„Na walentynki chciałem wręczyć żonie bukiet z róż i tulipanów. Wściekła się, że kupiłem wiązankę jak do trumny”
„Dzień zaczął się zwyczajnie, choć czułem delikatne podenerwowanie. Wstałem wcześniej niż zwykle, bo planowałem kupić kwiaty jeszcze przed pracą. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie kupić też czekoladek, ale stwierdziłem, że nie będę przesadzać – prostota miała w sobie więcej uroku”.

- Redakcja
Nie byłem nigdy szczególnie romantyczny, raczej wycofany i nieporadny w sprawach sercowych. Kiedyś nawet mówiłem, że nie potrzebuję wielkich gestów, bo to banał rodem z komedii romantycznych.
A jednak, kiedy poznałem Alicję, wszystko się zmieniło. Zakochałem się jak szczeniak i w końcu – po trzech latach bycia razem – postanowiłem się jej oświadczyć. Zrobiłem to w dość nieporadny sposób, plącząc się w słowach, ale Alicja się zgodziła. Byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Lubiła proste rzeczy – kwiaty, wspólną kawę i zwyczajne życie. Walentynki, które mieliśmy spędzić razem, miały być nasze, spokojne, domowe. W mojej głowie rodził się plan – chciałem podarować jej bukiet z róż i tulipanów, bo wiedziałem, że to właśnie je lubi najbardziej. Nie przewidziałem jednak, że tego dnia wszystko się zawali.
Wszystko szło nie tak
Dzień zaczął się zwyczajnie, choć czułem delikatne podenerwowanie. Wstałem wcześniej niż zwykle, bo planowałem kupić kwiaty jeszcze przed pracą. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie kupić też czekoladek, ale stwierdziłem, że nie będę przesadzać – prostota miała w sobie więcej uroku.
Po cichu wyszedłem z mieszkania, żeby nie obudzić Alicji, i ruszyłem w kierunku kwiaciarni. Na rogu ulicy już czuć było zapach świeżych bułek z piekarni, a zimowy wiatr szczypał w policzki. Przekonywałem siebie, że wszystko pójdzie gładko. Pod sklepem z kwiatami tłumek już się kręcił, głównie faceci z podobnymi zamiarami. Gdy wszedłem, spojrzałem na sprzedawczynię i zapytałem od razu:
– Dzień dobry, czy są tulipany?
Kobieta spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Oj, niestety, nie mamy już ciętych. Wszystko zeszło od rana. Może coś w doniczce?
Poczułem, jak ogarnia mnie rozczarowanie, choć to przecież tylko kwiaty. Przeszukałem jeszcze dwie inne kwiaciarnie w okolicy, ale wszędzie słyszałem to samo: kwiatów brak. Wróciłem do domu z pustymi rękami i pierwszym ukłuciem bezsilności. Nie chciałem tego dnia zaczynać od porażki, a jednak już czułem, że coś idzie nie tak.
Miałem złe przeczucia
Przed południem w pracy nie mogłem się na niczym skupić. Na biurku leżały dokumenty, a ja bezmyślnie przekładałem je z miejsca na miejsce. Myślałem tylko o tym, że jak zwykle zawiodłem.
Po cichu liczyłem, że może w okolicznej kwiaciarni uda się jeszcze coś znaleźć. Wyszedłem podczas przerwy na lunch, od razu kierując się w stronę miejsca, którego zwykle nie brałem pod uwagę – kwiaciarnia z liliami w logo. Pachniało tam ciężkimi, słodkimi woniami, od których aż kręciło się w głowie.
Za ladą stała starsza kobieta. Miała pomalowane na fioletowo powieki i jakiś smutny uśmiech. Przeprosiłem klientów w kolejce i spytałem, czy mają cokolwiek przypominającego tulipany lub róże.
– Dziecko, o tej porze nie znajdziesz róż – powiedziała z lekkim współczuciem. – Może zamówić bukiet na wieczór? Mamy piękne kompozycje.
Spojrzałem na gotowe bukiety. Wszystkie były poważne, ciężkie i bezbarwne. Zaryzykowałem, poprosiłem o coś delikatnego, jasnego, „takiego, co nie kojarzy się ze smutkiem”.
– Coś wymyślę – uśmiechnęła się kobieta. – Proszę przyjść przed zamknięciem.
Uwierzyłem jej, choć miałem niepokojące przeczucie.
Bukiet był dziwny
Po pracy wracałem do kwiaciarni z uczuciem ulgi – przynajmniej coś uda się zorganizować, może nie tulipany, ale liczył się gest. W środku panował półmrok, a zza lady wyglądała ta sama starsza kobieta. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko i podała mi spory bukiet owinięty w czarną bibułę.
Pachniał dziwnie – nie kwiatowo, raczej chłodno, jak w kościele podczas żałobnej mszy. Odruchowo przyjrzałem się kompozycji: lilie, chryzantemy, gałązki mirtu, sztywne liście i fioletowa wstążka.
– Na pewno to ten bukiet? – spytałem, niepewny.
– Oczywiście, dla żony, prawda? Piękny, elegancki – odpowiedziała, a ja przygryzłem wargi, czując, jak rośnie we mnie niepokój.
Nie chciałem wyjść na niewdzięcznika, więc zapłaciłem i podziękowałem. Wyszedłem, ściskając w ręku ciężki bukiet. Przez chwilę stałem przed kwiaciarnią i patrzyłem na kwiaty – były piękne, ale… zimne, zbyt poważne, jakby ktoś szykował je na ostatnie pożegnanie.
Przez całą drogę do domu w głowie kotłowały się myśli. Czy nie powinienem jednak spróbować jeszcze czegoś innego? Nie chciałem, żeby Alicja poczuła się rozczarowana.
Zrobiło mi się wstyd
Otwierając drzwi do mieszkania, poczułem, jak serce wali mi w piersi. Alicja siedziała na kanapie z książką i kubkiem herbaty, w jej oczach malował się spokój. Uśmiechnęła się na mój widok, nie wiedząc jeszcze, co jej przyniosłem.
– Już jesteś! – zawołała radośnie. – I co to za tajemniczy pakunek masz w rękach?
Podałem jej bukiet, usiłując się uśmiechnąć.
– Wiem, że nie są to tulipany ani róże, ale… bardzo się starałem, serio – zacząłem się tłumaczyć, zanim jeszcze zdążyła rozwinąć papier.
Alicja przez chwilę wpatrywała się w kwiaty. Jej mina stopniowo tężała. Delikatnie odsunęła bukiet na bok.
– Kochanie… co to za kwiaty? – zapytała cicho.
– Nie było tulipanów, a pani z kwiaciarni poleciła ten… Chyba coś pomyliłem – przyznałem.
Alicja próbowała zachować powagę, ale widziałem, że walczy z rozczarowaniem. Po chwili wybuchła gorzkim śmiechem.
– Przyniosłeś mi na walentynki bukiet jak na pogrzeb mojej babci. Serio, wiesz, że te kwiaty kojarzą mi się z cmentarzem?
Patrzyłem na nią bezradnie, czując, jak wzbiera we mnie wstyd i żal. Nie o taki wieczór nam chodziło. Między nami zawisła dziwna, sztywna cisza.
Atmosferia się popsuła
Zamiast romantycznej kolacji, zasiedliśmy przy stole w milczeniu. Bukiet stał między nami jak niezręczny gość, który pojawił się nieproszony. Alicja starała się zatuszować rozczarowanie, ale nerwowo bawiła się serwetką. Widziałem, że próbuje zwalczyć w sobie złość. Chciałem coś powiedzieć, jakoś naprawić sytuację, jednak każde słowo wydawało się nie na miejscu.
– Przepraszam, naprawdę chciałem dobrze… – odezwałem się w końcu cicho.
Alicja pokiwała głową, nie patrząc mi w oczy.
– Wiem. Tylko… czasem mam wrażenie, że nawet jak się starasz, to świat robi ci na przekór – odparła ze smutnym uśmiechem. – Nie chodzi o kwiaty. Chodzi o nas. Ciągle gdzieś się mijamy. Ty w pracy, ja w domu, wieczorem zmęczeni…
– Może po prostu nie umiemy się cieszyć tym, co mamy – powiedziałem bez przekonania.
Siedzieliśmy tak przez chwilę, zbyt blisko, a jednak osobno. Czułem, że coś się między nami wypaliło, choć nie byłem pewien, czy to naprawdę przez jeden nieudany bukiet. Może byliśmy już na innym etapie? Może coś, czego nie zauważyłem wcześniej, wylało się właśnie teraz, przy stole, pod przykrywką śmieszno-gorzkiej pomyłki?
Coś się zmieniło
Walentynkowy wieczór skończył się inaczej, niż sobie wyobrażałem. Alicja poszła wcześniej spać, a ja jeszcze długo siedziałem w kuchni, patrząc na bukiet, który miał być dowodem uczuć, a stał się symbolem naszych nieporozumień.
Chciałem napisać do niej wiadomość, powiedzieć coś, co zmazałoby rozczarowanie, ale każde zdanie wydawało mi się zbyt banalne. Ostatecznie po prostu zgasiłem światło i położyłem się obok niej, uważając, by jej nie obudzić.
Przez kilka następnych dni żyliśmy jakby obok siebie – uprzejmi, grzeczni, ale jakby mniej obecni. Nie było już rozmów do późna, ani żartów z codziennych głupot. Próbowałem wrócić do tamtej zwykłej bliskości, ale ona nie wracała. Kwiaty zwiędły szybciej, niż powinny – wyrzuciłem je po cichu, nie pytając Alicji o zgodę.
Czasem małe pomyłki wywołują większe pęknięcia, niż jesteśmy gotowi przyznać. Może kiedyś znowu zaczniemy być dla siebie jak dawniej, może wystarczy trochę czasu. A może wystarczy odrobina prostoty – bez kwiatów, bez wielkich gestów. Może w miłości czasem trzeba po prostu przeczekać ciszę.
Krzysztof, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona dała mi ultimatum: ona albo moje dzieci z pierwszego małżeństwa. Dziś żałuję swojej decyzji”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”

