Reklama

Zawsze myślałam, że kryzysy omijają nasz dom szerokim łukiem. Byliśmy normalną rodziną – trochę się kłóciliśmy, trochę śmialiśmy, planowaliśmy razem wakacje. Ale ten wyjazd w góry… Od samego początku czułam, że coś jest nie tak. Michał pakował walizki bez entuzjazmu, coraz częściej chował się z telefonem w łazience, wieczorami milczał. Tłumaczyłam to sobie zmęczeniem, „pewnie ma sporo pracy”. Nawet dzieci to zauważyły.

Za to na feriach Michał się zmienił. Od początku poświęcał dzieciom cały czas. Bawił się, biegał i lepił bałwana. Zachowywał się niemal jak ojciec roku. Nie poznawałam go, ale się cieszyłam. Entuzjazmu wystarczyło mu jednak tylko na tydzień. Potem znów zaczął jakby gasnąć. Nie wiedziałam, czemu tak się dzieje.

Starałam się łatać tę atmosferę: przygotowywałam ulubione śniadania, wyciągałam wszystkich na spacery, na sanki. Chciałam, żeby choć przez chwilę znowu było jak dawniej. Kiedy próbowałam z Michałem rozmawiać, zawsze ucinał temat: „Nie teraz”, „Nie mam siły o tym gadać”. Zaczęłam podejrzewać, że coś jest na rzeczy, ale jednocześnie nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Przecież my… my zawsze byliśmy razem.

Ostatni poranek ferii. Dzieci weszły do kuchni w piżamach, zaspane, ale roześmiane. Michał czekał już przy stole z dziwnie spiętą twarzą. Usiadł naprzeciwko mnie, spojrzał na talerz, a potem na mnie. W ciszy, przerywanej jedynie brzękiem sztućców, powiedział coś, co rozdarło mi serce:

– Po powrocie do domu ja się wyprowadzam.

Zosia w jednej chwili się rozpłakała i uciekła do pokoju. Ja tylko siedziałam, kompletnie nie wiedząc, co zrobić. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że przegapiłam wszystkie sygnały.

Pominęłam znaki ostrzegawcze

Cały ranek po tej rozmowie był jak w złym śnie. Siedziałam przy stole, wpatrując się tępo w stygnące jajko, podczas gdy Michał poszedł pakować swoje rzeczy. Słyszałam zza ściany cichy płacz Zosi. Staś, nasz młodszy syn, próbował jeszcze żartować, ale widziałam, że patrzy na mnie z niepokojem.

Nie potrafiłam się ruszyć. W głowie miałam tylko jedno pytanie: „Jak to się stało?”. Kiedy? Jak mogłam tego nie zauważyć? Michał był coraz bardziej nieobecny już od jesieni. Wyłączał się podczas rozmów, był wiecznie zamyślony, coraz częściej wieczorami wychodził niby na „spacer, żeby przewietrzyć głowę”. Ja zrzucałam to na stres. Nawet kilka razy pytałam:

– Michał, co się dzieje? Możesz mi powiedzieć, o co chodzi? Przecież widzę, że coś jest nie tak.

– Przesadzasz, wszystko w porządku – odpowiadał z chłodnym uśmiechem i wracał do swoich spraw.

Czasem próbował udawać normalność. Kupował dzieciom drobiazgi, pytał, jak było w szkole. Jednak nie patrzył nam w oczy. W święta już było inaczej – przy stole więcej ciszy niż rozmów, a potem Michał zniknął „na chwilę” do garażu i przesiedział tam pół wieczoru. Teraz to wszystko zaczęło układać mi się w jedną całość.

Wyszłam w końcu z kuchni i zapukałam do pokoju Zosi. Weszłam bez słowa, objęłam ją, gdy płakała skulona na łóżku. Nie byłam w stanie nawet jej nic powiedzieć, bo sama miałam łzy w oczach. Wtedy dopuściłam do siebie myśl, że ta rodzina może już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.

Nie umiałam ich okłamywać

Siedziałyśmy z Zosią przytulone na jej łóżku przez długą chwilę. Zosia zanosiła się cichym szlochem, próbując coś powiedzieć, ale za każdym razem tylko mocniej wtulała się w moją bluzę. W końcu wyszeptała:

– Mamo, czy tata już nas nie kocha?

Poczułam, jak w gardle zaciska mi się coś ciężkiego. Nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Najchętniej powiedziałabym, że wszystko się jeszcze ułoży, ale nie potrafiłam już sama w to uwierzyć. Pogłaskałam ją po włosach, starając się nie rozpłakać.

– Czasem dorośli robią rzeczy, których sami nie rozumieją – powiedziałam najciszej, jak umiałam. – Ale to nie twoja wina, kochanie.

Zosia nie wyglądała na przekonaną. Widać było, że w tej jednej chwili jej dziecięcy świat zaczął się walić. Wstałam, otarłam łzy z policzków i kazałam jej się ubrać. Wiedziałam, że muszę spróbować zebrać resztki tej rodziny – choćby na te ostatnie godziny wyjazdu.

W kuchni Staś siedział nad kakao i co chwilę spoglądał na drzwi. Michał krzątał się, próbując być niewidzialny – zbierał kubki, układał buty, wyjmował torbę z szafy. Przez chwilę stał na środku pokoju i patrzył na nas, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko westchnął i wyszedł na zewnątrz.

– Mamo, on naprawdę wyjedzie? – Staś miał łamiący się głos, choć starał się być dzielny.

Pokiwałam głową, nie chcąc go już oszukiwać. Staś spuścił wzrok. Czułam, jakby ten dom już przestał być domem, a stał się tylko pustym schronieniem na kilka ostatnich godzin.

Było mi szkoda dzieci

Kiedy Michał wyszedł z domku, usłyszałam trzask drzwi i echo jego kroków na zmarzniętym śniegu. Przez chwilę miałam ochotę za nim pobiec, złapać go za rękaw, zmusić do rozmowy, do jakiegokolwiek wyjaśnienia, ale nie miałam siły. Zamiast tego zaczęłam zbierać porozrzucane po kuchni śniadanie, łapiąc się na tym, że liczę łyżeczki, jakby codzienność miała moc odczarowania tego poranka.

– Mamo, mogę iść do Zosi? – spytał Staś. Tylko skinęłam głową, nie odzywając się, żeby nie usłyszał drżenia w moim głosie. Zostałam sama. Przez okno widziałam, jak Michał idzie w stronę lasu, skulony, jakby niósł na plecach niewidzialny ciężar.

Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do walizki stojącej przy drzwiach. Zamek był otwarty. W środku równo ułożone rzeczy Michała – swetry, piżama, książka, którą czytał jeszcze pierwszego wieczoru. Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam ją przeglądać, szukając choćby karteczki, jakiegoś zapisku, czegoś, co by mi wyjaśniło, dlaczego tak się oddalił. Była jednak tylko pusta, obca, tak jak on przez ostatnie miesiące.

W pewnym momencie usłyszałam głosy dzieci z pokoju. Zosia płakała, Staś próbował ją pocieszyć – nieporadnie, ale z całych sił.

– Nie płacz, Zosiu, przecież mama z nami zostanie… Będziemy mieć spokój. Może tata zmieni zdanie? – pocieszał ją Staś.

Usiadłam na brzegu łóżka. Czułam, jak rozlewa się we mnie pustka i wstyd. Przecież to ja miałam wszystko zauważyć, ochronić ich, zapobiegać katastrofom. Tymczasem nawet nie zauważyłam, kiedy mój mąż przestał do nas wracać.

Nie chciał niczego naprawiać

Do południa atmosfera w domku była napięta jak nigdy. Każdy unikał kontaktu wzrokowego, jakby to mogło cofnąć słowa, które padły rano. Michał wrócił z lasu, cały przemarznięty, ale nie odezwał się ani słowem. Dzieci zamknęły się razem w jednym pokoju, a ja przez chwilę krzątałam się po kuchni bez celu, byle tylko nie musieć siadać i myśleć.

W końcu zebrałam się na odwagę. Poszłam do Michała, który siedział na kanapie i udawał, że czyta wiadomości w telefonie.

– Michał, nie możemy tak… Po prostu się rozstać, jakbyśmy byli obcymi ludźmi – zaczęłam, próbując, by głos mi nie drżał. – Możesz mi powiedzieć, dlaczego? Kiedy to się zaczęło? Może jeszcze coś można zrobić…?

Mąż westchnął, długo nie odpowiadał. W końcu odłożył telefon i spojrzał na mnie tym samym zmęczonym wzrokiem, jakim patrzył przez cały wyjazd.

– To nie twoja wina. Ani dzieci. To ja… Nie potrafię już tego udawać. Próbowałem, naprawdę. Tylko już jestem zmęczony wszystkim – pracą, sobą, życiem. Wiem, że powinienem był z tobą rozmawiać wcześniej, ale nie umiałem. Przepraszam.

Rożne słowa cisnęły mi się na usta, chciałam mu powiedzieć, że każdy miewa kryzys, że przecież można spróbować terapii, zawalczyć, chociażby dla dzieci. Widziałam jednak, że on już podjął decyzję. Był jak ktoś, kto wsiadł do pociągu i nawet nie ogląda się za siebie.

– Nie wiem, co mam powiedzieć… – szepnęłam tylko. Wtedy Michał po prostu wstał i wyszedł na zewnątrz, zostawiając mnie samą z tym ciężarem.

Nawet nie czekał do rana

Kiedy zapadł wieczór, zapanowała w domku nienaturalna cisza. Dzieci zasnęły wyczerpane płaczem i nerwami, a ja leżałam na łóżku, patrząc w sufit. Słyszałam, jak Michał chodzi po domu, pakuje swoje rzeczy, jakby już nie należał do tego miejsca. Każdy dźwięk był jak zadra – zamek walizki, stłumiony szelest ubrań, szuranie butów po podłodze.

Nie miałam siły się już z nim kłócić. Przestałam szukać odpowiedzi. Leżałam i przewijałam w głowie wszystkie ostatnie miesiące: te wszystkie noce, kiedy zasypiał odwrócony do ściany, jego coraz krótsze odpowiedzi, nieobecność w rozmowach, wycofanie z planów rodzinnych. Szukałam momentu, w którym przestałam być dla niego widzialna, szukałam sygnałów, których nie chciałam zauważyć.

W pewnym momencie drzwi do mojego pokoju uchyliły się. Michał stał w progu, już ubrany do drogi. Przez chwilę milczał, jakby szukał słów.

– Przepraszam, naprawdę chciałem być lepszym mężem, ojcem… – powiedział cicho. – Zasługujecie na coś więcej.

Patrzyłam na niego bez słowa. Nie miałam już w sobie ani gniewu, ani żalu. Została tylko pustka i żałosne poczucie, że to wszystko mogło wyglądać inaczej. Michał wyszedł, zamknął drzwi za sobą. Usłyszałam, jak jego kroki oddalają się w noc, jakby znikał z naszego życia na dobre. Tylko wtedy, po raz pierwszy, pozwoliłam sobie płakać – cicho, żeby dzieci nie słyszały. Wiedziałam, że tej nocy skończył się jeden rozdział naszego życia, a ja muszę nauczyć się żyć od nowa.

Miałam po co żyć i walczyć

Następnego dnia spakowałam rzeczy dzieci. Powrót do domu był cichy, zupełnie inny niż nasz wyjazd tydzień wcześniej. Zosia całą drogę milczała, patrząc przez okno, Staś wpatrywał się w swoje kolana, czasem ukradkiem ocierając łzy. Mnie paliła wstydliwa myśl, że przez tyle czasu żyłam obok kogoś, kto powoli znikał mi z oczu. Gdy weszliśmy do mieszkania, poczułam się jak gość we własnym domu. Każdy przedmiot, każde zdjęcie na ścianie przypominało mi o tym, jak bardzo byłam ślepa.

Michał zabrał kilka swoich rzeczy i nie pojawił się tego dnia. Zosia zamknęła się w swoim pokoju, Staś zaszył się pod kocem w salonie. Ja krzątałam się po kuchni bez celu, sprzątając, chociaż nie było już czego ratować. Wieczorem zebrałam się na odwagę i usiadłam z dziećmi. Musieliśmy jakoś zacząć rozmawiać, choć każde słowo bolało.

To nie nasza wina – powiedziałam bardziej sobie niż im. – Możemy być rodziną, nawet jeśli wszystko się zmienia.

Przez kolejne dni próbowałam poskładać siebie i dzieci. Zosia długo nie chciała ze mną rozmawiać, Staś udawał, że nic się nie stało, ale codziennie wieczorem przychodził się przytulić. Zaczęłam powoli rozumieć, jak bardzo pogubiłam się w codzienności, jak łatwo jest nie zauważać tego, co naprawdę ważne.

Dziś już wiem – nie da się przejść przez życie z zamkniętymi oczami. Nie zauważyłam, jak moje małżeństwo znika. Teraz uczę się widzieć na nowo – siebie, dzieci, życie. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, będę już patrzeć uważniej.

Anna, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama