Reklama

Walentynek nigdy nie traktowałam jak święta z obowiązku. Przeciwnie — dla mnie to była okazja, żeby na chwilę oderwać się od codzienności, poczuć się wyjątkowo. Od lat z mężem wymienialiśmy się drobiazgami: czasem to były perfumy, czasem kolacja na mieście czy chociażby świeczka z serduszkiem. Ceniłam ten moment, nawet jeśli cały świat wokół twierdził, że to komercyjna wydmuszka. W tym roku bardzo liczyłam na coś szczególnego. Byłam zmęczona zimą, szarówką i poczuciem, że ostatnio nasze małżeństwo stało się rutyną.

Przez przypadek podsłuchałam, jak mąż przez telefon dopytuje o „te perfumy z różą”. Przez cały tydzień chodziłam z głową w chmurach, wyobrażając sobie pięknie zapakowaną buteleczkę, delikatny zapach róż na mojej skórze i jego czułe spojrzenie. Nie miałam pojęcia, jak bardzo się rozczaruję, gdy w dniu walentynek dostanę prezent, który zupełnie nie przypominał moich marzeń.

Serce podskoczyło mi do gardła

Przez tydzień przed walentynkami byłam w wyjątkowo dobrym humorze. Zaczęłam się nawet śmiać do siebie pod nosem, przeglądając internetowe inspiracje: suknie, kwiaty, a nawet wykwintne kolacje. Żartowałam z koleżankami z pracy, że w tym roku mój mąż w końcu się popisze. Nawet dzieci pytały, czy szykuje się jakaś niespodzianka.

W piątek, dwa dni przed świętem, wieczorem usłyszałam rozmowę męża przez telefon w kuchni. Starał się mówić ściszonym głosem, ale fragmenty docierały do mnie przez drzwi:

— Tak, te z różą... nie, nie wanilia. Róża, tak jak żona mówiła, ona kocha różane...

Serce podskoczyło mi do gardła. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że może rzeczywiście mnie słucha, że pamięta o moich małych przyjemnościach. Następnego dnia zajrzałam do szafy w sypialni. Na półce, za stertą swetrów, zauważyłam torbę z logo perfumerii. Uśmiechnęłam się do siebie. Postanowiłam nie zaglądać, żeby nie zepsuć sobie niespodzianki.

— Mama, a czemu się tak cieszysz? — spytała córka, patrząc na mnie podejrzliwie.

— Bo w tym roku będzie wyjątkowy dzień zakochanych, kochanie — odpowiedziałam, całując ją w czubek głowy.

Uśmiech zamarł mi na twarzy

Walentynki wypadły w środę. Przyszłam wcześniej z pracy, specjalnie kupiłam świeże kwiaty, zrobiłam jego ulubione naleśniki z serem. W powietrzu unosił się słodki zapach, a ja czułam narastające podekscytowanie. Zastanawiałam się, czy zrobił rezerwację w tej naszej małej restauracji, gdzie zawsze śmiejemy się z obsługi, czy może po prostu zjemy kolację w domu. Najważniejsze było to, że znowu poczułam się jak kiedyś, zanim dzieci, kredyty i obowiązki przykryły wszystko grubą warstwą codzienności.

Gdy mąż wrócił, wszedł do kuchni z papierową torbą. Uśmiechnął się i wręczył mi prezent, który wyglądał... zwyczajnie.

Wszystkiego najlepszego, kochanie.

Byłam pewna, że w środku będą upragnione perfumy. Zerwałam papier, serce mi biło jak szalone, a w dłoniach zamiast flakonika znalazłam białe pudełko. Na wieczku widniał napis: „Krem liftingujący na zmarszczki – nocna regeneracja”. Patrzyłam w osłupieniu na opakowanie. Uśmiech zamarł mi na twarzy.

— No, zobacz, pani w sklepie mówiła, że jest najlepszy. I podobno pięknie pachnie! — wyjaśnił z entuzjazmem.

Próbowałam się uśmiechnąć, ale w środku aż mnie ścisnęło.

Poczułam się zwyczajnie pominięta

Stałam z kremem w ręku, czując, jak narasta we mnie rozczarowanie i złość. Próbowałam się opanować, bo dzieci krzątały się po kuchni, ale nie potrafiłam powstrzymać emocji. Po kolacji, gdy tylko zostaliśmy sami, wybuchłam:

To miały być perfumy, nie krem na zmarszczki! — powiedziałam ostrym tonem, nie patrząc mu w oczy.

Mąż wyglądał na zaskoczonego, jakby zupełnie nie rozumiał, o co mi chodzi.

Myślałem, że się ucieszysz… Ostatnio mówiłaś, że masz suchą skórę, że coś by się przydało na noc.

— Tak, mówiłam, ale nie w dniu zakochanych! Czy ty naprawdę nie widzisz różnicy między drobną troską a prezentem na walentynki?

— To tylko krem, a taki drogi… — próbował się bronić, ale czułam, że każde jego słowo tylko pogarsza sprawę.

Przypomniały mi się rozmowy z koleżankami, które opowiadały o mężach dających kwiaty, perfumy, zaproszenia na koncerty. Poczułam się zwyczajnie pominięta, jakbym dla niego była już tylko żoną do pielęgnacji, a nie kobietą, o którą warto się postarać.

— Naprawdę uważasz, że powinnam się ucieszyć z kremu na zmarszczki? Może jeszcze dokup mi wagę łazienkową na rocznicę ślubu! — rzuciłam sarkastycznie.

Zrobiło mi się żal

Przez następne dni nie rozmawialiśmy prawie wcale. Mąż chodził obrażony, mruczał coś pod nosem, a ja z trudem powstrzymywałam łzy. W domu panowała dziwna cisza — nawet dzieci wyczuwały napięcie i starały się nie wchodzić nam w drogę. Przestaliśmy siadać razem do kolacji, każde z nas chwytało talerz i znikało w innym kącie. Wieczorami leżałam w łóżku, patrząc w sufit, i czułam się coraz bardziej osamotniona.

Z jednej strony powtarzałam sobie, że przesadzam. To tylko krem, głupie opakowanie, a przecież on chciał dobrze. Może naprawdę myślał, że mi się spodoba? Ale im dłużej nad tym rozmyślałam, tym bardziej czułam, że nie chodzi tylko o prezent. Było we mnie poczucie, że coś między nami się wypaliło. Dawniej walentynki były dla nas pretekstem do bliskości, śmiechu, nawet do głupich żartów. Teraz czułam się jak współlokatorka, nie żona. Krem stał na półce w łazience i za każdym razem, gdy go widziałam, robiło mi się przykro.

Wieczorem usłyszałam, jak mąż rozmawia przez telefon z kolegą.

— Stary, przecież to był drogi krem! Chciałem dobrze, a ona zrobiła z tego dramat… — tłumaczył się.

Zrobiło mi się żal samej siebie.

Nie płakałam

Po kilku dniach postanowiłam spróbować naprawić tę sytuację. Nie chciałam, żeby taki głupi prezent stał się przepaścią nie do przeskoczenia. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiadłam obok męża na kanapie i powiedziałam cicho:

Możemy pogadać?

Spojrzał na mnie niechętnie, ale skinął głową.

— Słuchaj, nie chodzi tylko o ten krem… Ja po prostu potrzebowałam poczuć się dla ciebie wyjątkowa. Przez chwilę. Jak kiedyś.

Westchnął ciężko i wzruszył ramionami.

— Wydziwiasz. Zawsze coś jest nie tak. Myślałem, że ucieszysz się z czegoś praktycznego, bo nigdy nie masz czasu dla siebie, ciągle tylko obowiązki.

— Może i praktyczny, ale zupełnie nietrafiony. Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Czy wiesz, czego pragnę?

Zawsze czegoś ci brakuje — odparł obojętnie, zerkając w ekran telefonu.

Czułam, jak między nami wyrasta mur, coraz wyższy i grubszy. W końcu po prostu wstałam i wyszłam z salonu, czując w sobie pustkę i gniew. Nie płakałam, nie krzyczałam — miałam wrażenie, że cokolwiek powiem, i tak nie dotrze. Przez okno widziałam, jak mąż zapala światło w kuchni, jakby to był zwykły wieczór.

Nie zawsze tak było

Przez kolejne tygodnie starałam się nie wracać do tamtego wieczoru, ale każda drobnostka przypominała mi o walentynkach i naszym nieudanym dialogu. Krem stał na półce w łazience, nieotwarty, a perfumy, te wymarzone, różane, ciągle pojawiały się w reklamach, które przelatywały mi przed oczami podczas przeglądania internetu. Za każdym razem czułam ukłucie smutku i żalu. Może naprawdę wymagałam za dużo? Może w dorosłym życiu nie ma już miejsca na gesty, które kiedyś były dla nas tak ważne?

Zaczęłam się jednak zastanawiać, kiedy i dlaczego pozwoliliśmy sobie na takie oddalenie. Przecież nie zawsze tak było. Przecież kiedyś oboje cieszyliśmy się z najdrobniejszych niespodzianek. Zrozumiałam, że jeden nietrafiony prezent nie musiał być końcem wszystkiego, ale też nie chciałam już udawać, że nic się nie stało. W końcu zebrałam się na odwagę i powiedziałam mężowi wprost, że potrzebuję od niego nie praktycznych podarunków, tylko odrobiny uwagi i czułości. Nie wiem, czy to do niego dotarło. Widziałam jednak, że przynajmniej na chwilę się zamyślił.

Może kiedyś znów poczuję się dla niego ważna. Może już nigdy nie dostanę perfum, o których marzę. Ale przynajmniej wiem, czego chcę i nie pozwolę, żeby kolejny krem na zmarszczki odebrał mi wiarę w siebie.

Zofia, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama