Reklama

W firmie pracowałam od dwóch lat, na początku jako zwykła recepcjonistka, potem przeniesiono mnie do działu marketingu. Nie wyróżniałam się niczym szczególnym – byłam raczej cicha, wykonywałam swoje obowiązki bez większego entuzjazmu, ale też bez rażących błędów. Wiedziałam jednak, że jeśli chcę czegoś więcej, muszę zmienić podejście. Szansą okazał się projekt, przy którym miałam współpracować z kierownikiem wyższego szczebla. Nie przypuszczałam wtedy, że kluczowe decyzje zapadać będą nie na spotkaniach służbowych, a po godzinach pracy. A awans… miał zupełnie inną cenę, niż się spodziewałam.

Nowa dziewczyna w zespole

Wszystko zaczęło się, gdy przenieśli mnie do zespołu projektowego odpowiedzialnego za wdrożenie nowej kampanii wizerunkowej. Miałam być jedynie wsparciem – pomagać przy prezentacjach, zbierać dane, czasem zrobić kawę na spotkanie. Nie miałam złudzeń co do swojej roli, ale dla mnie to i tak był krok w górę. Siedzenie między osobami z wyższych stanowisk otwierało nowe możliwości. Wśród nich był on – Robert, kierownik działu, człowiek o pewnym spojrzeniu i chłodnym głosie. Gdy wchodził do biura, rozmowy cichły, a jego obecność od razu narzucała tempo.

Z początku traktował mnie obojętnie. Pojawiał się nagle za moimi plecami z pytaniem, na które nie byłam gotowa, lub rzucał krótkim spojrzeniem, oceniającym i surowym. Aż któregoś dnia, po jednym z wieczornych zebrań, kiedy większość zespołu już się rozeszła, poprosił mnie, żebym została. Usiadł naprzeciwko, rozluźnił krawat i zapytał:

Chcesz się czegoś nauczyć, czy tylko odhaczyć obecność?

Spuściłam wzrok, bo nie byłam pewna, jak odpowiedzieć. Czułam, że nie chodzi mu tylko o służbowe rzeczy.

– Chciałabym się nauczyć – odpowiedziałam po chwili, zbyt cicho.

– Dobrze. To zostań dłużej jutro. Pokażę ci, jak wygląda prawdziwa praca.

To „prawdziwa praca” nie brzmiało jak coś, co obejmuje tylko Excela i PowerPointa. Wyszłam z sali z dziwnym napięciem w żołądku.

Spotkania nie kończyły się w salce

Następnego dnia przyszłam do pracy wcześniej niż zwykle i całą zmianę spędziłam w lekkim napięciu. Robert niemal mnie ignorował, jakby wczorajsza rozmowa w ogóle się nie odbyła. Pracował ze swoim zespołem, prowadził spotkania, rzucał krótkie polecenia. Dopiero tuż przed osiemnastą zerknął na mnie, skinął głową i powiedział:

– Zostań. Mam dla ciebie coś konkretnego.

Serce zabiło mi mocniej. Reszta pracowników zaczęła się rozchodzić, a ja zostałam sama przy biurku. Usiadł przy mnie, wręczył dokumenty, kilka raportów, do przeanalizowania. Przez godzinę rozmawialiśmy o strategiach, targetach, analizie danych. I właśnie wtedy, gdy poczułam, że zaczynam wchodzić w to głębiej, spojrzał na mnie zupełnie inaczej – nie jak na pracownika.

Masz dobrą intuicję. Szybko łapiesz – powiedział, zbliżając się nieco.

Nie odpowiedziałam, bo głos uwiązł mi w gardle. Czułam, że testuje nie tylko moją wiedzę. Pochylił się jeszcze bliżej, a ja nie odsunęłam się ani na centymetr. Powiedział coś o lojalności, o tym, że w tej firmie najważniejsze są zaufane osoby. I że takie miejsce trzeba sobie wywalczyć. Milczałam.

Potem zapytał, czy mam plany na wieczór. Zdziwiłam się, ale tylko pokręciłam głową. Zaproponował kolację. Nie w restauracji, tylko u niego. Powiedział, że tam spokojnie omówimy dalszą część projektu. Nie zapytałam, którego. Domyśliłam się. Zgodziłam się. I nie wiedziałam jeszcze, co to dokładnie znaczy.

Granice się przesuwają

Mieszkał w apartamencie z widokiem na panoramę miasta. Drzwi otworzył w rozpiętej koszuli, bez marynarki. Pachniał czymś drogim i intensywnym. Powiedział, że czuje się zmęczony biurem, więc dziś bez formalności. W środku czekała kolacja na stole – lampka wina, prosty makaron, ale podany tak, jakby czekał na kogoś ważnego. Początkowo trzymaliśmy się tematów służbowych, ale z każdą kolejną minutą rozmowa zjeżdżała w inną stronę.

– Wiesz, że masz coś, czego brakuje większości ludzi w tej firmie? – zapytał, opierając się o blat w kuchni.

– Co takiego?

– Ciekawość. I brak złudzeń.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wiedziałam tylko, że atmosfera staje się coraz gęstsza. Gdy stanął obok mnie, nie odsunęłam się. Kiedy dotknął mojego nadgarstka, nie zaprotestowałam. Zamiast tego uniosłam wzrok. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy i oboje wiedzieliśmy, co zaraz się wydarzy.

To nie była namiętność jak z filmu. To była decyzja. Świadoma. Bez słów. Jego dotyk był pewny, jakby już znał moje ciało. Nie było tam czułości, raczej pewnego rodzaju układ. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że to, co się dzieje, nie zaczęło się dziś i nie skończy się na tej nocy.

Kiedy leżałam obok niego, z głową na jego ramieniu, zapytał:

Znasz zasadę milczenia?

Kiwnęłam głową. Wiedziałam, że to, co się wydarzyło, nie miało prawa wyjść poza te cztery ściany. Wróciłam do domu późno. Patrzyłam w lustro i nie wiedziałam, czy to jeszcze ja.

Słodki smak wpływów

Od tamtej nocy wiele się zmieniło. Nie między nami – w pracy. Nagle zaczęłam być zauważana. Robert rzucał moje nazwisko podczas zebrań, pytał o zdanie przy ważnych decyzjach. Szefowa HR uśmiechała się do mnie, jakby już wiedziała, że jestem „blisko góry”. Koledzy z zespołu zaczęli się dziwnie zachowywać – niektórzy byli milsi niż wcześniej, inni trzymali dystans. Ja robiłam swoje, z tą różnicą, że wiedziałam, co się dzieje po drugiej stronie drzwi gabinetu Roberta.

Spotykaliśmy się po godzinach regularnie. U niego, czasem w hotelu, rzadziej u mnie. Zawsze „w kontekście pracy”. Na początku robiłam sobie wymówki – że to przecież też forma nauki, że może dzięki temu otworzą się przede mną nowe drzwi. I rzeczywiście się otwierały. Po miesiącu dostałam zaproszenie do zamkniętej grupy projektowej, potem zaczęłam reprezentować dział na spotkaniach zewnętrznych. Robert mówił, że ufa mi jak nikomu innemu. W jego ustach to brzmiało jak awans.

Nie czułam się winna. Raczej wyjątkowa. Jego obecność przy mnie dawała mi złudne poczucie kontroli. I choć wiedziałam, że to układ, w którym jedna strona ma więcej do powiedzenia, to i tak z tego korzystałam. Miałam dostęp do informacji, o których inni mogli tylko pomarzyć. Znałam napięcia w zarządzie, wiedziałam, kto z kim rywalizuje, kto ma się niedługo zwolnić. To nie był już tylko romans. Stałam się częścią jego świata. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Kiedy drzwi się zamykają

Pewnego dnia, gdy przyszłam do pracy, Robert nie przyszedł. Nikt nic nie mówił. Atmosfera była napięta, jakby coś wisiało w powietrzu. W połowie dnia pojawił się mail od zarządu – Robert został odsunięty od obowiązków służbowych. „Tymczasowo”, jak napisano. Bez szczegółów. Wszyscy szeptali po kątach. Kiedy weszłam do jego gabinetu, był już pusty. Po jego rzeczach nie zostało nic.

Nikt mnie nie wzywał na rozmowę, nikt nie zadawał pytań. Pracowałam dalej, z tą samą pozorną starannością, choć wewnętrznie czułam się jak zawieszona między dwoma światami. Nie wiedziałam, czy ktoś domyśla się, co nas łączyło. Czy ktoś widział mnie, gdy wychodziłam z jego samochodu nocą. Próbowałam zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło, ale czułam, że coś się kończy.

Po dwóch tygodniach wezwano mnie do działu personalnego. Oczekiwałam najgorszego – że zostanę wyrzucona, zdegradowana, może zmuszona do podpisania jakiegoś oświadczenia. Tymczasem przedstawiono mi propozycję awansu. Oficjalnie: „za wkład w projekty, inicjatywę i zdolności organizacyjne”. Nie zapytałam, kto za tym stał. Po prostu przyjęłam. Weszłam do nowego biura i usiadłam za biurkiem, które jeszcze niedawno należało do innej osoby.

Nie czułam satysfakcji. Raczej pustkę. Robert zniknął z dnia na dzień. Nie próbował się ze mną skontaktować. Jakby zamknął za sobą drzwi i nawet nie obejrzał się przez ramię. Zaczęłam codziennie nosić marynarkę, prostować włosy, mówić pewniej. Stałam się kimś nowym. Chyba właśnie tego chciałam. Albo tylko tak sobie tłumaczyłam.

Awanse i cienie

Minęło kilka miesięcy. W nowej roli sprawdzałam się dobrze, a przynajmniej tak mówili. Przychodziłam pierwsza, wychodziłam ostatnia, angażowałam się w projekty i podejmowałam decyzje. W kontaktach z innymi byłam uprzejma, ale zdystansowana. Unikałam niepotrzebnych rozmów. Nauczyłam się mówić stanowczo, nie odsłaniać emocji, zawsze mieć coś w zanadrzu. Tak jak on.

Czasem, późnym wieczorem, kiedy zostawałam w biurze sama, wyciągałam telefon i przeglądałam stary czat z Robertem. Nic nie usuwałam. Żadnych zdjęć, wiadomości, dwuznacznych zdań. Po prostu je zostawiłam, jakby były dowodem, że to wszystko naprawdę miało miejsce. Nie odzywał się. Żadnego sygnału, że jeszcze o mnie myśli. Nie wiedziałam nawet, czy wciąż mieszkał w tym samym apartamencie.

Zaczęłam zauważać, że inna dziewczyna z nowego zespołu coraz częściej chodzi po godzinach do salki konferencyjnej. Czasem rozmawiała długo z jednym z dyrektorów. Patrzyłam na nią i widziałam siebie sprzed roku. Młodą, ambitną, niepewną – gotową przekroczyć granicę, by tylko zostać zauważoną. Może i ona niedługo „zostanie awansowana”. Może też zacznie nosić marynarkę i uśmiechać się z tym samym dystansem.

Nie wiem, czy żałuję. Może trochę. Może często. Ale to już nie miało znaczenia. Otworzyłam sobie drzwi, o których inni tylko marzyli. Tyle że one prowadziły gdzieś indziej, niż się spodziewałam.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama