„Na walentynki chłopak dał mi kwiat w doniczce. Kiedy odkryłam, dlaczego to zrobił, aż mnie zatkało”
„Zostałam sama w kuchni, patrząc na ten jeden żółty fragment rośliny. Poczułam znajome ukłucie w brzuchu. To nie był już tylko kwiat. To było ciągłe napięcie, sprawdzanie siebie i pilnowanie, żeby czegoś nie zepsuć. A ja coraz rzadziej pamiętałam, jak to jest robić coś bez lęku przed oceną”.

Walentynki zawsze traktowałam z dystansem, choć gdzieś pod nim czaiła się cicha nadzieja, że tym razem poczuję się naprawdę zauważona. Damian nie był mistrzem wielkich gestów ani rozmów o emocjach — raczej operował półżartem i komentarzem rzuconym mimochodem. Gdy wręczył mi kwiat w doniczce i dodał jedno zdanie, uśmiechnęłam się automatycznie. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, dlaczego to zdanie nie chce dać mi spokoju.
Zupełnie jak w naszej relacji
Postawiłam go na parapecie w kuchni, tam, gdzie rano wpadało najwięcej światła. Doniczka była ciężka, solidna, jakby od początku miała zostać na dłużej. Codziennie sprawdzałam ziemię palcem, czy nie jest za sucha. Czytałam w internecie, ile wody potrzebuje, czy lubi słońce, czy cień. Zaczęłam nawet ustawiać budzik, żeby podlewać go o tej samej porze. Damian patrzył na to z rozbawieniem.
— Widzę, że się przykładasz — rzucił któregoś wieczoru, opierając się o blat.
— Nie chcę, żeby zmarniał — odpowiedziałam szybko, jakbym się tłumaczyła.
— No właśnie. O to chodzi — uśmiechnął się pod nosem i wrócił do telefonu.
To „o to chodzi” zostało ze mną na długo. Zaczęłam łapać się na tym, że traktuję ten kwiat jak test. Jeśli będzie zdrowy, znaczy, że daję radę. Jeśli zacznie więdnąć — coś robię źle. Zupełnie jak w naszej relacji.
Przypominałam sobie drobiazgi z ostatnich miesięcy.
— Mogłabyś się czasem bardziej postarać — mówił, gdy wychodziliśmy do znajomych.
— Nie obraź się, ale ta sukienka nie jest dla ciebie — dodawał innym razem, niby troskliwie.
Za każdym razem kiwałam głową, poprawiałam się, zmieniałam. Tak jak teraz zmieniałam ustawienie doniczki, przesuwałam ją o kilka centymetrów, szukając idealnego miejsca. Pewnego popołudnia zauważyłam, że jeden liść lekko pożółkł. Serce zabiło mi szybciej. Przecież robiłam wszystko zgodnie z instrukcją.
Damian zerknął przelotnie.
— Widzisz? Trzeba uważać. Jedno zaniedbanie i efekt od razu widać — skomentował.
— To tylko liść — powiedziałam cicho.
— Jasne, jasne. Zawsze od czegoś się zaczyna — odparł, jakby mówił o czymś oczywistym.
Zostałam sama w kuchni, patrząc na ten jeden żółty fragment rośliny. Poczułam znajome ukłucie w brzuchu. To nie był już tylko kwiat. To było ciągłe napięcie, sprawdzanie siebie i pilnowanie, żeby czegoś nie zepsuć. A ja coraz rzadziej pamiętałam, jak to jest robić coś bez lęku przed oceną.
Iga pokręciła głową
Spotkałyśmy się z Igą w małej kawiarni niedaleko jej pracy. Lubiłam to miejsce, bo było głośne na tyle, że rozmowy innych ludzi tworzyły bezpieczną zasłonę. Iga patrzyła na mnie uważnie już od chwili, gdy zdjęłam płaszcz.
— Coś jest nie tak — powiedziała w końcu, bez pytania.
— Skąd wiesz? — spróbowałam się uśmiechnąć.
— Bo mieszasz herbatę, chociaż dawno nie ma w niej cukru. — Skinęła głową w stronę filiżanki.
Westchnęłam i zaczęłam opowiadać o walentynkach. O kwiecie, o komentarzu Damiana. Starałam się mówić lekko, jakby to była zabawna anegdota.
— Może po prostu niezręcznie zażartował — dodałam szybko. — On tak ma.
Iga nie przerwała mi ani razu. Dopiero gdy skończyłam, uniosła brwi.
— A często tak żartuje?
— No… czasem — odpowiedziałam po chwili. — Ale przecież nikt nie jest idealny.
— Tamara, nie pytam o ideał — powiedziała spokojnie. — Pytam, czy po tych żartach czujesz się lepiej czy gorzej.
Zamilkłam. Przed oczami zaczęły mi migać obrazy: poprawiane zdania, zmieniane plany, ubrania odkładane z powrotem do szafy.
— Staram się to brać na dystans — wyszeptałam.
— A on stara się brać na dystans ciebie? — zapytała cicho.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Wstyd mieszał się z czymś jeszcze, czego nie chciałam nazwać.
— Może ja przesadzam — stwierdziłam niemal błagalnie. — Może po prostu powinnam się bardziej postarać.
Iga pokręciła głową.
— Zauważyłaś, że mówisz to tak, jakbyś była projektem do poprawy?
To zdanie uderzyło we mnie mocniej, niż się spodziewałam. Przez chwilę patrzyłam na swoje dłonie, na drobne pęknięcie w lakierze na paznokciu.
— Boję się, że jak przestanę się starać, to… — urwałam.
— To co? — dopytała łagodnie.
— To okaże się, że taka jaka jestem, nie wystarczam.
Iga sięgnęła przez stolik i ścisnęła moją dłoń.
— Może już teraz ktoś daje ci to do zrozumienia — powiedziała. — Tylko ty wolisz tego nie widzieć.
Wyszłam z kawiarni z ciężarem w klatce piersiowej. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, że to nie ja jestem problemem. I to przerażało mnie bardziej niż wszystkie wcześniejsze wątpliwości.
Zmarszczył brwi
Wracałam do domu wolniej niż zwykle, jakby każdy krok miał mnie przygotować na coś, czego jeszcze nie umiałam nazwać. W kuchni od razu rzucił mi się w oczy kwiat. Stał idealnie wyprostowany, liście miał napięte, jakby demonstracyjnie pokazywał, że spełnia swoją rolę. Poczułam irytację, zupełnie nieadekwatną do sytuacji. Damian siedział przy stole, przeglądał coś w telefonie.
— Podlałaś go dziś? — zapytał, nawet na mnie nie patrząc.
— Tak — odpowiedziałam krótko.
— Bo wiesz… ostatnio był taki trochę smętny — dodał po chwili. — Może to przez atmosferę.
Spojrzałam na niego.
— Jaką atmosferę?
Wzruszył ramionami.
— No wiesz. Jesteś ostatnio jakaś spięta. Kwiaty to czują. Ludzie też.
To było jak lekkie pchnięcie, niby nic, a jednak straciłam równowagę. Przypomniały mi się słowa Igi, jej spokojny ton, pytanie o to, czy po tych żartach czuję się lepiej czy gorzej.
— Damian… — zaczęłam ostrożnie. — Czemu ty ciągle mówisz tak, jakby coś było ze mną nie tak?
Odłożył telefon.
— Znowu przesadzasz. To tylko obserwacja — powiedział z tym swoim półuśmiechem. — Gdybyś się mniej nakręcała, wszystko byłoby prostsze.
— Dla kogo? — zapytałam.
Zmarszczył brwi.
— No dla nas. Ja tylko mówię, co można poprawić.
To słowo zawisło w powietrzu. Poprawić. Jakby mówił o źle ustawionym obrazie albo źle dobranej temperaturze.
— A co ty poprawiasz? — wyrwało mi się.
— Słucham?
— U siebie — doprecyzowałam. — Co ty zmieniasz, żeby było nam lepiej?
Przez chwilę milczał. Potem westchnął, jakbym to ja była problemem wymagającym cierpliwego wyjaśnienia.
— Tamara, nie rób z tego dramatu. Ja po prostu wiem, jak powinno być.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie było krzyku, nie było wielkich słów. Było ciche, ale wyraźne zrozumienie, że w tej relacji ja zawsze mam się dostosować. Że kwiat nie był wyjątkiem, tylko symbolem. A ja od dawna żyłam w trybie ciągłej korekty. Stałam w kuchni, między nim a doniczką, i po raz pierwszy nie chciałam niczego poprawiać.
To nie ja przesadzałam
Nie spałam tej nocy prawie wcale. Wpatrywałam się w sufit i układałam w głowie zdania, które rozpadały się, zanim zdążyłam je wypowiedzieć. Rano kuchnia była cicha. Zbyt cicha. Damian stał przy oknie, a kwiat między nami wyglądał jak trzeci uczestnik rozmowy, która miała się wydarzyć.
— Chcę wrócić do walentynek — powiedziałam w końcu. Głos mi zadrżał, ale nie cofnęłam się. — Do tego, co wtedy powiedziałeś.
Odwrócił się powoli.
— Naprawdę nadal to przeżywasz?
— Tak — odpowiedziałam krótko. — Bo to nie był żart. Prawda?
Przez moment próbował jeszcze uciec wzrokiem, ale coś w mojej twarzy musiało go zatrzymać. Westchnął.
— Skoro pytasz wprost… — zaczął. — Chciałem, żebyś się bardziej przykładała. Nie tylko do kwiatu.
Te słowa były jak kliknięcie zamka. Ciche, ale ostateczne.
— Czyli to był przytyk — powiedziałam.
— Nazwij to motywacją. — Wzruszył ramionami. — Ja po prostu oczekuję więcej. W relacji trzeba się starać.
— Tylko że ty mówisz to zawsze do mnie — odpowiedziałam, czując, jak do oczu napływają łzy, ale tym razem ich nie powstrzymywałam. — Jakby to było wyłącznie moje zadanie.
Spojrzał na mnie z lekkim zniecierpliwieniem.
— Bo ty masz potencjał, tylko go nie wykorzystujesz.
Zrobiło mi się jednocześnie zimno i dziwnie lekko. Wszystkie drobne sytuacje, wszystkie półżarty, wszystkie moje usprawiedliwienia ustawiły się w jednym rzędzie. Już nie musiałam zgadywać.
— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedziałam cicho. — Że ja w to uwierzyłam. Że naprawdę myślałam, że ciągle powinnam być lepsza.
Nie odpowiedział od razu. A potem tylko wzruszył ramionami, jakby temat się wyczerpał. W tym momencie zrozumiałam, że to nie ja przesadzałam. Po raz pierwszy poczułam złość, ale też ulgę. Bo prawda, choć bolała, przestała być rozmyta.
Przestałam się obwiniać
Po tej rozmowie zapadła cisza, inna niż wszystkie wcześniejsze. Nie była napięta ani pełna niedopowiedzeń. Była pusta. Damian wyszedł do pracy bez pożegnania, a ja zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało mi się zbyt uporządkowane, jakby wszystko było ustawione pod cudze oczekiwania. Usiadłam w kuchni naprzeciwko kwiatu. Jeszcze wczoraj widziałam w nim zadanie, coś, o co trzeba dbać, żeby nie zawieść. Teraz widziałam ciężar. Przypomnienie, że miłość, którą przeżywałam, coraz bardziej przypominała listę obowiązków. Żadnej radości, tylko ciągłe sprawdzanie, czy robię wystarczająco dużo.
Dotarło do mnie, jak długo usprawiedliwiałam rzeczy, które mnie raniły. Jak często mówiłam sobie, że tak już jest, że każdy związek wymaga pracy. Tylko że praca nie powinna polegać na ciągłym poprawianiu siebie pod czyjeś wyobrażenie. Nie podjęłam wtedy żadnej decyzji. Nie spakowałam walizki, nie zadzwoniłam do Igi. Zrobiłam coś prostszego, a jednocześnie najtrudniejszego. Przestałam się obwiniać. Pozwoliłam sobie na myśl, że nie muszę zasługiwać na spokój ani na bycie traktowaną z uważnością.
Kwiat nadal stał na parapecie. Podlałam go, ale już bez napięcia. Jeśli zwiędnie, trudno. A jeśli przetrwa, to nie jako dowód moich starań, tylko jako coś, co po prostu żyje. Tak jak ja zaczęłam powoli żyć z nowym pytaniem w głowie: czy miłość naprawdę powinna być obowiązkiem — i wobec kogo?
Tamara, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki odwiedziłam antykwariat i poznałam cudzą historię miłości. Kto wie, może teraz i otworzę się na własną”
- „To, co znalazłam pod łóżkiem w naszej sypialni, wstrząsnęło moim małżeństwem. Okazało się, że nie wiem wszystkiego”
- „Śmiałam się z przesądów, w które wierzyła babcia. Nie sądziłam, że to one wpędzą mnie w koszmary”

