„Na studniówkę czekałam jak na zbawienie, bo matka trzymała mnie krótko. Nawet tę noc potrafiła zamienić w koszmar”
„Ludzie wokół przestali tańczyć. Czułam na sobie wszystkie spojrzenia – koleżanki, nauczycieli, Pawła – i nie mogłam się ruszyć. Patrzyłam tylko w ziemię, na swoje buty, na plamkę światła z reflektora i na mój własny cień”.

Od małego słyszałam, że kobieta powinna być jak kawałek drewna: twarda, cicha i nie za bardzo się wychylać. Żadnego farbowania włosów, żadnych wydekoltowanych bluzek, żadnego „świecenia się na twarzy”.
Miała swoje zasady
Studniówka była dla mojej matki jak grzech. Kiedy ciocia Asia dała mi do przymierzenia sukienkę – czarną, z dekoltem w literę V i tiulem na ramionach – patrzyłam na siebie w lustrze jak na kogoś innego. Pierwszy raz umalowałam oczy. Matka tego nie widziała, bo zrobiłam to w tajemnicy przed nią.
– Weronika, wow… Ty jesteś naprawdę ładna – powiedział Paweł, gdy podeszłam pod salę balową.
Serce mi podskoczyło. Nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie on mnie poprosi do tańca.
– Fajna ta piosenka, nie? – uśmiechnął się nieśmiało, kiwając głową.
– Tak… trochę stara, ale lubię takie – odpowiedziałam, próbując nie patrzeć mu w oczy za długo.
Speszyłam się, ale chciałam tańczyć dalej. Ja – dziewczyna, która jeszcze niedawno chowała się pod swetrem w najdalszym rzędzie, nagle byłam na środku sali, z chłopakiem, który podobał mi się od roku. Czułam się lekko, jakby ktoś odpiął mi coś z pleców ciężar.
– Jesteś inna dzisiaj. Bardziej odważna – powiedział nagle i spojrzał na mnie jakoś inaczej.
Potem poszliśmy się czegoś napić. W dłoni trzymałam plastikowy kubek ze Spritem. Czułam, jak pot powoli spływa mi po karku, ale w tamtej chwili nic nie miało znaczenia. Ciepło, muzyka, on – i fakt, że mogę po prostu być tą wersją siebie, która nie musi co chwilę udowadniać, że nie jest zła, że nie prowokuje, że tylko stoi, patrzy i żyje.
Zaskoczyła mnie
Wtedy poczułam dotyk na ramieniu, stanowczy, ostry. Odwróciłam się powoli. Stała tam moja matka. Twarz miała zimną jak marmur.
– Nie po to cię wychowywałam w wartościach, żebyś tu polowała na chłopów – powiedziała głośno.
Nie uniosła głosu, nie musiała. Jej sposób mówienia był jak otwieranie drzwi podczas przeciągu – bez ostrzeżenia, nagły i bez litości. Ludzie wokół przestali tańczyć. Czułam na sobie wszystkie spojrzenia – koleżanki, nauczycieli, Pawła – i nie mogłam się ruszyć. Patrzyłam tylko w ziemię, na swoje buty, na plamkę światła z reflektora i na mój własny cień. Czułam, jak cała twarz mi płonie. Jakby ktoś mnie oblał czymś gorącym. Nie mogłam się ruszyć.
Nie odpowiedziałam nic. Nawet nie próbowałam. Głos utknął mi w gardle jak kość. Paweł stał obok i też nic nie mówił. Jakby chciał zniknąć. A ja tylko myślałam o jednym – jak daleko są drzwi i ile osób mnie jeszcze zobaczy, zanim stamtąd wyjdę.
Wszystko zepsuła
W autobusie do domu panowała cisza. Siedziałam obok niej, skulona, wciąż w tej samej sukience, której teraz już nie mogłam na sobie znieść. Czułam jej zapach – mydła, które zawsze pachniało jak coś starego i aptecznego. Ona patrzyła w okno. Ja udawałam, że też. W domu zdążyłam tylko ściągnąć buty, zanim zaczęła.
– Widzisz się? Widzisz, jak wyglądasz? Jak mogłaś się tak ubrać?
Nie odpowiedziałam.
– Nie będę patrzeć, jak moja córka się sprzedaje za uśmiech chłopaka – dodała, zdejmując płaszcz.
Wtedy nie wytrzymałam.
– Upokorzyłaś mnie. Jak mogłaś to zrobić przede wszystkimi? – zapytałam, a głos miałam inny. Twardszy.
– A co, miałam patrzeć, jak robisz z siebie kogoś, kim nie jesteś?
– Chciałam tylko być jak inni. Jeden raz – poczułam, że złość trzyma mnie za gardło.
– Inni? Kobieta powinna znać swoją godność – powiedziała powoli. – Tylko czekać, aż wrócisz do domu z brzuchem.
Zamachnęłam się torbą, rzuciłam ją na podłogę z hukiem.
– Nie jestem tobą! – krzyknęłam i zamknęłam się w pokoju.
Byłam wściekła
Usiadłam na łóżku. Patrzyłam na ręce, które wciąż drżały. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz mnie przytuliła albo zapytała, co lubię. Ale nie przypomniałam sobie nic. Następnego ranka wyszłam z domu, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Nawet nie zamknęłam drzwi za sobą.
Chodziłam po mieście bez celu, z resztkami makijażu na twarzy i spinką we włosach, której nie zdjęłam po studniówce. Ludzie mijali mnie obojętnie, a ja byłam jak dziura w chodniku, którą każdy omija. W końcu usiadłam na ławce na przystanku, wyjęłam telefon i wybrałam numer Pawła, choć nie miałam pojęcia, po co.
– Hej – odezwał się po drugim sygnale.
– Możesz przyjść na przystanek?
Przyszedł i usiadł obok. Przez chwilę nic nie mówiliśmy.
– Twoja mama ostro wczoraj zagrała. Wszystko okej? – zapytał w końcu.
– Nie wiem, ale chyba nie mam już siły żyć pod jej dyktando – odpowiedziałam.
Nie byłam sama
Nie patrzyłam mu w oczy. Bałam się, że jak zobaczę w nich współczucie, to się rozkleję.
– U mnie też nie jest kolorowo – powiedział po chwili. – Mój stary od dwóch lat mieszka z inną. Wpada co tydzień, udaje ojca.
Zrobiło mi się jakoś lżej, ale też dziwnie. Bo nagle to nie ja byłam tą, której świat się zawalił. Byliśmy tam razem, na tej ławce, w jakimś bezpiecznym zawieszeniu. Wróciłam do domu dopiero nad ranem. Palce mi zmarzły, twarz miałam zdrętwiałą. Weszłam cicho. Moja matka siedziała przy stole w szlafroku, z kubkiem już zimnej herbaty. Spojrzała na mnie i przez moment nie powiedziała nic.
– Martwiłam się – rzuciła w końcu.
Nie odpowiedziałam. Usiadłam naprzeciwko, choć miałam ochotę po prostu zamknąć się w swoim pokoju.
– Może nie powinnam była… tam, przy wszystkich, ale bałam się. Zawsze się bałam – powiedziała.
– A ja całe życie się wstydziłam za ciebie i za siebie.
Otworzyła się
Zamarła. Wiedziałam, że to zabolało, ale ja też byłam już poobijana. Przez chwilę obie milczałyśmy, a potem zaczęła mówić o swoim dzieciństwie, o babci, której bała się do końca życia. O tym, że nikt jej nie nauczył, jak kochać, jak rozmawiać, jak trzymać kogoś za rękę i nie bać się, że zostanie to źle zrozumiane.
– Myślałam, że jak będę twarda, to cię ochronię – powiedziała.
– A ja myślałam, że jak będę cicha, to mnie pokochasz – odpowiedziałam.
Nie płakałyśmy, po prostu siedziałyśmy tam, w kuchni – dwie kobiety, które przez całe życie mówiły do siebie zbyt mało i zbyt ostro.
Weronika, 18 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż rozliczał mnie z każdej złotówki, a matce nie żałował na drogie prezenty. Jeden przelew przelał czarę goryczy”
- „Mąż odciął mnie od pieniędzy, bo wolał wydawać na kochankę kochankę. Nie interesuje go, że dzieci nie mają co jeść”
- „Mąż upierał się, że nie stać nas na dziecko. W końcu odkryłam, gdzie znika znaczna część jego wypłaty”

