Reklama

Zatrzymałam się w drzwiach sklepu jubilerskiego, czując w żołądku ten znajomy, niepokojący skurcz. Walentynki miały być dla nas spokojne, może nawet nudne, ale przynajmniej... nasze. Kiedy kilka dni wcześniej mąż wręczył mi eleganckie pudełeczko i uśmiechnął się w sposób, którego nie potrafiłam odczytać, jeszcze nie wiedziałam, że ten gest uruchomi lawinę zdarzeń, których nie da się już cofnąć.

Prezent na walentynki mnie zaniepokoił

Pudełeczko było cięższe, niż się spodziewałam. Leżało na stole między kubkami z niedopitą herbatą, a ja wpatrywałam się w nie, jakby mogło samo zdradzić swoją zawartość. Marek siedział naprzeciwko i udawał spokój, ale zdradzało go nerwowe stukanie palcami o blat.

– No, otwórz – rzucił w końcu, zbyt szybko.

Uniósł kąciki ust, lecz w oczach miał napięcie. Przeciągnęłam palcem po wstążce i powoli uniosłam wieczko. W środku był pierścionek. Delikatny, złoty, z małym czerwonym kamieniem, który odbijał światło kuchennej lampy.

Jest piękny – powiedziałam odruchowo. I naprawdę tak myślałam, chociaż czerwień nie należała do moich ulubionych kolorów. Zastanowiło mnie to, ale zignorowałam tę myśl.

– Wiedziałem – odetchnął, jakby ktoś zdjął mu z ramion ciężki plecak.

Próbowałam założyć pierścionek. Był… za ciasny. Przełożyłam go na palec serdeczny drugiej ręki, nawet na palec wskazujący. Nadal coś nie grało. Nie pasował na żaden palec i był o wiele za mały. Marek zerknął i szybko odwrócił wzrok.

– Można go trochę zmniejszyć – rzucił. – Wiesz, w sklepie mówili, że to żaden problem.

Skinęłam głową, choć w środku poczułam ukłucie. Znał mnie. Wiedział, jaką biżuterię noszę. Pierścionek zaręczynowy wybrał idealnie, nie trzeba było nic poprawiać. Sam wspominał wtedy, że zna mnie jak własną kieszeń. Przez kolejne dni nie nosiłam pierścionka. Marek coraz częściej wychodził wcześniej do pracy, wracał później. Tłumaczył się projektami, spotkaniami, zmęczeniem. Próbowałam nie doszukiwać się znaczeń, ale drobiazgi zaczęły się łączyć w niepokojącą całość.

Pewnego popołudnia znalazłam paragon. Wypadł z kieszeni jego płaszcza, gdy wieszałam go w szafie. Ten sam sklep jubilerski, data sprzed tygodnia. I dopisek długopisem: „rozmiar 10”. Mój rozmiar to 13. Kiedy Marek wrócił, siedziałam już w salonie, z paragonem w dłoni.

– Co to jest? – zapytałam cicho.

Zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na mnie, potem na papierek. Milczał zbyt długo.

– To… pomyłka – odpowiedział w końcu. – Musieli się pomylić.

– Wszyscy? Ty też? – uniosłam pierścionek. – Bo on też jest „pomyłką”.

Nie krzyczałam. I chyba to go przeraziło najbardziej.

W jego oczach zobaczyłam strach

Cisza między nami zgęstniała tak bardzo, że niemal słyszałam własny oddech. Marek zdjął kurtkę wolniej niż zwykle, jakby musiał przemyśleć każdy ruch.

– Przesadzasz – powiedział w końcu, unikając mojego wzroku. – To tylko biżuteria.

– Właśnie dlatego pytam – odpowiedziałam spokojnie. – Biżuteria nie kupuje się sama.

Usiadł w fotelu, potarł dłonie, jakby było mu zimno. Znałam ten gest. Zawsze pojawiał się, gdy nie mówił całej prawdy.

Chciałem ci zrobić niespodziankę. Coś innego niż zwykle. W sklepie doradzili mi ten rozmiar.

– Musiałeś pytać o radę? Od kiedy? – dopytałam.

Wzruszył ramionami. Ten ruch zabolał bardziej niż krzyk. Wstałam i podeszłam do okna. Na ulicy ktoś się śmiał, ktoś inny rozmawiał przez telefon. Normalne życie toczyło się dalej, jakby w naszym mieszkaniu nic się nie chwiało.

– Pamiętasz, jak mówiłeś, że znasz mnie lepiej niż ktokolwiek? – odezwałam się po chwili. – Jak bezbłędnie wybrałeś pierścionek zaręczynowy?

– Pamiętam – mruknął.

Odwróciłam się.

– Więc albo przestałeś mnie znać, albo ten pierścionek nie był dla mnie.

Podniósł głowę. Przez ułamek sekundy zobaczyłam w jego oczach strach. Prawdziwy, nieudawany.

– Nie dramatyzuj – powiedział ciszej. – To był błąd. Naprawię go.

– Jak? – zapytałam. – Oddasz? Wymienisz? A może… przekażesz tej, dla której pasuje idealnie?

Wstał gwałtownie.

– Dość! – podniósł głos. – Wszędzie doszukujesz się czegoś, czego nie ma.

Serce waliło mi jak oszalałe, ale głos wciąż miałam opanowany.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedziałam. – Że nawet nie próbujesz mnie przekonać. Tylko uciekasz.

Tego wieczoru spał na kanapie. A ja leżałam w łóżku, trzymając w dłoni pierścionek, który nagle stał się dowodem, nie prezentem.

Wszystko układało się w całość

Obudziłam się przed świtem. Marek nadal spał w salonie, słyszałam jego nierówny oddech zza uchylonych drzwi. Wstałam cicho i poszłam do kuchni. Pierścionek leżał na blacie, tam gdzie go odłożyłam poprzedniego wieczoru. W świetle poranka kamień nie był już tak ciepły jak wcześniej. Wyglądał chłodno, obco.

Wzięłam go do ręki i włożyłam do pudełeczka. Nie chciałam na niego patrzeć. Do pracy wyszłam wcześniej niż zwykle. Nie zostawiłam mu śniadania, nie napisałam wiadomości. Przez cały dzień miałam wrażenie, że ktoś ściska mnie za gardło. Każdy dźwięk telefonu sprawiał, że podskakiwałam, ale Marek milczał.

Po południu zadzwoniła Anka. Znałyśmy się od lat, pracowała w galerii handlowej, tuż obok jubilera.

– Widziałam dziś twojego męża – rzuciła mimochodem. – Był z jakąś młodą kobietą. Wysoką, szczupłą. Trzymała go pod ramię.

Zamilkłam.

– I co? – zapytałam, choć odpowiedź już we mnie rosła.

– Nic. Po prostu… kupowali coś. Pomyślałam, że to ty, ale… to nie byłaś ty.

Po pracy nie wróciłam od razu do domu. Chodziłam bez celu, aż w końcu znalazłam się przed tym samym sklepem jubilerskim. Weszłam do środka. Ta sama sprzedawczyni uśmiechnęła się uprzejmie.

– Chciałabym zapytać o ten pierścionek – powiedziałam, kładąc ją na ladzie. – Był kupiony jako prezent.

Kobieta spojrzała na nią uważnie.

– Ach, tak. Pamiętam. Była jeszcze taka piękna bransoletka… – zawahała się. – Mam nadzieję, że pasuje.

To jedno zdanie wystarczyło. Wyszłam, nie mówiąc ani słowa. W domu Marek czekał w przedpokoju.

– Chcę coś wyjaśnić – powiedział.

– Już dość się dzisiaj dowiedziałam – odpowiedziałam cicho, mijając go bez spojrzenia.

Nie chciałam słuchać kłamstw

Stał w przedpokoju jak ktoś obcy. Bez kurtki, bez butów, jakby nigdzie się nie wybierał, a jednocześnie gotowy do ucieczki w każdej chwili. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Przez moment żadne z nas się nie odezwało.

– Byłaś w sklepie – powiedział, nie pytając.

– Tak – odparłam. – Chciałam sprawdzić, czy nadal potrafię wierzyć własnym oczom.

Przełknął ślinę.

To nie jest tak proste.

Uśmiechnęłam się krótko.

– Zawsze tak mówisz, kiedy coś jest dokładnie takie, jak wygląda.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Tym samym, przy którym wręczył mi prezent. Teraz blat wydawał się mniejszy, jakby nie było już miejsca na półprawdy.

– Ona nic dla mnie nie znaczy – zaczął szybko. – To tylko… chwila słabości. Pomyłka.

– Pomyłką był pierścionek w złym rozmiarze – przerwałam mu. – Reszta była decyzją.

Wyjęłam go z pudełeczka i położyłam między nami. Metal cicho stuknął o drewno.

– Kupiłeś go z myślą o niej – dodałam. – A potem, nie wiem… zabrakło ci odwagi? Albo czasu? Więc dałeś ją mnie.

Zacisnął dłonie w pięści.

Nie chciałem cię stracić. Spanikowałem, nie chciałem, żeby tak wyszło.

– A ja? – zapytałam. – Myślałeś, co ja stracę?

Milczał. W tym milczeniu było wszystko: potwierdzenie, wstyd i ulga, że nie musi już kłamać.

– Najgorsze nie jest to, że była inna kobieta – powiedziałam po chwili. – Najgorsze jest to, że próbowałeś zrobić ze mnie idiotkę.

Wstałam. Kolana lekko mi drżały, ale głowę miałam uniesioną wysoko.

– Śpisz na kanapie – dodałam. – Ale tego pierścionka już nie chcę. Ani kłamstw w pakiecie.

Zostawiłam błyskotkę na stole i wyszłam do sypialni. Po raz pierwszy od dawna zamknęłam drzwi na klucz.

W walentynki pozbyłam się złudzeń

Następne dni były ciche. Marek chodził po mieszkaniu ostrożnie, jakby każdy krok mógł coś zburzyć. Nie naciskał, nie zadawał pytań. Ja też milczałam. Potrzebowałam tego czasu, żeby usłyszeć własne myśli, oddzielić strach od decyzji. Pewnego wieczoru usiedliśmy znów przy stole. Pierścionka już tam nie było. Oddał go. Bez słów, bez tłumaczeń. To był pierwszy uczciwy gest od dawna.

– Jeśli chcesz odejść, zrozumiem – powiedział cicho. – Jeśli zostaniesz… będę musiał na ciebie zasłużyć.

Patrzyłam na niego długo. Widziałam mężczyznę, którego kochałam, i tego, który mnie zranił. Obaj byli prawdziwi.

– Nie wiem, co będzie dalej– odpowiedziałam. – Ale na pewno nie wrócę do tego, co było.

To nie było wybaczenie. Raczej zawieszenie broni. Wybrałam siebie, swoje granice i prawdę, nawet jeśli miała boleć.

Walentynki minęły, została codzienność. I świadomość, że najdroższy prezent to nie ten w pudełku, ale odwaga, by spojrzeć na swoje życie bez złudzeń.

Anna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama