„Na tłusty czwartek upiekłam pączki z niespodzianką, a teściowa pluła nimi, żeby mnie upokorzyć”
„Grażyna wzięła mały kęs. Niewielki, jakby bała się, że pączek może ją zaskoczyć. Przez ułamek sekundy nic się nie wydarzyło. Przeżuwała powoli, patrząc gdzieś ponad naszymi głowami. Ja wstrzymałam oddech”.

Czas po ślubie okazał się pasmem drobnych prób, które zawsze kończyły się tym samym uczuciem – że znów zrobiłam coś nie tak. Każda wizyta u teściów napinała mnie jak strunę, a w głowie układałam listy rzeczy, których lepiej nie mówić i nie robić. Pączki z pigwą miały być czymś więcej niż deserem. Miały być dowodem, że potrafię dorosnąć do ich oczekiwań, nawet jeśli sama nie byłam pewna, kim dokładnie powinnam się stać.
Chciałam wszystkich zaskoczyć
Pigwę kupiłam na targu, u starszej kobiety, która długo zachwalała jej aromat i cierpkość. Trzymałam owoce w dłoniach i myślałam, że są dokładnie takie jak ja w tej rodzinie – twarde, nieoczywiste, wymagające czasu, żeby wydobyć z nich coś dobrego. W domu ułożyłam je równo na blacie. Żółte, matowe, jakby obrażone na cały świat.
Obieranie szło opornie. Nóż ślizgał się po skórce, a sok lepił palce. Zapach był intensywny, kwaśny, aż skręcał w nosie. Stałam przy kuchence długo, mieszając gęstniejące nadzienie, czując, jak ramiona drętwieją. W głowie powtarzałam sobie, że właśnie o to chodzi – że nie wszystko musi być łatwe i słodkie od razu.
Paweł wszedł do kuchni, kiedy przekładałam masę do słoików.
– Znowu coś wymyślasz – powiedział z lekkim uśmiechem. – Mama lubi klasyczne smaki.
– Wiem – odpowiedziałam, nie patrząc na niego. – Ale to nadal pączki. Domowe.
– Tylko mówię – dodał szybko. – Żebyś się nie przejęła.
Nie odpowiedziałam. Przejęta byłam na długo przed tym, zanim zaczęłam smażyć. Każdy pączek formowałam starannie, ważyłam w dłoniach, pilnowałam, żeby nadzienie nie wypłynęło. Tłuszcz skwierczał, a ja liczyłam w myślach sekundy, przewracając je na drugą stronę. Rumieniły się równomiernie, wyglądały dokładnie tak, jak powinny.
Kiedy odkładałam je na ręcznik papierowy, poczułam krótką ulgę. Stałam nad nimi i wyobrażałam sobie moment, w którym Grażyna bierze jednego do ręki, kiwa głową z uznaniem, może nawet mówi coś miłego. Tyle by mi wystarczyło.
– Ładnie pachnie – rzucił Paweł, przechodząc obok.
Skinęłam głową.
Czekałam na reakcję
U teściów zawsze było zbyt jasno i zbyt cicho. Teściowa Grażyna krzątała się przy stole, poprawiając serwetki, chociaż leżały idealnie równo. Teść Wiktor siedział już na swoim miejscu, z gazetą, jakby to była tarcza. Renata zerknęła na mnie krótko i zaraz wróciła do telefonu.
– Przyjechaliście – powiedziała Grażyna, nie podnosząc głosu, ale też bez cienia ciepła. – Postaw to tutaj.
Wskazała środek stołu. Postawiłam półmisek z pączkami dokładnie tam, gdzie kazała.
– Sama robiłaś? – zapytała Renata, bardziej z ciekawości niż zainteresowania.
– Tak – odpowiedziałam. – Z pigwą. Taka niespodzianka ode mnie.
Zapadła krótka cisza. Grażyna uniosła brwi.
– Pigwa? – powtórzyła. – Ciekawe.
Usiedliśmy. Paweł zajął miejsce obok mnie, ale jego kolano nawet nie dotknęło mojego. Rozmowa potoczyła się wokół spraw codziennych. Ktoś wspomniał o sąsiadach, ktoś o pogodzie. Ja słuchałam uważnie, ważąc każde słowo, zanim je wypuściłam.
– Weźcie, spróbujcie – odezwał się Paweł po chwili, z tym swoim ostrożnym entuzjazmem. – Asia się napracowała.
Teściowa sięgnęła po pączka powoli, jakby robiła to dla porządku. Obejrzała go z każdej strony. Ja siedziałam prosto, dłonie miałam splecione na kolanach. Serce biło mi zbyt szybko.
Wiktor chrząknął i sięgnął po jednego. Renata obserwowała wszystko z lekkim uśmiechem, którego nie potrafiłam odczytać. Czułam na sobie wzrok Grażyny, chociaż jeszcze nie spróbowała.
– No dobrze – powiedziała w końcu. – Zobaczymy.
To „zobaczymy” zawisło nad stołem cięższe niż wszystkie talerze.
Teściowa wypluła pączka
Grażyna wzięła mały kęs. Niewielki, jakby bała się, że pączek może ją zaskoczyć. Przez ułamek sekundy nic się nie wydarzyło. Przeżuwała powoli, patrząc gdzieś ponad naszymi głowami. Ja wstrzymałam oddech.
Jej twarz nie zdradzała emocji. Tylko oczy, chłodne i czujne. Przełknęła… a potem sięgnęła po serwetkę. Myślałam, że to koniec. Że zaraz padnie jakieś zdanie, nawet zdawkowe. Zamiast tego pochyliła się lekko do przodu i wypluła kęs z pogardą.Pigwa z ciastem rozpadła się na stole, zostawiając wilgotny ślad. Grażyna otarła usta, jakby właśnie pozbyła się czegoś obrzydliwego.
– Tego się nie da jeść – powiedziała spokojnie. – Kto normalny daje coś takiego do pączków?
Nie ruszyłam się. Czułam, jak pali mnie twarz, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Spojrzałam na Pawła. Patrzył w talerz. Nie na mnie, nie na matkę, tylko w biały talerz, jakby był nagle bardzo interesujący.
– No… to rzeczywiście dość kwaśne – mruknęła Renata, szybko, jakby chciała pomóc, ale tylko dolała oliwy do ognia.
Wiktor przesunął krzesło o kilka centymetrów, skrzypnęło cicho. Nic nie powiedział. Grażyna odsunęła talerz.
– Następnym razem zrób klasyczne – dodała. – Albo wcale. Będzie mniej wstydu.
To słowo uderzyło mnie najmocniej. Wstyd. Jakby to był mój naturalny stan, coś, co przynoszę ze sobą razem z deserem. Chciałam coś powiedzieć. Że pigwa jest owocem. Że nadzienie było dopracowane. Zamiast tego siedziałam cicho, patrząc na mokry ślad na obrusie.
Czułam się upokorzona
Wyjechaliśmy w ciszy. Samochód Pawła pachniał jeszcze cukrem pudrem, który osypał się z pudełka na tylnej kanapie. Patrzyłam przez okno na mijane światła, każde kolejne jak wyrzut sumienia, którego nie potrafiłam nazwać. Dopiero gdy skręciliśmy na pustą ulicę, coś we mnie pękło.
– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – zapytałam cicho.
Paweł westchnął, jakby to pytanie było kolejnym obowiązkiem po długim dniu.
– Asia, wiesz jaka jest mama. Po co robić awanturę?
– Awanturę? – odwróciłam się do niego. – Ona splunęła jedzeniem na stół. Przy wszystkich.
– Przesadziła – przyznał. – Ale to tylko pączki.
To „tylko” zawisło między nami ciężkie i obce. Oparłam głowę o szybę.
– To nie były tylko pączki – powiedziałam po chwili. – To był przytyk do mnie.
Zwolnił, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale nie znalazł słów. W domu poszłam prosto do kuchni. Otworzyłam pudełko i spojrzałam na pozostałe pączki. Każdy identyczny, każdy zrobiony z tą samą starannością. Nagle zobaczyłam w nich wszystkie sytuacje, w których tłumaczyłam cudze zachowania, śmiejąc się nerwowo, żeby było lżej.
Paweł stanął w drzwiach.
– Nie chciałem wybierać niczyjej strony – powiedział.
– A jednak wybrałeś – odpowiedziałam spokojnie. Sama zdziwiłam się własnym tonem.
Wzięłam jednego pączka, przekroiłam go na pół. Spróbowałam. Pigwa była dokładnie taka, jaka miała być. Po raz pierwszy tego dnia poczułam, że nie muszę niczego poprawiać.
Następnego dnia spakowałam pączki do torby i zaniosłam je do pracy. Postawiłam je na wspólnym stole bez tłumaczeń. Zniknęły szybciej, niż się spodziewałam. Ktoś powiedział, że smak był inny, ale ciekawy. Ktoś zapytał, z czego jest nadzienie. Słuchałam tych głosów i czułam, jak coś we mnie wraca na swoje miejsce.
Nie zadzwoniłam do teściowej. Paweł też nie. Przez kilka dni krążyliśmy wokół siebie ostrożnie, jakby każde z nas bało się nazwać to, co już wisiało w powietrzu. Wiedziałam jednak jedno: nie pojadę tam ponownie, dopóki mnie nie przeprosi.
Joanna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do sanatorium, by odpocząć od codzienności. Nie sądziłam, że nasłucham się pretensji od syna”
- „W Alpach odkryłam, że mąż mnie zdradza, a on próbował mydlić mi oczy. Za swoją grę na 2 fronty powinien dostać Oscara”
- „Moje dzieci ciągle podrzucają mi wnuki do opieki. Myślą, że nawet w ferie zrobią z mojego domu darmowe zimowisko”

