Reklama

Walentynki nigdy nie były dla mnie czymś szczególnym, raczej irytowały mnie wszechobecne serduszka i fałszywa atmosfera romantyzmu, która wylewała się z każdej witryny sklepowej. Nie należę do tych, którzy wręczają pluszowe misie albo piszą listy miłosne, zresztą nigdy nie byłem wielkim romantykiem. Z Klaudią spotykałem się od kilku miesięcy, choć tak naprawdę nigdy nie myślałem o niej jako o tej jedynej. Było miło, wygodnie, ale nic więcej.

Ona miała inne podejście: planowała, wybiegała w przyszłość, czasem rzucała aluzje do wspólnego mieszkania, a nawet do dzieci, które „kiedyś na pewno będziemy mieli”. Zawsze zbywałem te rozmowy półuśmiechem i udawałem, że nie słyszę. Chciałem jeszcze nacieszyć się wolnością, zanim wejdę w dorosłość po uszy. Niestety, tegoroczne walentynki miały na zawsze zmienić moje życie i zmusić mnie do zadania sobie pytania, na które zupełnie nie byłem gotowy odpowiedzieć.

Uśmiech Klaudii był niepewny

W dniu walentynek czułem się wyjątkowo nie na miejscu, kiedy wszyscy znajomi dopytywali o plany na wieczór. Klaudia od rana wysyłała mi wiadomości pełne uroczych emotek i sugestii, że szykuje dla mnie niespodziankę. Nie potrafiłem odwzajemnić jej entuzjazmu, choć nie chciałem jej sprawić przykrości. Po pracy wpadłem do niej z symboliczną różą, licząc, że szybko odbębnię obowiązek i wieczorem wrócę do siebie.

Klaudia otworzyła drzwi podekscytowana, ubrana w nową sukienkę, którą widziałem już w kilku jej postach na Instagramie. W salonie pachniało świecami i cynamonem, stół był idealnie nakryty. Próbowałem udawać, że cieszę się tą scenerią, choć czułem się, jakbym grał w kiepskim filmie. Gdy zaczęliśmy jeść kolację, Klaudia uśmiechała się nerwowo i patrzyła na mnie jakoś dziwnie. Po chwili zniknęła w łazience i wróciła z małym opakowaniem, które wręczyła mi drżącą ręką.

— Otwórz, proszę... — powiedziała cicho.

Spodziewałem się bransoletki albo czegoś w tym stylu. Gdy rozerwałem papier, oniemiałem. W dłoniach trzymałem test ciążowy, jeszcze w foliowej torebce. Obok była karteczka z napisem „To będzie nasza nowa przygoda?”. Przez moment nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Uśmiech Klaudii był niepewny, a ja pierwszy raz w życiu poczułem, że grunt usuwa mi się spod nóg.

Po kilku minutach wróciła

Trzymałem ten test ciążowy w dłoniach, jakby był bombą z opóźnionym zapłonem. W pokoju zapadła cisza, którą przerywał jedynie oddech Klaudii. Usiadłem ciężko na kanapie, czując, jak żołądek ściska mi się z nerwów. Klaudia przykucnęła obok i patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, czekając na moją reakcję. Próbowałem coś powiedzieć, ale z gardła wydobyło się tylko niezrozumiałe chrząknięcie.

— Przecież to jeszcze nie jest pewne — zaczęła cicho, łapiąc mnie za rękę. — Po prostu spóźnia mi się okres i... uznałam, że razem to sprawdzimy. Tak będzie… romantyczniej.

Nie wiedziałem, czy to żart, czy najgorszy koszmar. Starałem się nie panikować, więc po prostu skinąłem głową. Klaudia pobiegła do łazienki. Siedziałem jak sparaliżowany, licząc w myślach każdą sekundę. Po kilku minutach wróciła, trzymając test w dłoni. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, spojrzała na niego i… rozbeczała się.

— Nie wiem, chyba jedna kreska... ale tak się boję — szepnęła przez łzy.

Przytuliłem ją mechanicznie, czując, jak kompletnie nie pasuję do tej sceny. Wszystko działo się na opak, jakby ktoś pchnął mnie na oślep w dorosłość, której się bałem. Słowa, których nie wypowiedziałem, dusiły mnie od środka: ja wcale nie chcę być ojcem. Nie teraz, nie z Klaudią, nie w taki sposób.

Nie miałem odpowiedzi

Klaudia długo nie mogła się uspokoić. W końcu otarła łzy, próbując zebrać się w sobie. Siedzieliśmy obok siebie na kanapie, ale odległość między nami wydawała się większa niż kiedykolwiek wcześniej. Nagle poczułem, że powinienem coś powiedzieć, jakby ode mnie zależało, czy ten wieczór zakończy się tragedią, czy ulgą.

— Klaudia… może to po prostu stres, wiesz, czasem organizm płata figle — zacząłem niepewnie, patrząc gdzieś w bok.

— Wiem, ale wiesz, czasem myślę… może to by nie było takie złe? — Spojrzała na mnie z nadzieją. — Ja wiem, że się boimy, ale… czy nie marzyłeś kiedyś o rodzinie?

Poczułem, jak ciarki przechodzą mi po plecach. Rodzina? Ja ledwo radziłem sobie z własnym życiem. Nie chciałem jej ranić, więc odparłem wymijająco:

— To nie jest tak, że nie marzyłem. Po prostu… teraz jest trochę za wcześnie, nie?

— A kiedy będzie dobrze? — zapytała cicho.

Nie miałem odpowiedzi. Patrzyłem na nią i czułem, że jej wizja przyszłości i moja to dwa różne światy. Próbowałem zmienić temat, spytać o plany na weekend, ale Klaudia wracała w kółko do tego samego. O dziecku, o wspólnym mieszkaniu, o tym, jak wszystko się zmieni, kiedy „będziemy razem naprawdę”. Miałem ochotę uciec. Rozmowy, których nie chciałem, zaczynały się mnożyć, a ja coraz bardziej czułem, że nie jestem gotowy na żadną taką odpowiedzialność.

Czułem się jak na autopilocie

Zamiast spać, tej nocy przewracałem się z boku na bok, wpatrując się w sufit. W głowie miałem gonitwę myśli, z których żadna nie prowadziła do rozwiązania. Przed oczami przesuwały mi się obrazy: ja siedzący z wózkiem w parku, Klaudia uśmiechnięta, a obok biega kilkuletnie dziecko. Te wizje nie budziły we mnie radości, raczej wywoływały lęk, jakby ktoś mi odebrał wszystkie dotychczasowe plany.

Kiedy rano wyszedłem z mieszkania, czułem się jak na autopilocie. Od niechcenia odpowiadałem na wiadomości od Klaudii, która pisała, że jest jej lepiej, że powinniśmy razem poczekać do końca tygodnia i ewentualnie powtórzyć test. Przyjaciel, widząc moją minę, poklepał mnie po ramieniu i zapytał:

— Co się dzieje? Wyglądasz jakbyś widział ducha.

Nie wytrzymałem i wyrzuciłem z siebie całą historię, a on spojrzał na mnie z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia.

— Stary, musisz to rozegrać na spokojnie. Może to tylko fałszywy alarm — rzucił lekko. — Ale jeśli nie… no cóż, wiesz, co chcesz robić?

Nie wiedziałem. Bałem się przyznać nawet sam przed sobą, że w głębi duszy najbardziej chciałbym po prostu zniknąć, zostawić ten chaos za sobą. Myślałem, że mam jeszcze czas na szaleństwo, podróże, wolność, a tymczasem wszystko wymykało mi się z rąk szybciej, niż zdążyłem się zorientować.

Zrobiło mi się przykro

Przez następne dni chodziłem jak cień samego siebie. Klaudia próbowała zachować spokój, ale widziałem, że jest równie przerażona jak ja — tylko lepiej to ukrywała. Unikałem rozmów o przyszłości, tłumaczyłem się pracą, spotkaniami, wszystkim, co pozwalało nie poruszać tematu, który wisiał nad nami jak ciemna chmura. Jednak bańka iluzji, że „jakoś to będzie”, zaczęła pękać, kiedy Klaudia napisała mi po południu wiadomość: „Powtórzyłam test. Możesz przyjść?”.

Przyszedłem do niej wieczorem, z duszą na ramieniu. Siedziała na kanapie, test leżał na stole. Spojrzałem na niego i zobaczyłem jedną kreskę. Klaudia nie płakała, ale w jej oczach widać było ulgę zmieszaną z rozczarowaniem. Usiadłem obok, niepewny, co powinienem powiedzieć.

— Wygląda na to, że nie będziemy rodzicami — powiedziała cicho, z wymuszonym uśmiechem. — Cieszysz się?

Nie potrafiłem się zdobyć na entuzjazm, ale poczułem, jak ze mnie schodzi całe napięcie. Klaudia spuściła głowę.

— Wiesz… chyba myślałam, że jeśli to się wydarzy, to cię zatrzymam na dłużej — przyznała po chwili.

Zrobiło mi się przykro, ale nie mogłem udawać. Bańka marzeń Klaudii pękła, a wraz z nią wyparowały wszystkie złudzenia, które mogłem mieć co do tej relacji.

Wolałem odejść

Z tamtego wieczoru zapamiętałem głównie milczenie. Patrzyłem na Klaudię, próbując odnaleźć w sobie jakiekolwiek poczucie winy albo wdzięczność, że los jednak dał nam szansę na powrót do „normalności”. Zamiast tego czułem głównie ulgę i wstyd. Przestałem się oszukiwać — nie byłem gotowy na odpowiedzialność, na dziecko, na wspólne życie, którego tak bardzo chciała Klaudia.

Kilka dni później, zupełnie bez emocji, powiedziałem jej, że powinniśmy dać sobie trochę przestrzeni. Odpowiedziała spokojnie, bez łez. Chyba oboje wiedzieliśmy, że to najlepsze rozwiązanie. Nie jestem z siebie dumny. Może w jej oczach pozostanę tchórzem, który przestraszył się dorosłości. Może z czasem zrozumie, że nie da się zbudować nic trwałego na jednostronnych marzeniach.

Od tamtej pory omijam sklepy z walentynkowymi ozdobami szerokim łukiem. Myślę o tym, ile osób łudzi się, że prezent może zmienić życie na lepsze. Czasem trzeba przyznać, że nie każdy jest gotowy na miłość, która wymaga poświęcenia. Ja nie byłem. Wolałem odejść, zanim stanie się coś, czego nie będę w stanie udźwignąć.

Wiktor, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama