Reklama

Myślałem, że po śmierci żony zostało mi już tylko czekanie na własny koniec, przerywane wizytami u lekarzy i oglądaniem powtórek seriali. Wszyscy wokół powtarzali, że w moim wieku liczy się spokój, wnuki i ciepłe kapcie. Ale serce nie ma kalendarza, a dusza nie siwieje razem z włosami. Kiedy powiedziałem córce, że zamierzam się ożenić, popatrzyła na mnie jak na kogoś, kto postradał zmysły. Nie rozumiała, że samotność w czterech ścianach potrafi zabić szybciej niż nadciśnienie. Zaryzykowałem relacje z rodziną dla kobiety, która sprawiła, że znów poczułem smak porannej kawy. I choć droga do ołtarza była wyboista, dziś wiem jedno: na miłość nigdy nie jest za późno.

Cisza dzwoniła w uszach

Przez pierwsze dwa lata po odejściu Zosi, mój dom stał się mauzoleum. Każdy przedmiot leżał dokładnie tam, gdzie ona go zostawiła. Jej ulubiony kubek z obtłuczonym uchem stał na najwyższej półce, fartuszek wisiał w kuchni, a ja chodziłem na palcach, bojąc się spłoszyć wspomnienia. Dzieci – mam córkę Martę i syna Pawła – wpadały w weekendy. Przywozili zakupy, sprawdzali, czy wziąłem leki, i pędzili dalej, do swojego zabieganego życia. Czułem się jak mebel. Stary, zakurzony kredens, który trzyma się z sentymentu, ale który w gruncie rzeczy tylko zawadza.

Najgorsze były wieczory. Siedziałem w fotelu, patrząc na pusty fotel obok, i rozmawiałem z ciszą. Czasem włączałem radio, żeby zagłuszyć własne myśli, ale to nie pomagało. Brakowało mi dotyku, rozmowy, nawet zwykłego, wspólnego narzekania na pogodę czy politykę. Czułem się pusty w środku. Kiedyś, kupując w cukierni pączki dla wnuków, pomyślałem sobie gorzko: „Tadeusz, ty jesteś jak ten pączek bez nadzienia. Z zewnątrz niby wszystko w porządku, lukier jest, skórka wypieczona, ale w środku samo powietrze”.

To porównanie prześladowało mnie tygodniami. Czy naprawdę tak miało wyglądać moje życie przez kolejne dziesięć czy piętnaście lat? Czy moją jedyną rolą miało być bycie „dziadziem”, który daje kopertę na urodziny i nie sprawia kłopotów? Bunt narastał we mnie powoli, jak ciasto drożdżowe w ciepłej kuchni.

To nie było spotkanie jak z filmu

Wszystko zmieniło się w pewien deszczowy czwartek. Zamiast siedzieć w domu i gapić się w okno, dałem się namówić sąsiadowi na wizytę w Klubie Seniora. Wcześniej broniłem się przed tym rękami i nogami. Wyobrażałem sobie, że siedzą tam same zgorzkniałe staruszki dziergające szaliki i panowie narzekający na kości. Jakże się myliłem.

Halinę zauważyłem od razu. Nie dlatego, że była najgłośniejsza, ale dlatego, że miała w sobie światło. Ubrana w czerwoną bluzkę, która wręcz krzyczała energią, nalewała herbatę do filiżanek, śmiejąc się przy tym serdecznie. Miała siwe włosy krótko obcięte i oczy, które wciąż były młode, mimo zmarszczek wokół nich.

A pan co tak stoi w progu jak wierzyciel? – zapytała, gdy tylko mnie dostrzegła. – Proszę wchodzić, ciasto stygnie. Sama piekłam, szarlotka na kruchym spodzie.

Usiadłem. Zjadłem kawałek. Był wyśmienity. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Halina jest wdową od pięciu lat, kocha ogród, nienawidzi zimy i uważa, że życie jest zbyt krótkie, by pić niesmaczną kawę. Rozmawialiśmy godzinami. O wszystkim i o niczym. O tym, jak trudno teraz kupić dobre buty, o wnukach, które ciągle siedzą w telefonach, i o tym, że dawne piosenki miały melodię, a nie tylko rytm.

Wróciłem do domu jak na skrzydłach. Po raz pierwszy od śmierci Zosi nie włączyłem telewizora. Zaparzyłem herbatę i uśmiechałem się do siebie. Czułem, że to puste miejsce w środku „pączka” zaczyna się czymś wypełniać. Czymś ciepłym i słodkim.

Córka myślała, że zwariowałem

Spotykaliśmy się z Haliną coraz częściej. Spacery po parku, wyjścia do kina, wspólne gotowanie. Czułem się, jakbym zrzucił z pleców worek cementu. Kupiłem sobie nową koszulę, poszedłem do fryzjera, zacząłem dbać o dietę. Po trzech miesiącach uznałem, że czas przedstawić ją rodzinie. Zorganizowałem niedzielny obiad. Marta przyszła z mężem i moim wnukiem, Kacprem. Syn Paweł nie dojechał, bo mieszka za granicą, ale obiecał zadzwonić.

Atmosfera zgęstniała w momencie, gdy Halina weszła do salonu z tacą dymiących zrazów. Marta zmierzyła ją wzrokiem, który mógłby zamrozić wrzątek. Jadła w milczeniu, odpowiadając półsłówkami na radosne zagadywania mojej towarzyszki. Kiedy Halina poszła do kuchni po deser, córka wybuchła.

– Tato, co to ma być? – syknęła, nachylając się nad stołem. – Kim jest ta kobieta?

– To Halina. Moja... moja partnerka – odpowiedziałem, starając się, by głos mi nie drżał.

– Partnerka? W twoim wieku? Tato, masz prawie siedemdziesiąt lat! To niepoważne. Ludzie będą gadać.

– Niech gadają – odparłem spokojnie. – Mnie nie interesują ludzie, tylko moje szczęście.

– Szczęście? A może jej chodzi o twoje mieszkanie? Znałeś ją wcześniej? Skąd się wzięła? To jakaś naciągaczka, która poluje na samotnych emerytów!

Zrobiło mi się słabo. Moja własna córka, którą wychowałem na, zdawałoby się, wrażliwą osobę, widziała w moim szczęściu tylko zagrożenie dla majątku. Nie widziała mojego uśmiechu, nie widziała, że przestałem garbić się z przygnębienia. Widziała tylko metraż mieszkania w centrum miasta.

Co kryje się za jej złością?

Kłótnia wisiała w powietrzu przez kolejne tygodnie. Marta dzwoniła rzadziej, a kiedy już odbierała telefon, jej ton był oschły i urzędowy. Halina widziała, co się dzieje. Była mądrą kobietą.

– Tadziu, nie chcę cię skłócić z rodziną – powiedziała pewnego wieczoru, głaszcząc mnie po dłoni. – Może powinniśmy trochę zwolnić?

– Ani mi się śni – zaprzeczyłem gwałtownie. – Nie robię nic złego. Mam prawo do życia.

Jednak sprawa z Martą nie dawała mi spokoju. Postanowiłem odwiedzić ją bez zapowiedzi, w środku tygodnia. Chciałem spokojnie porozmawiać, wyjaśnić, że Halina ma swoje mieszkanie, swoją emeryturę i nie potrzebuje moich pieniędzy. Że potrzebuje tylko mnie, a ja jej.

Kiedy dotarłem do jej domu, drzwi otworzył mi zięć. Był zmieszany. W tle słyszałem płacz Marty. Wszedłem do salonu i zobaczyłem córkę siedzącą na kanapie, z rozmazanym makijażem, wymiętą chusteczką w dłoni.

Okazało się, że jej „idealne” małżeństwo wcale nie było takie idealne. Zięć od miesięcy emocjonalnie jej nie wspierał, żyli obok siebie, a ona czuła się samotna i nieatrakcyjna. Moje nagłe szczęście, moja energia i zakochanie były dla niej jak sól na otwartą ranę. Zazdrościła mi. Nie mieszkania, nie pieniędzy, ale tego, że ja, stary człowiek, potrafiłem znaleźć kogoś, kto patrzył na mnie z uwielbieniem, podczas gdy ona we własnym domu czuła się niewidzialna.

– Myślałam, że na starość to ja będę się tobą opiekować, że będziesz... no wiesz, dziadkiem – wyznała łkając. – A ty nagle masz więcej życia w sobie niż ja. To mnie dobiło, tato. Przepraszam.

To był moment, w którym zrozumiałem, że jej agresja była wołaniem o pomoc. Przytuliłem ją tak mocno, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i stłukła kolano.

Prawie dałem się złamać

Mimo tej rozmowy, sytuacja nie naprawiła się z dnia na dzień. Marta wciąż była nieufna wobec Haliny, choć już mniej agresywna. Jednak ziarno niepewności zostało zasiane w mojej głowie. Zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie nie robię z siebie pośmiewiska. Czy w tym wieku wypada chodzić za rękę? Czy wypada planować ślub?

Pewnego dnia usłyszałem przypadkiem rozmowę dwóch sąsiadek na klatce schodowej.

– Widziałaś pana Tadeusza? Odstawił się jak stróż w Boże Ciało. Kobietę sobie znalazł. W głowie się poprzewracało na stare lata. Zamiast grób żony odwiedzać, to na randki biega.

Te słowa zabolały jak uderzenie batem. Wróciłem do mieszkania, spojrzałem w lustro i zobaczyłem starego człowieka ze zmarszczkami, rzadkimi włosami i plamami wątrobowymi na dłoniach. „Kogo ty chcesz oszukać?” – pomyślałem. Zadzwoniłem do Haliny i odwołałem spotkanie, tłumacząc się złym samopoczuciem. Przez tydzień unikałem jej, zapadając się z powrotem w swój stary, bezpieczny kokon samotności.

Uratował mnie wnuk. Wpadł do mnie po szkole, rzekomo pożyczyć książkę do historii.

– Dziadku, co jest? – zapytał prosto z mostu, gryząc jabłko. – Pani Halina dzwoniła do mamy, martwi się. Czemu się nie odzywasz? Byłeś taki fajny, jak z nią byłeś.

– Fajny? – zdziwiłem się. – No, uśmiechałeś się. Opowiadałeś żarty. A teraz znowu siedzisz i gapisz się w ścianę jak mumia. Dziadku, nie daj się. Mama ma swoje problemy, sąsiadki są głupie, a ty masz prawo być szczęśliwy. Jak nie zawalczysz, to będziesz żałował.

Słowa szesnastolatka trafiły mnie prosto w serce. Młodość ma w sobie tę bezkompromisową mądrość, którą my, dorośli, często gubimy w gąszczu konwenansów. Zrozumiałem, że rezygnując z Haliny, rezygnuję z życia. A ja nie chciałem jeszcze umierać za życia.

Decyzja, któej się nie spodziewałem

Tego samego wieczoru poszedłem do Haliny z bukietem róż. Kiedy otworzyła drzwi, nie musiałem nic mówić. Zobaczyła moją minę i po prostu wpuściła mnie do środka.

Myślałam, że stchórzyłeś, Tadziu – powiedziała, stawiając kwiaty w wazonie.

– Stchórzyłem. Ale już mi przeszło – odparłem. – Halinko, ja nie mam czasu na podchody. Nie mam przed sobą pięćdziesięciu lat. Może mam dziesięć, może pięć, a może rok. Ale chcę ten czas spędzić z tobą. Nie jako dochodzący partner, ale jako mąż.

Oświadczyłem się jej w kuchni, przy zapachu pieczonego ciasta drożdżowego. Zamiast pierścionka z brylantem, którego nie zdążyłem kupić, dałem jej swoją obietnicę i stary sygnet rodowy, który nosiłem na małym palcu. Zgodziła się bez wahania.

Ślub zaplanowaliśmy skromny. Tylko urząd stanu cywilnego i obiad w restauracji. Paweł przyleciał z Anglii, gratulując mi odwagi. Z Martą było trudniej. Kiedy wręczyłem jej zaproszenie, wzięła je do ręki jakby parzyło.

– Przyjdziesz? – zapytałem.

– Nie wiem, tato. To wszystko jest dla mnie... trudne. Nie potrafię patrzeć, jak inna kobieta zajmuje miejsce mamy.

– Nikt nie zajmie miejsca mamy – powiedziałem stanowczo. – Mama zawsze będzie w moim sercu. Ale serce jest pojemne, córeczko. Halina ma swoje własne miejsce. Nie zamiast, ale obok.

Do samego końca nie wiedziałem, czy się pojawi.

Odzyskałem nadzieję

Dzień ślubu był słoneczny, choć mroźny. Halina wyglądała pięknie w jasnobeżowym kostiumie i z małym toczkiem na głowie. Kiedy urzędniczka wygłaszała formułkę o miłości i wierności, trzymałem dłoń Haliny tak mocno, że aż zbielały mi kłykcie. Czułem się nie jak starzec, ale jak dwudziestolatek.

Gdy wychodziliśmy z sali ślubów, zobaczyłem ją. Marta stała pod ścianą, trochę na uboczu. Obok niej stał Kacper, który uśmiechał się szeroko i pokazywał mi kciuk w górę. Córka miała czerwone oczy, ale podeszła do nas. W rękach trzymała mały bukiecik frezji – ulubionych kwiatów mojej pierwszej żony, Zosi.

– Gratuluję – powiedziała cicho, podając rękę Halinie. – I przepraszam. To dla was.

– Dziękuję, dziecko – Halina, zamiast uścisnąć jej dłoń, po prostu ją przytuliła.

Obiad weselny był inny, niż się spodziewałem. Nie było sztywno. Było... prawdziwie. Marta w końcu pękła, rozmawiała z Haliną o przepisach, o ogrodzie, a nawet zwierzyła się jej z kłopotów z nastoletnim Kacprem. Zobaczyłem, jak napięcie schodzi z mojej córki. Zrozumiała, że nie straciła ojca, ale zyskała sojuszniczkę.

Wieczorem, gdy wróciliśmy z Haliną do mojego – teraz już naszego – domu, usiedliśmy na kanapie. Dom nie był już cichy. Wypełniał go zapach perfum Haliny, jej śmiech i ciepło. Spojrzałem na pączki, które kupiła na deser. Ugryzłem jednego. Był pełen konfitury różanej, słodkiej i aromatycznej.

– O czym myślisz? – zapytała świeżo upieczona żona.

– O tym, że w końcu mam wszystko – odpowiedziałem tajemniczo, całując ją w czoło.

Nie wiem, ile lat nam zostało. Może niewiele. Ale wiem jedno: każdy dzień, który spędzam z nią, jest wart więcej niż tysiąc dni spędzonych w samotności na rozpamiętywaniu przeszłości. Na stare lata chciałem zasmakować życia i, cholera, smakuje ono wybornie. Nie bójcie się kochać, niezależnie od tego, co macie w metryce. Miłość to jedyna rzecz, która nie podlega procesom starzenia.

Tadeusz, 69 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama