem wszystkiego, co niewypowiedziane. I choć nie wiedziałam jeszcze, co zrobię, po raz pierwszy od dawna byłam pewna jednego – moje potrzeby nie są przesadą.
Karolina, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki ukochany sprawił mi luksusowy prezent. Kosztował fortunę, ale ja nie chciałam żyć w złotej klatce”
- „W walentynki czekałam na pierścionek, a ukochany dał mi tulipany z dyskontu. To wystarczyło, żebym spakowała walizki”
- „Byłam wściekła, że nawet w ferie mąż odbiera służbowe telefony. Sekretne pogaduszki nie miały nic wspólnego z pracą”

