Reklama

Zatrzymałem się w przedpokoju z bukietem w dłoniach i poczułem, że coś między mną a Ingą zgasło, choć jeszcze nie wiedziałem co dokładnie. Walentynki miały być drobnym gestem, niczym wielkim, a jednak zamieniły się w cichy sąd nad naszym małżeństwem. Róże, które trzymałem, nagle zaczęły ważyć więcej, niż przypuszczałem.

Nie doceniła tego gestu

Wyszedłem z kwiaciarni z uczuciem lekkiego napięcia, ale też cichej satysfakcji. Bukiet był prosty, elegancki – czerwone róże, dokładnie takie, jakie Inga kiedyś lubiła. Pamiętałem, jak jeszcze kilka lat temu potrafiła się nimi zachwycać, wkładała je do wazonu i co chwilę zerkała, czy dobrze stoją. Teraz jednak wszystko było inne, choć długo nie chciałem tego przyznać.

W domu zastałem ją w kuchni. Stała przy blacie, przeglądała coś w telefonie, nawet na mnie nie spojrzała.

– Wszystkiego najlepszego na walentynki – powiedziałem, wyciągając bukiet w jej stronę.

Podniosła wzrok tylko na moment. Zmarszczyła brwi, jakby zobaczyła coś zupełnie zbędnego.

Po co to kupowałeś? – zapytała chłodno. – Przecież mówiłam, że szkoda pieniędzy.

– Myślałem, że to miły gest – odpowiedziałem ciszej. – Kiedyś lubiłaś kwiaty. Są walentynki.

Parsknęła krótkim, nerwowym śmiechem.

– Kiedyś tak. Teraz mamy inne wydatki. Postaw je gdzieś, bo ja nie mam czasu się nimi zajmować.

Stałem tak jeszcze chwilę, nie bardzo wiedząc, co zrobić z rękami. Bukiet między nami wyglądał jak dowód w jakiejś sprawie, w której i tak byłem z góry winny. W końcu odłożyłem go na stół.

– Inga, przecież to tylko róże… – zacząłem, ale machnęła ręką.

– Daj spokój, Jacek. Nie rób z tego dramatu.

Właśnie to zabolało najbardziej. Dla niej to było nic. Dla mnie sygnał, że przestaliśmy się spotykać gdzieś pośrodku. Wziąłem kurtkę, chwyciłem bukiet i wyszedłem, zanim powiedziałem coś, czego mógłbym żałować.

Na klatce schodowej zadzwoniłem do jej matki. Zawsze, gdy rozmawiałem z teściową, czułem spokój, jakiego brakowało mi w domu.

– Jacek, coś się stało? – zapytała od razu, jakby coś wyczuła.

– Nie… znaczy… mogę wpaść na chwilę? – odpowiedziałem po chwili.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Oczywiście, synku. Czekam.

Włożyłem bukiet pod ramię i ruszyłem w jej stronę, nie wiedząc jeszcze, że ten wieczór zmieni moje myślenie o małżeństwie bardziej, niż chciałem.

Tam przynajmniej ktoś mnie słuchał

Drzwi do mieszkania teściowej otworzyły się, zanim zdążyłem zapukać drugi raz. Stała w progu w domowym swetrze, z tym swoim spokojnym uśmiechem, który zawsze sprawiał, że czułem się mile widziany.

– No chodź, nie stój tak – powiedziała ciepło. – Ale piękne róże… To dla mnie?

Pokiwałem głową, trochę niezręcznie.

– Tak. Pomyślałem, że… że ucieszą cię bardziej niż Ingę.

Nie dopytywała od razu. Wzięła bukiet, powąchała kwiaty i postawiła je w wazonie, który jakby czekał na taką okazję. Dopiero potem zaparzyła herbatę i usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.

– Opowiadaj – rzuciła spokojnie.

Wtedy wszystko ze mnie zeszło. Opowiedziałem jej o kuchni, o telefonie w dłoniach Ingi, o tym krótkim spojrzeniu pełnym zniecierpliwienia. Mówiłem bez podnoszenia głosu, ale czułem, jak w środku narasta mi gorycz.

– Ja już nie wiem, czy ja coś robię źle, czy po prostu przestałem być dla niej ważny – przyznałem w końcu.

Teściowa słuchała uważnie, nie przerywała. Gdy skończyłem, westchnęła cicho.

– Jacek, ty naprawdę się starasz – powiedziała po chwili. – I to widać. Inga… ona zawsze była trudna. Nawet jako dziecko. Czasem zapomina, że po drugiej stronie jest drugi człowiek.

Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałem. Ktoś wreszcie nazwał to, co od dawna czułem, ale bałem się wypowiedzieć na głos.

– Ja nie oczekuję wielkiej wdzięczności – odpowiedziałem. – Chciałbym tylko, żeby nie traktowała mnie jak przeszkody.

Teściowa położyła dłoń na mojej.

Zasługujesz na szacunek. Każdy zasługuje.

Siedzieliśmy jeszcze długo, rozmawiając o drobiazgach, o pracy, o dawnych czasach. W jej mieszkaniu było ciepło, zwyczajnie, bez napięcia. Kiedy wstałem, żeby wyjść, poczułem, że pierwszy raz od dawna oddycham pełniej.

Dziękuję za kwiaty – powiedziała przy drzwiach. – I za to, że jesteś taki, jaki jesteś. Nie zmieniaj się tylko dlatego, że ktoś tego nie docenia.

Wyszedłem na wieczorne powietrze z myślą, że czasem inni ludzie są bliżsi niż własna żona. I że ta prawda może mieć swoje konsekwencje.

Teraz jeszcze miała pretensje

Do domu wróciłem późno. Światło w salonie było zgaszone, tylko z sypialni dobiegał blask nocnej lampki. Inga siedziała na łóżku, oparta o poduszki, z założonymi rękami. Od razu wiedziałem, że rozmowa mnie nie ominie.

Gdzie byłeś? – zapytała bez wstępu.

– U twojej mamy – odpowiedziałem spokojnie, zdejmując buty. – Zaniosłem jej kwiaty.

Uniosła brwi i prychnęła.

– Czyli jednak miałeś czas na romantyczne gesty. Tylko nie dla mnie.

Westchnąłem tylko.

– Inga, sama powiedziałaś, że ich nie chcesz – przypomniałem. – A twoja mama naprawdę się ucieszyła.

– Zawsze się cieszy – rzuciła z przekąsem. – Ona zawsze jest po twojej stronie.

To zdanie zapadło między nami jak ciężki przedmiot. Usiadłem na krześle naprzeciwko łóżka.

– A ty? – zapytałem wprost. – Kiedy ty ostatnio byłaś po mojej stronie?

Spojrzała na mnie z irytacją, ale w jej oczach mignęło coś jeszcze. Może zaskoczenie, może niepewność.

– Dobra, nie przesadzaj – powiedziała ciszej. – Robisz z jednej sytuacji wielki problem.

To nie jest jedna sytuacja – odpowiedziałem. – To wiele takich momentów. Dla ciebie to drobiazgi, dla mnie sygnał, że jestem na końcu listy.

Zapadła cisza. Inga odwróciła wzrok i zaczęła bawić się frędzlem poduszki.

Nie mam teraz siły na takie rozmowy – mruknęła. – Idź spać.

Posłuchałem. Położyłem się obok, ale między nami była wyraźna przestrzeń, jakby ktoś postawił niewidzialną ścianę. Leżałem długo z otwartymi oczami, myśląc o ciepłej kuchni teściowej, o jej prostych słowach i o tym, jak łatwo można było tam być sobą. Zrozumiałem wtedy, że problemem nie były kwiaty. One tylko obnażyły coś, co rosło między nami od lat.

Bukiet stał się symbolem

Rano obudziłem się z poczuciem ciężaru. Inga jeszcze spała, odwrócona plecami. Patrzyłem na jej sylwetkę i nie czułem już złości, tylko zmęczenie. Takie, które nie znika po kawie. W kuchni zaparzyłem herbatę i usiadłem przy stole. Kiedy weszła, była już ubrana, spięta, jakby przygotowana do obrony.

– Chciałabym pogadać – powiedziałem, zanim zdążyła otworzyć usta.

Usiadła naprzeciwko mnie, bez słowa.

– Mnie wczoraj nie chodziło o kwiaty – zacząłem. – One były tylko pretekstem. Ja od dawna czuję, że wszystko, co robię, jest dla ciebie niewystarczające albo zbędne. Cokolwiek robię, ty i tak masz pretensje.

– A ja czuję, że ciągle czegoś ode mnie oczekujesz – odpowiedziała ostro. – Że mam reagować tak, jak ty chcesz.

– Oczekuję szacunku – przerwałem. – I zwykłej życzliwości. Tego, co bez problemu dajesz innym.

Zamilkła. Po raz pierwszy nie zaprzeczyła od razu.

Nie wiem, czy umiem być inna – powiedziała w końcu cicho.

Czułem, że te słowa były szczere. Właśnie dlatego zabolały najbardziej.

– A ja nie wiem, czy potrafię dalej tak żyć, czując się niewidzialny – odpowiedziałem.

Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę. Potem wstałem.

Wyprowadzę się na jakiś czas – oznajmiłem spokojnie. – Muszę sprawdzić, kim jestem bez ciągłego tłumaczenia się z własnych uczuć.

Tylko skinęła głową. Spakowałem kilka rzeczy i pojechałem do teściowej. Przyjęła mnie bez pytań, z tym samym spokojem co zawsze. Postawiła na stole kwiaty. Te same róże, które wczoraj jej podarowałem.

– Czasem jeden gest wystarczy, żeby zobaczyć prawdę – powiedziała.

Miała rację. Walentynkowy bukiet nie uratował mojego małżeństwa. Ale uratował mnie przed dalszym udawaniem, że wszystko jest w porządku.

Jacek, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama