„Na pierwszy Dzień Matki marzyłam o biżuterii lub perfumach. Gdy zobaczyłam, co dał mi mąż, popłakałam się z rozpaczy”
„To przelało czarę goryczy. Oczy mnie zapiekły i nie mogłam powstrzymać łez. Płakałam nad sobą, nad wizją siebie z wiecznie poplamioną od obiadków Laury bluzką, z tłustymi, nieuczesanymi włosami, z cieniami pod oczami. Chciałam w końcu poczuć się jak kobieta, a on dał mi kawał plastiku”.

- Listy do redakcji
Liczyłam, że 26 maja mąż wręczy mi wyjątkowy prezent. To był mój pierwszy dzień matki. Wyczekany, wymarzony i okupiony nieprzespanymi nocami. Marzyłam o sentymentalnej biżuterii, bransoletce lub zawieszce, która przypominałaby mi o tym, że mam kochającą rodzinę. Mąż jednak mocno mnie zaskoczył. I to niekoniecznie pozytywnie. Poczułam się tak, jakby moje starania i codzienny wysiłek, jaki wkładałam w wychowanie naszej córki, nic dla niego nie znaczyły.
Macierzyństwo nie było dla mnie łatwe
Na początku tego roku zostałam mamą. Długo staraliśmy się o ciążę, więc kiedy na świat przyszła nasza córka, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie. Laura była jak z obrazka – prześliczna, o gęstej czuprynie czarnych włosków i o ciemnych oczach. Jednak życie młodej matki nie było dla mnie sielanką.
Mała przez pierwsze miesiące swojego życia budziła się co dwie godziny, spała krótko i niespokojnie. Przeszłam długą walkę o karmienie, do tego doszły problemy z nietolerancjami, kolkami oraz infekcjami Laury. Wszystko to skutecznie odbierało mi radość z macierzyństwa i sprawiało, że wyglądałam jak cień samej siebie. Nie spałam, nie miałam czasu nawet na drobne przyjemności. Byłam w tym wszystkim sama, bo Paweł, mój mąż, często wyjeżdżał w delegacje.
Na szczęście po każdej burzy wychodzi słońce i od kilku tygodni opieka nad naszą córką stawała się coraz łatwiejsza. Mała zaczęła lepiej spać i jeść, a ja w końcu odetchnęłam. Gdy zbliżał się 26 maja, nie posiadałam się ze szczęścia. Macierzyństwo w końcu zaczynało sprawiać mi radość i czułam, że to moja najważniejsza życiowa rola. Liczyłam na to, że mąż w końcu mnie doceni i dostrzeże, jak wiele przeszłam przez ostatnie miesiące.
Marzyłam o tym, że jednym romantycznym gestem wynagrodzi mi nieprzespane noce i powie „dziękuję” za to, ile trudu włożyłam w to, by Laura była jak najlepiej zaopiekowanym i zadbanym dzieckiem. Była na tyle mała, że oczywistą kwestią było dla mnie to, że w takiej sytuacji to mąż podaruje mi jakiś upominek. Gdy więc tego dnia wszedł do domu z torebką prezentową, ucieszyłam się. Ale na tym moja radość się skończyła.
Nie mogłam powstrzymać łez
Paweł wrócił do domu nieco później. Pomyślałam, że pewnie pojechał po pracy do kwiaciarni. Gdy jednak stanął w progu, nie trzymał w rękach kwiatów, a niewielką torebkę prezentową. Po cichu liczyłam na bukiet, ale i tak doceniłam fakt, że o mnie pamiętał.
– Kochanie, wszystkiego najlepszego z okazji twojego pierwszego Dnia Matki – podszedł i pocałował mnie w policzek. – To ode mnie i od Laury.
Naprawdę się ucieszyłam, że o mnie pamiętał. Liczyłam, że powie kilka słów o tym, jak poświęcam się dla rodziny i że jestem wspaniałą mamą i żoną, ale on nigdy nie był zbyt wylewny. Zamiast słów wolał czyny, dlatego gdy podał mi do ręki torebkę prezentową, spodziewałam się, że w środku czeka na mnie wyjątkowy upominek.
Z uśmiechem zajrzałam do torebki. Niestety, mina mi zrzedła, gdy ze środka wyjęłam… bidon. Nie wiedziałam, co powiedzieć. To był duży, plastikowy pojemnik na wodę w tandetnym kolorze wściekłego różu. W ogóle nie w moim stylu.
– Niech ci dobrze służy. Ostatnio wyglądałaś na przemęczoną i pomyślałem, że przyda ci się dobre nawodnienie.
Nawodnienie? Dobre sobie. Prędzej przydałby mi się karnet do SPA lub drogie perfumy, a nie pojemnik na płyn.
– Paweł, czy ty naprawdę myślisz, że to jest to, czego potrzebowałam? – spytałam go z niedowierzaniem w głosie.
– No… myślałem, że się ucieszysz, że myślę o twoich potrzebach. To dobry, markowy sprzęt – podrapał się po głowie. – Możesz go zabierać na spacery z małą. To wygodny i praktyczny gadżet.
– Praktyczny…. – pokiwałam głową. – Serio, po miesiącach spędzonych w towarzystwie wyparzaczy do butelek, smoczków i laktatorów mam już dość „praktycznych gadżetów”.
– Aśka, chciałem dobrze. Jak ci się nie podoba, to ja będę z tego korzystał.
To przelało czarę goryczy. Oczy mnie zapiekły i nie mogłam powstrzymać łez. Płakałam nad sobą, nad wizją siebie z wiecznie poplamioną od obiadków Laury bluzką, z tłustymi, nieuczesanymi włosami, z cieniami pod oczami. Chciałam w końcu poczuć się jak kobieta, a on dał mi kawał plastiku. Wiedział, że dawniej, zanim moim życiem zawładnęły pieluchy i kaszki, byłam romantyczną dziewczyną z głową pełną marzeń. I tę kobietę, którą przecież wciąż byłam, miał ucieszyć bidon?
Czułam się niedoceniana
Kolejne dni upływały w chłodnej atmosferze. Paweł był na mnie wyraźnie obrażony i nie chciał mnie przeprosić, a ja nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Wieczorami płakałam w poduszkę. Czułam się niedoceniana, jakby nikt nie widział, ile na co dzień robię. Jakby nikt, nawet własny mąż, nie uważał, że zasługuje na coś wyjątkowego.
– Oni nigdy nie przepraszają. Nie stać ich na refleksję – mówiła moja najlepsza przyjaciółka, też mama i mężatka, której zwierzyłam się ze swoich rozterek. – Ja kiedyś od swojego dostałam suszarkę na pranie. A innym razem breloczek z jakimś tandetnym napisem.
Jej słowa wcale mnie nie pocieszyły. Pamiętam, jak przed narodzinami Laury Paweł kupował mi kwiaty nawet bez okazji, a na Dzień Kobiet czy walentynki zawsze szykował jakąś romantyczną niespodziankę. Teraz, gdy mamy dziecko, nie spodziewałam się fajerwerków, ale liczyłam na jakiś sentymentalny gest. Zamiast tego musiałam zadowolić się różowym pojemnikiem na wodę. Napełniłam go płynem i postanowiłam pójść z małą na spacer.
Ruszyłyśmy w stronę starego miasta, ale Laura nagle zaczęła płakać. Pomyślałam, że to przez hałas, dlatego skręciłyśmy do parku. Tam, w cieniu drzew, mała na chwilę się uspokoiła, by po jakimś czasie znów zacząć krzyczeć w niebogłosy. W pośpiechu zaczęłam iść w kierunku domu, pchając wózek w pełnym słońcu. Byłam zgrzana i spocona, a do tego głodna jak wilk. Ten dzień był koszmarny i wszystko wskazywało na to, że tak właśnie się skończy.
Zaniemówiłam z wrażenia
Gdy otworzyłam drzwi do mieszkania i przeszłam z małą na rękach przez próg, moim oczom ukazał się niezwykły widok. W korytarzy stał ogromny wazon z wielkim bukietem piwonii. Paweł opierał się o ścianę.
– Aśka, przepraszam cię… Wiem, jak wiele poświęcasz każdego dnia, spędzając czas z małą. Laura ma najlepszą mamę na świecie. A ja najlepszą żonę. Wybacz, że nie potrafiłem tego okazać – Powiedział, podnosząc na mnie wzrok. – A teraz daj mi małą i idź pod prysznic. Wychodzimy.
– Paweł, dziękuję. Te kwiaty są wspaniałe, pamiętałeś, że kocham piwonie… Ale my dopiero wróciłyśmy ze spaceru. Nie mam siły na kolejne wyjście z małą.
– Nie wychodzimy z Laurą. Zabieram cię na obiad i do teatru. Zaraz będzie moja mama. Poprosiłem ją, żeby zajęła się małą.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. To było nawet więcej niż to, o czym marzyłam. Piękne kwiaty, a do tego randka z mężem. Momentalnie opuściło mnie zmęczenie i wstąpiły we mnie nowe siły. Wykąpałam się, pomalowałam i ubrałam w sukienkę, która od dawna leżała w szafie, czekając na „specjalną okazję”. To właśnie miał być ten wieczór.
Wróciłam pełna energii
Teściowa bez problemu zajęła się Laurą, która wydawała się zafascynowana widokiem babci i nie zaniosła się płaczem, nawet gdy wychodziliśmy z domu. Paweł zabrał mnie na romantyczny obiad do restauracji z widokiem na miasto, do której zawsze chciałam pójść. W teatrze obejrzeliśmy miłosny dramat, który w pełnił zaspokoił moją tęsknotę za romantycznymi uniesieniami. Na koniec Paweł obiecał, że będzie mnie zabierał na takie randki co miesiąc.
Do domu wróciłam szczęśliwa i pełna nowej energii. Nasze wspólne wyjście bez dziecka przypomniało mi, że chociaż kocham być mamą i spełniam się w tej roli, to jestem także kobietą. I nie musze rezygnować z rzeczy, które sprawiają mi radość.
Po pary miesiącach, gdy Laura już trochę podrosła, zapisałam ją do dziecięcego klubu, w którym mogła zostać na kilka godzin dziennie. Mała dobrze się odnalazła w tym miejscu, chętnie przebywając w towarzystwie swoich rówieśników. Ja w tym czasie zapisałam się na profesjonalny kurs fotografii, chcąc w przyszłości spełniać się w tym zawodzie.
Zrozumiałam, że bycie mamą nie zamyka przede mną żadnych drzwi. Macierzyństwo otworzyło mnie na nowe możliwości, a troska i uważność męża dodały mi skrzydeł na ten nowej drodze. Paweł nigdy już nie podarował mi praktycznego gadżetu. Teraz pamięta o moich potrzebach i pragnieniach, stawiając je zawsze na pierwszym miejscu.
Joanna, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż pomagał sąsiadce zbierać truskawki. Myślałam, że jest miły, a on dostawał coś więcej niż podziękowania i owoce”
- „Na emeryturze marzyłam o podróży nad Adriatyk. Ale zamiast zwiedzać Koper, siekałam koperek do obiadu dla wnuków”
- „Po 40-tce wyjechałam na Rugię i nigdy już nie wróciłam do męża. Żałuję, że tak długo tkwiłam u boku tego wałkonia”

